Google
   świat   podróżnik.net     

 

Nasi P a r t n e r z y

 
Dziecko się rozchorowało
Kiedy poszedłem na dworzec PKP Warszawa Centralna w celu zakupu biletu do Moskwy z zaskoczeniem dowiedzialem się, że nie mam możliwości kupienia biletu na przewóz roweru. Gburowata pani w okienku, poinformowała mnie, że w składzie międzynarodowego pociągu do Moskwy nie ma wagonu bagażowego. Nie ma w sprzedaży biletów na rower. Kiedy próbowałem wytłumaczyć jej, że muszę jechać z rowerem i jestem gotów za to zapłacić, podniesionym głosem powtórzyła poprzednią formułkę.
I koniec.

W informacji telefonicznej Inter City, kiedy zapytałem, kto jest przewoźnikiem na trasie Warszawa Moskwa, pan nie zrozumiał pytania, a potem nie umiał na nie odpowiedzieć.

W trakcie rozmowy z inną kasjerką PKP dowiedziałem się, że sprawę roweru najlepiej załatwić z konduktorem. Nie chciałem jednak zdawać się na kaprys jakiegoś konduktora, wolałem mieć bilet. Kasjerka podsunęła mi rozwiązanie: kupić bilet dla dziecka, konduktorowi powiedzieć, że dziecko się rozchorowało i nie jedzie. Na miejscu dla dziecka położyć wszystkie bambetle.

Tak zrobiłem, nikt się nie czepiał. Nawet dobrze, że dzieciak się rozchorował, bo miałem tyle rzeczy, że zajęły całe jego łóżko. Ups, jestem mitomanem, czy może zostałem twórcą nowego rodzaju mitu - mitu kolejowego?

Uważam, że poziom obsługi w kasach PKP pozostawia sporo do życzenia, a zmuszanie pasażerów do kombinowania w przypadku niestandardowych sytuacji świadczy o kompletnym braku profesjonalizmu. Przyrzekłem sobie, że wracać będę wagonem rosyjskim. Bo i większy i Rosjanie mają więcej zrozumienia dla pasażerów przewożących duży bagaż, co widziałem nie raz podróżując po Imperium.

 

P A T R O N A T
serwisu Podróżnik.NET
 
tibetoverbike.com :: high mountain bike eXpedition

Wyprawa Rowerowa - South America Expedition

 

Z A G Ł O S U J
TopLista - Wyprawy Rowerowe

Dotychczasowe publikacje:

Uh Moskwa
Przeciskając się w skwarze przez tłum ludzi we trzech: Tolik, Timur i ja, nieśliśmy przywiezione przeze mnie bambetle do samochodu Tolika, zaparkowanego nieopodal Dworca Białoruskiego. Rzeczy pojechały autem do mieszkania Wiery, ja z Timurem, jako że nie zmieściliśmy się już do auta, pojechaliśmy metrem. Moskiewska podziemna kolej, główny środek transportu publicznego, jest bardzo dobrze rozwinięta i można nią wygodnie i szybko przemieszczać się po mieście, którego ulice rano i po południu są niemiłosiernie zakorkowane. Niewątpliwie miasto jest pełne kontrastów. Bezwstydne bogactwo i przepych miesza się tu z obrazkami biedy i ludzkiego nieszczęścia. Brzydkie szare wachlarzowate bloki na Nowym Arbacie są siedzibą luksusowych kasyn, i sklepów. Między wielkimi budynkami mieszkalnymi spotyka się niewielkie stare cerkwie, jakby zasłonięte, ukryte przed ludzkim wzrokiem. Architektom poprzedniej epoki zabrakło siły by je zburzyć, zasłonili je więc nowymi budynkami. Moskwa jest ogromna, głośna, ruchliwa i zatłoczona. Budynki są wielkie, ulice szerokie, wszędzie jest daleko i nawet po przejechaniu wielu stacji metra, kiedy wychodzisz na ulicę, czujesz, jakbyś był w centrum. Męczy mnie to miasto, a mimo to chciałbym je bliżej poznać. Ciekawa byłaby dla mnie możliwość podjęcia pracy w Moskwie, mieszkanie tam pozwoliłoby mi na wczucie się w jej codzienność.

Dzień dłużył się wyjątkowo: aż do piątej rano. Było bieganie po sklepach w celu zakupu torby do aparatu fotograficznego, GPSa, biletów lotniczych. W nocy pojechaliśmy na urodziny Maksa, prawnika, kumpla Timura. Udaliśmy się tam rowerami, gdyż zamierzaliśmy urwać się z imprezy, żeby pojeździć po nocnej Moskwie. Na imprezie ludzie słysząc o naszych planach mówili, że jesteśmy zakręceni.

Maks stwierdził potem, że akcje Timura u dziewczyn skoczyły. Z głośników sączyła się hausowa muzyka, towarzystwo rozproszone po mieszkaniu prowadziło rozmowy, flirty, paliło fajki - jak to na imprezie. Po północy zerwaliśmy się, aby potrenować nieco na ulicach Moskwy. Szaleńcza jazda, ciepłe powietrze smagające twarz, uczucie wolności, świadomość, że jutro wylatujemy na naszą wyprawę, wszystko to dodawało nam skrzydeł. Kiedy odpoczywaliśmy w centrum pod pomnikiem Majakowskiego, podeszła do nas dziewczyna i zagadnęła na temat rowerów. W trakcie rozmowy okazało się, że pracuje dla telewizji i zna się na montażu. Udzieliła nam kilku informacji na ten temat. To naprawdę niezwykłe, akurat potrzebowaliśmy info, gdyż mieliśmy zamiar filmować podczas wyprawy. Nad ranem odwiedziliśmy jeszcze Maksa, po czym jechaliśmy "na prędkość" do domu. Kiedy dotarliśmy pod klatką schodową było już widno. Rzuciłem Timurowi propozycję, byśmy jeszcze ścignęli się do "Supermana" (pomnik Gagarina), oddalonego od nas o około 5 km. Zgodził się, co w duchu przyjąłem z niechęcią, ale cóż - powiedziało się "a" ;)

Pakowaliśmy się kilka godzin: rozłożyliśmy rowery i przyczepki na czynniki pierwsze, okręciliśmy wszystko folią i zabezpieczyliśmy tekturą. Mieliśmy tyle bagażu, że trzeba było znaleźć jakieś auto, którym się zabierzemy na lotnisko. W Moskwie robi się to tak: stajesz na ulicy i machasz. Ustalasz z kierowcą wysokość stawki i jedziesz. Z kołami rowerowymi pod brodą (ja) i przyczepkami na kolanach (Timur) pędziliśmy na Domodiedovo. Załatwiliśmy formalności, opłaciliśmy 48 kg. nadbagażu i cierpliwie czekaliśmy na odprawę. Dostałem wtedy smsa od kolegi, ze w Irkucku rozbił się samolot. Kurde...

Po dwóch godzinach opóźnienia wystartowaliśmy na Czukotkę, był 10 lipca. Czekało nas 8 godzin lotu na wschodni kraniec Imperium. Uwzględniając przesunięcie czasowe +9 godzin w stosunku do Moskwy (+11 godzin w stosunku do Warszawy) musieliśmy radykalnie przestroić nasze zegary biologiczne. W trakcie lotu włączyłem GPS i rejestrowałem sygnał. Udało się też zrobić kilka ciekawych zdjęć.

Anadyr, nie taka znowu d y r'
Dyr' to po rosyjsku "dziura". Chociaż Anadyr pozbawiony jest wielkomiejskiej atmosfery, to jest stolicą. W skali czukockiej to metropolia, zamieszkuje go 11 tys. ludzi, podczas gdy na całej Czukotce żyje ich 50,5 tys. Tutaj mają swoje siedziby wszystkie służby i ministerstwa, Duma, telewizja, radio. Byłem i jestem pod wrażeniem zmian, jakie nastąpiły w Anadyrze w ciągu ostatnich dwóch lat. Ukończono budowę portu lotniczego, wzniesiono szpital, ukończono budowę betonowych dróg w mieście. Anadyr naprawdę jest ładny, co nie jest powszechne na Dalekiej Północy.

Tak jak się spodziewaliśmy, mieliśmy problemy ...z zaśnięciem. W nocy kładliśmy się około drugiej, zasypialiśmy o czwartej, budziliśmy sie po piętnastej. Na różnicę czasu nałożył się też wpływ białych nocy. Słońce wprawdzie zachodziło, lecz całkowite ciemności nie zapadały, panował zmierzch taki, jaki w Polsce obserwujemy latem o 20.30.
Załatwiliśmy sobie wstęp na statek towarowy, wożący węgiel do Egvekinota i przygotowaliśmy się do wyjazdu.

Odwiedziliśmy biuro Służby Ratunkowej w celu poinformowania ratowników o naszym wyjeździe w tundrę. Przyznam, że zbili nas trochę z tropu, kiedy roztoczyli przed nami wizję strasznej tundry pełnej dzikich zwierząt, czyhających żeby nas zabić i pożreć. Ataku należy wypatrywać w najmniej oczekiwanym momencie. Będzie szybki, nagły i bez drogi ucieczki. Na pytania czy mamy broń, czy mamy radiostację, żeby wezwać pomoc, odpowiedzieliśmy, że niestety nie. Próbowaliśmy dyskutować, że przecież mieszkańcy tundry to zwierzęta dzikie, które raczej trzymają się od człowieka z daleka. Naczelnik ratowników był nieugięty, mówił, że rozumie, że jesteśmy młodzi, pełni zapału, chcemy się sprawdzić. On również taki był, ale wyjazd w tundrę bez zabezpieczenia to zły pomysł, to awantura, to szukanie nieszczęścia. Przypominał wypadki, że niedźwiedź napadł na grzybiarza w tundrze, oskalpował kobietę w jakiejś wiosce...
Przy okazji tej wizyty zobaczyliśmy na mapie w biurze Ratowników naszą drogę.


Przyznam, że podziałało na nas to, o czym mówił naczelnik. Nastraszył nas. Ale postanowiliśmy jeszcze posłuchać, co powiedzą nam w Egvekinocie. Postanowiliśmy również postarać sie o race, które moglibyśmy wykorzystać podczas ewentualnego spotkania pierwszego stopnia dla odstraszenia niedźwiedzia.

Następnego dnia wieczorem zajechaliśmy do portu w pełni załadowanymi rowerami z doczepionymi przyczepkami. To znaczy Timur zajechał a ja załamany doprowadziłem rower pieszo. Sprzęt z bagażem testowaliśmy dopiero teraz i przewracaliśmy się podczas prób jazdy z przyczepkami, przy czym te od razu się odpinały. Timur jakoś dojechał, ja zaś po wywrotce przyjętej salwami śmiechu i ironicznymi komentarzami przez grupę Czukczów, siedzących na ławkach i popijających piwo, postanowiłem do portu pójść. Rower z bagażem zachowywał się zupełnie inaczej niż bez obciążenia. Wyrzucałem sobie, że nie potrenowałem na nim wcześniej. Przed wyjazdem byłem przekonany, że przyzwyczajenie się do nowej sytuacji będzie kwestią paru minut. Jednocześnie widziałem, że Timur po pierwszych wywrotkach jakoś jechał, więc wierzyłem, że i mi się uda. Zresztą przecież mieliśmy zamiar pokonać rowerami całą Czukotkę po wątpliwej jakości drodze szutrowej!

Na statku umieszczono nas w izolatorze dla chorych. Śmialiśmy się, że to miejsce odpowiednie dla nas, bo wbrew ostrzeżeniom wszystkich "dobrze poinformowanych" rwaliśmy się Bóg wie dokąd...

Posiadaliśmy argumenty na poparcie naszego projektu: ludzie pamiętają tylko przypadki ekstremalne, tragiczne, na ich podstawie budują swoją opinię o warunkach tutaj panujących. Wędrowaliśmy już w swoim życiu przez tajgę i tundrę i dzikie zwierzęta nas omijały, nie pokazywały się nam. Spotykaliśmy owszem ślady łap niedźwiedzia, czy wręcz szliśmy niedźwiedzimi ścieżkami, lecz same zwierzęta nie dały się nam we znaki.

Dokąd my płyniemy?
Na statku oczywiście długo nie mogliśmy zasnąć. Mój mózg, zamiast popaść w regenerujący go sen, generował dziesiątki obrazów ukazujących wydarzenia osatnich dni. Nagle z letargu wyrwał mnie podwyższony dźwięk silnika statku. Otworzyłem oczy, przez chwilę patrzyłem w sufit. Coś się działo, wydawało mi się, że zwolniliśmy. Podskoczyłem do okna i zobaczyłem coś, co widziałem dotychczas tylko w telewizji. Całe morze, aż po horyzont, usłane było lodowymi krami! Obudziłem Timura i pospieszyliśmy fotografować ten niecodzienny widok. Wokół statku krążyło mnóstwo czajek. W dali, po prawej stronie majaczył górzysty brzeg Czukotki. Czuliśmy się niesamowicie, oczarował nas widok lodu na morzu. Jednocześnie zadawaliśmy sobie pytanie: jak to możliwe, przecież jest 13 lipca, skąd ten lód? Dokąd my płyniemy?
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13
 
© 2006 podróżnik.net statystyki www stat.pl