|
Dyr' to po rosyjsku "dziura". Chociaż Anadyr pozbawiony jest wielkomiejskiej atmosfery, to jest stolicą. W skali czukockiej to metropolia, zamieszkuje go 11 tys. ludzi, podczas gdy na całej Czukotce żyje ich 50,5 tys. Tutaj mają swoje siedziby wszystkie służby i ministerstwa, Duma, telewizja, radio. Byłem i jestem pod wrażeniem zmian, jakie nastąpiły w Anadyrze w ciągu ostatnich dwóch lat. Ukończono budowę portu lotniczego, wzniesiono szpital, ukończono budowę betonowych dróg w mieście. Anadyr naprawdę jest ładny, co nie jest powszechne na Dalekiej Północy.
Tak jak się spodziewaliśmy, mieliśmy problemy ...z zaśnięciem. W nocy kładliśmy się około drugiej, zasypialiśmy o czwartej, budziliśmy sie po piętnastej.
Na różnicę czasu nałożył się też wpływ białych nocy. Słońce wprawdzie zachodziło, lecz całkowite ciemności nie zapadały, panował zmierzch taki, jaki w Polsce obserwujemy latem o 20.30.
Załatwiliśmy sobie wstęp na statek towarowy, wożący węgiel do Egvekinota i przygotowaliśmy się do wyjazdu.
Odwiedziliśmy biuro Służby Ratunkowej w celu poinformowania ratowników o naszym wyjeździe w tundrę.
Przyznam, że zbili nas trochę z tropu, kiedy roztoczyli przed nami wizję strasznej tundry pełnej dzikich zwierząt, czyhających żeby nas zabić i pożreć.
Ataku należy wypatrywać w najmniej oczekiwanym momencie. Będzie szybki, nagły i bez drogi ucieczki. Na pytania czy mamy broń, czy mamy radiostację, żeby wezwać pomoc, odpowiedzieliśmy, że niestety nie. Próbowaliśmy dyskutować, że przecież mieszkańcy tundry to zwierzęta dzikie, które raczej trzymają się od człowieka z daleka. Naczelnik ratowników był nieugięty, mówił, że rozumie, że jesteśmy młodzi, pełni zapału, chcemy się sprawdzić. On również taki był, ale wyjazd w tundrę bez zabezpieczenia to zły pomysł, to awantura, to szukanie nieszczęścia. Przypominał wypadki, że niedźwiedź napadł na grzybiarza w tundrze, oskalpował kobietę w jakiejś wiosce...
Przy okazji tej wizyty zobaczyliśmy na mapie w biurze Ratowników naszą drogę.


Przyznam, że podziałało na nas to, o czym mówił naczelnik. Nastraszył nas. Ale postanowiliśmy jeszcze posłuchać, co powiedzą nam w Egvekinocie. Postanowiliśmy również postarać sie o race, które moglibyśmy wykorzystać podczas ewentualnego spotkania pierwszego stopnia dla odstraszenia niedźwiedzia.
Następnego dnia wieczorem zajechaliśmy do portu w pełni załadowanymi rowerami z doczepionymi przyczepkami. To znaczy Timur zajechał a ja załamany doprowadziłem rower pieszo. Sprzęt z bagażem testowaliśmy dopiero teraz i przewracaliśmy się podczas prób jazdy z przyczepkami, przy czym te od razu się odpinały. Timur jakoś dojechał, ja zaś po wywrotce przyjętej salwami śmiechu i ironicznymi komentarzami przez grupę Czukczów, siedzących na ławkach i popijających piwo, postanowiłem do portu pójść. Rower z bagażem zachowywał się zupełnie inaczej niż bez obciążenia. Wyrzucałem sobie, że nie potrenowałem na nim wcześniej. Przed wyjazdem byłem przekonany, że przyzwyczajenie się do nowej sytuacji będzie kwestią paru minut. Jednocześnie widziałem, że Timur po pierwszych wywrotkach jakoś jechał, więc wierzyłem, że i mi się uda. Zresztą przecież mieliśmy zamiar pokonać rowerami całą Czukotkę po wątpliwej jakości drodze szutrowej!
Na statku umieszczono nas w izolatorze dla chorych. Śmialiśmy się, że to miejsce odpowiednie dla nas, bo wbrew ostrzeżeniom wszystkich "dobrze poinformowanych" rwaliśmy się Bóg wie dokąd...
Posiadaliśmy argumenty na poparcie naszego projektu: ludzie pamiętają tylko przypadki ekstremalne, tragiczne, na ich podstawie budują swoją opinię o warunkach tutaj panujących. Wędrowaliśmy już w swoim życiu przez tajgę i tundrę i dzikie zwierzęta nas omijały, nie pokazywały się nam. Spotykaliśmy owszem ślady łap niedźwiedzia, czy wręcz szliśmy niedźwiedzimi ścieżkami, lecz same zwierzęta nie dały się nam we znaki.
|
|