Google
   świat   podróżnik.net     

 

Nasi P a r t n e r z y

 
Umiem jeździć na rowerze ;)
Egvekinot to niewielka osada bardzo malowniczo położona u stóp gór w zatoce o tej samej nazwie. W tłumaczeniu z języka czukockiego Egvekinot oznacza twardą ostrą ziemię. Zatoka Egvekinot łączy się z Zalewem Świętego Krzyża, nazwanym tak przez podróżnika, komandora Vitusa Beringa w 1628 roku. Vitus Bering wpłynął do Zalewu 1 sierpnia, kiedy kościół prawosławny czci pamięć drzewa, z którego zbudowano Święty Krzyż.

My przypłynęliśmy do Egvekinota wieczorem 13 lipca, i musieliśmy się postarać o znalezienie noclegu. Zwróciliśmy na siebie uwagę ludzi, kiedy wyładowywaliśmy nasze rowery i przyczepki z żółtymi workami bagażowymi. Kiedy sprzęt był skompletowany i gotów do drogi, spróbowałem pojechać rowerem. Zgodnie z radą Timura zmieniłem biegi na niskie i powoli ruszyłem po nierównej pokrytej mieszaniną piasku i miału węglowego drodze do bramy portu. I udało się;) Przy starcie z niskich biegów udało się rozpędzić rower, co przyjąłem z ulgą.
Na rowerach z przyczepkami, wyglądaliśmy jak prawdziwi globtrotterzy, chociaż jesteśmy przecież zwykłymi facetami;) Ruszyliśmy na podbój Egvekinota!

 

P A T R O N A T
serwisu Podróżnik.NET
 
tibetoverbike.com :: high mountain bike eXpedition

Wyprawa Rowerowa - South America Expedition

 

Z A G Ł O S U J
TopLista - Wyprawy Rowerowe

Dotychczasowe publikacje:

Wysepka komunizmu

Po godzinie od przybycia do wioski wprowadziliśmy się do sali gimnastycznej w miejscowej szkole. Chwilę wcześniej jadąc ulicą zagadnęliśmy przypadkowo napotkane dwie kobiety o internat, w którym moglibyśmy się zatrzymać. Po krótkiej rozmowie jedna z pań zaproponowała nam pomoc. Dopiero kiedy w szkole otwierała drzwi gabinetu dyrektora i zaprosiła nas do środka, dowiedzieliśmy się, z kim mamy do czynienia. Ludmiła Aleksandrowna pozwoliła nam pozostać w szkole tak długo, jak to będzie nam potrzebne. Chcieliśmy pozostać w Egvekinocie kilka dni, aby zgłosić w administracji, dokąd się udajemy, oraz poprosić o informacje na temat drogi, bezpieczeństwa poruszania się po niej, i pomoc w zakupie rakietnic dla odstraszenia dzikich zwierząt. Pragnęliśmy również odwiedzić nacjonalną wieś czukocką Amguema, oddaloną o 90 km od Egvekinota.
Poza tym, będąc jeszcze w Anadyrze słyszeliśmy w radiu, a teraz potwierdziła to pani dyrektor, że w sobotę obchodzone będzie w Egvekinocie święto 60-lecia wioski oraz 45-lecia Służby Drogowej. Chcieliśmy uczestniczyć w tej imprezie.

Stróż szkoły, Kirył Jevgienievicz, który poczęstował nas herbatą, opowiedział nieco o życiu w Egvekinocie. Nasza wioska jest taką "wysepką komunizmu", ale nie w znaczeniu ideologii, a relacji międzyludzkich. Ludzie są spokojni, nie ma kryminału i złodziejstwa. Są uczynni, nie odmawiają udzielenia pomocy potrzebującemu, gdyż sami mogą być kiedyś w potrzebie. Dbamy o dzieci, traktujemy je indywidualnie, w przypadku trudności wychowawczych współpracujemy z rodzicami. Kirył nie jest zwykłym stróżem, w zakresie swoich obowiązków ma ujętą odpowiedzialność za bezpieczeństwo wychowanków. Nie wyśmiewał nas ani nie straszył, kiedy usłyszał, że chcemy jechać do Peveka. Powiedział, że droga jest przejezdna dla roweru, że spotkamy na niej drogowców prowadzących prace remontowe, oraz ciężarówki, kursujące do kopalni złota.

Radośni i podniesieni na duchu jeszcze tego wieczoru postanowiliśmy pojechać na wycieczkę po Egvekinocie. Wioska jest niewielka, zamieszkuje ją zaledwie 3000 osób. Zabudowę stanowią czteropiętrowe bloki, dwupiętrowe domy i nowe jednorodzinne domki kanadyjskie. Jest tu ogromna szkoła, w której edukacja prowadzona jest aż do etapu egzaminu na studia, zdawanego na miejscu, w Egvekinocie. Po zdaniu wszechrosyjskiego egzaminu, odbywającego się przed niezależną komisją, abiturient otrzymuje miejsce na wybranej uczelni. Oprócz tego w Egvekinocie jest szkoła artystyczna, muzeum krajoznawcze, biblioteka publiczna z kafejką internetową, dom kultury, redakcja gazety Zaliv Kresta, szpital, są urzędy, sklepy, siedziby kilku firm. Cztery kilometry od wioski znajduje się niewielkie lotnisko. W ostatnich latach w Egvekinocie odbyły się prace remontowe: wiele budynków zostało odnowionych i ocieplonych, główną ulicę - im. Lenina - pokryto nawierzchnią betonową.

Udaliśmy się kilka kilometrów za wioskę do niewielkiej doliny, na teren byłego łagru, gdzie zachował się kamienny barak obozowy oraz ogrodzenie z drutu kolczastego. Historia całej okolicy wiąże się z GUŁAG-iem, gdyż rozwój infrastruktury rozpoczęty w latach 40-tych XX w. odbywał się kosztem pracy więźniów. Przez środek zony, do której dotarliśmy, przepływa rzeka, zbocza gór pokrywa ciemnobrunatny rumosz skalny. Miejsce jest surowe i malownicze zarazem. Pomimo iż więziono tu kiedyś ludzi, obecnie mieszkańcy Egvekinota najwyraźniej spędzają tu swój wolny czas. W odległości kilkudziesięciu metrów od baraku więziennego wybudowali drewnianą wiatę, przy której grillują i palą ogniska.


Kolejnego dnia Ludmiła Aleksandrovna oprowadziła nas po szkole, opowiadając przy okazji o tutejszym życiu i pracy. W szkole, wybudowanej w 1981 roku na 700 uczniów oprócz klas jest świetlica, duża sala gimnastyczna, sala teatralna, gabinet stomatologiczny, sala do treningów gimnastycznych, sala komputerowa (szkoła oczekuje na podłączenie do internetu). W miarę dostępności środków finansowych, kupowane jest nowe wyposażenie. Kiedy tam byliśmy spodziewano się urządzeń do wyposażenia siłowni (!).
Pomimo oddalenia od świata szkoła przygotowuje młodzież do nauki na prestiżowych uczelniach. Nauczyciele traktują swoją pracę bardzo poważnie i z zaangażowaniem. Wszyscy się tu znają i dzieci nie są anonimowe. Na pytanie o problemy z zażywaniem narkotyków czy spożywaniem alkoholu przez nieletnich, dyrektor powiedziała, że problem ten obecnie nie występuje, lecz podejmowane są działania profilaktyczne. Organizowane są pogadanki dla młodzieży na temat szkodliwości używek, prowadzone przez specjalistów. Narkotyki pojawiały się w Egvekinocie przywożone na statku. Milicja działała w takich przypadkach skutecznie, w ubiegłym roku aresztowano handlarza narkotyków. Tutejsze dzieci są ciekawe świata, sympatyczne, uczynne, szczere; na kontynencie można łatwo je rozpoznać. W porównaniu z dziećmi z dużych ośrodków, są może nieco naiwne, zresztą podobnie jak dorośli.
W wakacje w szkole prowadzone są zajęcia dodatkowe. Mniejsze dzieci po grach i zabawach leżakują w szkolnym internacie. W trakcie dnia otrzymują posiłek w stołówce. Marzeniem pani dyrektor jest wybudowanie basenu w wiosce, póki co dzieci wożone są na basen do odległego o kilka km sioła Oziernyi.
Przyznam, że nie spodziewałem się takiego obrazu szkolnictwa w Egvekinocie, lecz wiele nam pokazano, tak więc nie są to jakieś "bajania dla mediów".

Życie toczy się tu powoli, dużo ciszej niż w dziesięciotysięcznej stolicy - Anadyrze. Latem ciężarówki z naczepami wożą wahadłowo węgiel z portu do elektrociepłowni w Oziernym. Muszą się spieszyć, ponieważ co kilka dni statek, wynajęty we Władywostoku, dowozi kolejne 6000 ton z kopalni w wiosce Ugolnyi, leżącej w Zatoce Anadyrskiej. Zastanawialiśmy się z Timurem, czy nie taniej byłoby wybudować tor kolejowy, długości 9 km z portu w Egvekinocie do Oziernego, wtedy transport węgla byłby sprawniejszy i szybszy. Jednak zabrałoby się wówczas pracę kierowcom ciężarówek. A czym wówczas mieliby się zająć?
W wolnym czasie latem mieszkańcy zbierają grzyby, w ilościach mierzonych wiadrami ;) Suszą je potem, konserwują, przygotowując zapasy na zimę. Oprócz tego zbiera się jagody, których jest kilka gatunków, łowi ryby, odwiedza znajomych, czyta ksiązki czy ogląda telewizję. W kwietniu a nawet w maju, kiedy zatoka skuta jest dwumetrowej grubości lodem, mieszkańcy wyjeżdżają na nią samochodami, wiercą otwory w lodzie i łowią kraba królewskiego a także krewetki.

Następnego dnia odwiedziliśmy muzeum krajoznawcze, gdzie zapoznaliśmy się z historią regionu. Wieczorem zaś odbyliśmy wycieczkę rowerową do mierzei, na której miejscowi zajmują się połowem ryb. Odkryliśmy, że droga, po której jechaliśmy, prowadząca zboczem górskiego grzbietu, wspina się na górę. Postanowiliśmy jechać drogą dopóty, dopóki starczy nam sił, a następnie pieszo wspiąć się na szczyt. Gdy nabraliśmy już wysokości otworzył się przed nami rozległy widok na Zatokę Egvekinot i Zalew Krzyża. W krajobrazie dominowały góry, wysokie z łagodnymi kopułami ale stromymi zboczami i woda. Po dotarciu na szczyt w odległości kilkuset metrów od nas, na skraju grzbietu dostrzegliśmy maszt z antenemi TV i niewielkie budynki obok. Miejsce to było opuszczone. Jak nam później powiedziano, sygnał telewizyjny, podobnie jak telefoniczny, odbierane są teraz za pośrednictwem satelity i stare anteny, które widzieliśmy, od kilku lat są już wycofane z użytku. Około ośmiuset metrów pod nami widać było migoczące światełka statku w porcie. Strome wschodnie zbocza góry, na grzbiecie której się znajdowaliśmy, pokryte były kamiennym rumoszem i przyozdobione skalnymi ostańcami.

Do szkoły wróciliśmy późną nocą i około drugiej położyliśmy się spać. Obudziłem się już po dwóch godzinach i nie mogłem zasnąć. To jakiś koszmar... nocą nie mogłem spać, w dzień najchętniej bym się położył. Z zazdrością patrzyłem na śpiącego Timura. Spoglądałem na ścianę luster na przeciw nas, w których spodziewałem się ujrzeć odbicie gór znajdujących się na przeciwległym brzegu zatoki. Zamiast tego ujrzałem gęstą mgłę. Pogoda zmieniła się diametralnie i to dosłownie w ciągu trzech godzin.

Krótka historia Egvekinota
Egvekinot jest stolicą Rejonu Iultińskiego którego nazwa pochodzi od nieistniejącego już kombinatu metalurgicznego, położonego daleko w górach. Przyczyną podjęcia 60 lat temu decyzji o budowie od zera w dzikiej tundrze Dalekiej Północy infrastruktury, której częścią jest Egvekinot było pewne odkrycie. W 1937 roku w górach w głębi Czukotki odkryto unikalne złoże ołowiowo-wolframowe. W tym czasie Związek Radziecki rozpoczynał industrializację i bardzo potrzebował ołowiu i wolframu. W 1944 roku oceniono zapasy i okazało się, że złoża są bogate, wręcz unikalne w skali całego ZSRR. W marcu 1946 roku naczelnik Dalstroju Niekishov podpisał ukaz o organizacji Czukotstroju w Buchcie Egvekinot. 16 lipca 1946 roku do zatoki wpłynął statek Sovetskaya Latvia z pierwszym transportem 1200 więźniów, 300 osobami ochrony i specjalistami. Data ta uznana została za początek Egvekinota. W okolicy były wówczas dwie czukockie jarangi pasterzy renów. Rozpoczęła się industrializacja. Należało zbudować kopalnię oraz fabrykę wzbogacania rudy, dwustukilometrową drogę przez góry i tundrę z długim drewnianym mostem przez rzekę Amguemę, port morski, elektrociepłownie, linie elektroenergetyczne, bazę samochodową, wreszcie dwie wsie z pełną infrastrukturą: domami, szkołami, siedzibami urzędów, szpitalem itd. Wszystkie materiały trzeba było dostarczyć z kontynentu, ponieważ w górzystej tundrze, północnej pustyni, prócz kamienia, który można wykorzystać jako budulec, nie ma praktycznie nic.


Wzdłuż budowanej drogi do Iultinu co 10 km rozmieszczono etapowe podobozy GUŁAG-u, składające się początkowo z dwóch namiotów dla więźniów, kuchni, bani i pomieszczenia dla straży. Więźniowie wznosili w podobozach kamienne domy, które zachowały się do dziś. Budowę drogi prowadzono ręcznie, posługując się prymitywnymi narzędziami, takimi jak łopaty sporządzone z blachy po beczkach na paliwo, czy drewniane taczki.
Więźniów w obozach traktowano nieludzko; z uwagi na wykonywanie ciężkiej pracy w skrajnych warunkach klimatycznych śmiertelność była ogromna. Zmarłym więźniom przebijano w trzech miejscach klatkę piersiową, aby przekonać się, że człowiek rzeczywiście umarł i grzebano w dołach opatrzonych drewnianą tabliczką z numerem, bądź wprost w budowanej przez nich drodze. Po pierwszej zimie z 2700 więźniów przeżyło 500! Według słów kustosza muzeum w Egvekinocie przez czukocki GUŁAG przewinęło się 40 tys. więźniów, z czego nie przeżyło 14 tys. Pozostali albo byli wysyłani na kontynent, albo zostali żyć na Czukotce.

Najpierw wybudowano przystań dla statków w Egvekinocie. Ładunki w głąb lądu wożono autami: Ziłami, Zisami i buldożerami do wsi Dorożnyj, oddalonej o 87 km. od Egvekinota. Stamtąd spławiano je po rzece Amguema do 174 kilometra późniejszej trasy, ponownie ładowano na buldożery i pokonując Przełęcz Iultińską dowożono na miejsce budowy kombinatu.
Nie bacząc na ofiary do 1959 roku projekt industrializacji iultińskiej tundry został zrealizowany. Wydobycie ołowiu i wolframu szło pełna parą. Do czasu. Iultin, stolica rejonu, został w pewnym momencie uznany za "niepierspiektivnyi pasiołok", w związku z czym w latach 90-tych zlikwidowano kombinat i "zamknięto" wioskę. Zbiegło się to z katastrofą budowlaną: drewniany most na rzece Amguemie, długości 562 metrów, nie wytrzymał naporu lodu z rozmarzającej wiosną rzeki i runął. Tym samym dojazd do Iultinu letnią trasą stał się prawie niemożliwy. Centrum administracyjnym został Egvekinot, do którego przenieśli się ci mieszkańcy Iultinu, którzy nie mieli po co i za co jechać na kontynent.

I ostatni fakt z historii Egvekinota. W czasie II wojny światowej przez Rejon Iultiński przebiegała tajna trasa lotnicza z Fairbanks na Alasce do Krasnojarska na Syberii, którą dostarczano samoloty z USA do ZSRR.

Arka i prazdnik
Dzień obchodów jubileuszu Egvekinota był pochmurny i deszczowy. Nic nie zapowiadało polepszenia warunków. Ponieważ program rozrywkowy miał rozpocząć się po po południu, a my wstaliśmy tego dnia wyjątkowo wcześnie, postanowiliśmy udać się na przejażdżkę drogą iultińską do bramy, symbolizującej przecięcie przez drogę linii polarnego kręgu. Brama znajduje się 24 km od Egvekinota. Sam punkt przecięcia leży kilka km dalej, na górskiej przełęczy. Droga wiedzie przez wioskę Oziernyi, gdzie działa elektrociepłownia, zaopatrująca okolicę w energię.

O ile na odcinku Egvekinot-Oziernyi ruch samochodowy jest dość prężny, gdyż wahadłowo kursują tam auta z węglem z portu do elektrowni, o tyle po wjeździe na trasę centralną, aut jest dużo mniej. Tego dnia minęło nas kilka samochodów z Amguemy, wiozących ludzi i sprzęt (jarangi - czukockie namioty mieszkalne, wykonane ze skór reniferów) na obchody do Egvekinota. Krajobraz wokół nas był ponury i nieprzyjazny a wrażenie to potęgowały nisko wiszące szare chmury, spływające powoli po zboczach gór. Góry były brązowe, sine, bure, szare, wyniosłe, tajemnicze i groźne, zaś tundra porastająca dolinę miała różne odcienie smutnej zieleni: od sinego po ciemnozielony. Wzdłuż drogi na powykrzywianych drewnianych słupach ciągnęły się linie energetyczna i telefoniczna. Sama droga, szutrowa, nierówna i kamienista, pięła się niezauważalnie w górę. Górskie grzbiety, które początkowo biegły blisko drogi, za Oziernym rozsunęły się, by po 18-20 km znów się do niej zbliżyć.

Po przejechaniu kilkunastu kilometrów zauważyliśmy wąską drogę, jeszcze bardziej kamienistą i nierówną od tej, po której obecnie jechaliśmy, która odchodziła od głównej trasy na lewo w siną dal. To była droga do kopalni złota Vaunistyi. Skręcając w tą drogę, na rowerach z doczepionymi jednokołowymi przyczepkami, mieliśmy rozpocząć naszą "awanturę" życia (my - "Turisty Avanturisty").

Brama, symbolizująca przecięcie polarnego kręgu, nazywana arką, to stalowa konstrukcja ukazująca półkulę północną, z napisem Poliarnyj Krug. Bardzo ucieszył nas jej widok, ponieważ jazda w zimnie, w siąpiącym deszczu już nas nieco nudziła. Byliśmy ubrani od stóp do głów, na dłoniach mieliśmy rękawiczki, na głowach ciepłe czapki. A pomyśleć, że wówczas w Moskwie i Warszawie panowały ponad 30-stopniowe upały;) Zaraz za arką na tle czarnego zbocza góry odcinały się posępne kamienne domy, zbudowane przez zeków GUŁAGU. Nie wyobrażam sobie życia i pracy w takim miejscu, tym bardziej w warunkach zniewolenia i tyranii... Obecnie domy służą przejeżdżającym za klozet. Uważam, i spotkałem się także z tą opinią u kilku osób miejscowych, że domy te powinny być chronione jako pomniki historii. Chociaż pomników tych jest niestety tak dużo, że pochłonęło by to pewnie masę pieniędzy.

Obchody 60-lecia Egvekinota były huczne. Najpierw odbył się mecz piłki nożnej, potem był festyn. Czukcze z wioski Amguema, pasterze renów, przywieźli kilka jarang, przyjechali goście z nadmorskiej wioski Uelkal, morscy myśliwi. Serwowano narodowe dania, można było posiedzieć w jarandze przy ognisku i przy herbacie posłuchać opowieści Czukczów o ich życiu.
Na scenie odbywał się koncert, na którym występowały zespoły muzyczne, taneczne oraz "zwykli mieszkańcy", np. pracownicy szkoły. Był występ zespołu czukockiego, który wykonywał utwory, na temat codziennych czynności, takich jak polowanie, wyprawianie skór. Były też tańce, mające oddać zachwyt nad pięknem tundry, oceanu i zwierząt. Kultura Czukczów jest specyficzna, pieśni wykonywane są dość monotonnym tonem i są dość jednostajne. Przy trzeciej pieśni już to zauważyłem, lecz takie elementy jak taniec, stroje, radość wykonawców, na tyle przyciągały uwagę, że stałem jak urzeczony;)
Na koniec odbył się najnudniejszy punkt programu: jubileuszowa loteria. Zaproszony na scenę mężczyzna losował szczęśliwy numer spośród losów znajdujących się w reklamówce, po czym dla tegoż numerka - z innej "urny" - losowana była nagroda. Początkowo było to nawet emocjonujące, ludzie wygrywali czajniki, termosy, bieliznę pościelową... Po wylosowaniu dziesięciu nagród następowała przerwa na piosenkę czy skecz. Kiedy po ponad godzinie loteria trwała w najlepsze my szliśmy już w pośpiechu do szkoły, aby się spakować. Echo odbijało od ścian budynku entuzjastyczny komunikat prowadzącego loterię faceta, przebranego za kobietę: Uwagaaa, proszę państwaaa, czajnik! Czajnik dla szczęśliwego posiadacza numeru 1675. Wspaniale, gratulujemyyyy!. Czajnik, nie wiem, czy byłbym szczęśliwy wygrywając czajnik.

Na festynie Timur zapoznał się z dyrektorką szkoły w czukockiej wiosce Amguema, która z kolei przedstawiła nas szefowi administracji i szefowi sowchozu. Państwo ci zgodzili się nas zabrać ciężarówkami do Amguemy, obiecali, że pomogą z noclegiem, a znajomość z szefem sowchozu dała nam nadzieję na wyjazd do brygady wypasającej renifery w tundrze. Mieliśmy zamiar wracać z Amguemy na rowerach.

Amguema
Późną nocą, po dwuipółgodzinnej jeździe potężną ciężarówką URAL, dotarliśmy do Amguemy, nacjonalnej wsi czukockiej, położonej za kręgiem polarnym. Już w aucie Svetlana Nikolaievna i Sergiei Ivanovich, mówili nam, że gdy zobaczymy wieś, będziemy zaskoczeni. I byliśmy. Po środku płaskiej tundry ujrzeliśmy równo rozmieszczone ładne nowe kanadyjskie domki jednorodzinne. Wiele innych budynków: bloki mieszkalne czy duża szkoła z internatem, były wykończone sidingiem. Widok zupełnie niepodobny do tego, do czego przywykliśmy na Dalekim Wschodzie Rosji, czyli do ruin i burdelu. Widać gołym okiem, że wpompowano tu ogromne pieniądze. Dostaliśmy do dyspozycji w pełni urządzone mieszkanie, ze wszystkimi wygodami, TV, DVD, komputerem;) Do rana, jedząc wędzoną rybę, kanapki z kawiorem i popijąjąc piwo, rozmawialiśmy z panią dyrektor, między innymi o przemianach, jakie nastąpiły w ostatnich trzech latach w Amguemie.

Amguema, posiadająca status "nacjonalnego pasiołka" objęta została kilkoma programami, prowadzonymi przez administrację CzAO (Czukockiego Okręgu Autonomicznego), których celem była poprawa warunków życia mieszkańców - rdzennej ludności. Budowa domków kanadyjskich została zrealizowana dzięki gubernatorowi Romanowi Abramowiczowi i szefowi Kompanii Handlowej - Iwanowowi. Początkowo w Amguemie wybudowano domki testowe, które zdały egzamin pozytywnie. Czukcze żyli dotąd w domkach murowanych, zimnych i będących w opłakanym stanie, ogrzewali je piecami. Trzy lata temu rozpoczęło się wyburzanie starych domów a na ich miejscu powstały nowe - kanadyjskie. Potem to samo zrobiono w miejscowościach nad Oceanem Arktycznym: Nutepelmen i Vankarem.

Z racji funkcji, jaką pełniła nasza gospodyni, otrzymaliśmy zaproszenie do odwiedzenia amguemskiej szkoły. Budynek został niedawno gruntownie odnowiony: ocieplony, odmalowany, wyposażony w okna PCV. Wymieniono wszystkie ławki dla uczniów, zakupiono telewizory, odtwarzacze video, DVD, projektory multimedialne, komputery, drukarki, cyfrowe kamery i aparaty fotograficzne, oraz multimedialne materiały naukowe. Kiedy sprzęt stopniowo trafiał do wiosek, towarzyszyło mu polecenie służbowe: "kierownictwo, niezależnie od wieku, ma obowiązek opanować obsługę komputera".

Dzieci z odlegych wsi Rejonu Iultińskiego znajdujących się nad Oceanem Arktycznym, przywożone są na naukę do Amguemy. Mieszkają w internacie, karmione są w szkolnej stołówce. Oprócz "zwykłych" przedmiotów, uczą się języka czukockiego, poznają geografię i historię Czukotki. W tym celu wydane zostały odpowiednie podręczniki.

Amguema nosi nazwę rzeki, nad którą leży. Nazwa oznacza w języku czukockim "błądząca rzeka", Amguema jest właśnie ponoć taką rzeką, często zmieniającą położenie swojego głównego rusła. Udaliśmy się na przechadzkę po tundrze wzdłuż rzeki. Oczywiście dopadł ras rój komarów, ta bzycząca chmura agresywnych owadów leciała za nami bez przerwy. Na horyzoncie, na południe od Amguemy, zobaczyliśmy jakieś zabudowania, oddalone od nas o 2-3 kilometry. Gdy tam doszliśmy, znaleźliśmy się w częściowo porzuconej wsi-autobazie. Na przeciw dużego murowanego garażu stało kilka samochodów i buldożerów. Dalej, z jednej strony, ciągnęły się zabudowania opuszczonej wsi, zaś z drugiej było miejsce spoczynku różnorodnych wraków ciężarówek, spychaczy, buldożerów.
Kiedy fotografowaliśmy otoczenie, podjechał uazik, którego kierowca zapytał nas podejrzliwie, kim jesteśmy i w jakim celu robimy zdjęcia. Aleksander Berliński, główny mechanik autobazy w wiosce Dorożnyj, na terenie mizernych resztek której, właśnie się znajdowaliśmy, okazał się po chwili bardzo sympatycznym człowiekiem. Opowiedział nam historię swojego życia, oraz okolicy i Dorożnego, do którego przyjechał z "Chochlandii", czyli z Ukrainy, na 3 lata a został na 33.

Od Aleksandra dowiedzieliśmy się, że droga, którą chcemy pokonać Czukotkę na rowerach, została zbudowana niedawno, zaledwie kilka lat temu. Najpierw wybudowano odcinek z miejscowości Komsomolski, leżącej 200 km na południe od wybrzeża Oceanu Arktycznego, do kopalni złota Vałunistyi. Potem dwustukilometrowy odcinek z Vaunistego do Trasy Iultińskiej. Trasa biegnie dolinami, górskimi grzbietami, pokonuje przełęcze, przecina rzeki.
Potem mieliśmy okazję porozmawiania z kierowcą z Peveka, który przywiózł do Dorożnego delegację na obchody święta 45-lecia Służby Drogowej. Powiedział nam, że droga jest przejezdna, ba dodał nawet, że droga jest dobra. Trudności na trasie to rzeki, które będzie trzeba pokonywać wpław i przełęcze ze stromymi podjazdami. Z Egvekinota do Peveka jest około 900 km. Ktoś z towarzyszących kierowcy gości rzucił, że po co mamy się męczyć, załadujmy rzeczy na auto i za 2 dni będziemuy v Peveku ;) - Oooo, co to, to nieeee, dziękujemy - zaśmialiśmy się. Informacje kierowcy wprawiły nas tego popołudnia w dobry nastrój.

Akcja ratunkowa

Do Amguemy przyjechaliśmy po to, aby poznać Czukczów i przyjrzeć się ich pracy w tundrze. Brygady pasterzy reniferów przemieszczają się wraz ze stadem, i z reguły znajdują się w odległości wielu kilometrów od miejsc zamieszkanych. Gdzie znajduje się w danej chwili dana brygada wiedzą władze sowchozu, które kontaktują się z pasterzami każdego dnia drogą radiową. Udaliśmy się do biura amguemskiego sowchozu, aby dowiedzieć się, czy jest możliwość dotarcia do pasterzy. Naczelnik sowchozu, niezwykle mało rozmowny Czukcza, przekazał nam zdawkowo, że następnego dnia, w odległości kilkunastu kilometrów od Amguemy, pasterze będą przeganiać stado w pobliżu drogi. Zostanie tam wysłane auto z żywnością i nas również może zabrać. Mamy się stawić o 9 rano pod garażami sowchozu.

Dłuuugo czekaliśmy rankiem na jakąkolwiek akcję w sowchozie. Siedzieliśmy na deszczu pod drzwiami biura, robotnicy to wchodzili, to wychodzili, kręcili się na pusto. Nikt nie zwracał na nas uwagi. Tak minęła jedna godzina, druga... Ogarniało nas zniecierpliwienie. Okazało się, że opóźnienie wynika z tego, że piekarnia dopiero rozpoczęła pieczenie chleba dla brygady pasterzy.
W końcu coś zaczęło się dziać. Z garażu wyjechał transporter gąsiennicowy podobny do czołgu - vjezdiechod. Myśleliśmy, że to właśnie nim pojedziemy do pasterzy. Za vjezdiechodem na zewnątrz wyjechał jeszcze spychacz, a transporter został z powrotem wprowadzony do garażu. Po jakimś czasie spychacz przyciągnął przyczepkę z niewielką motorówką, którą kilku robotników załadowało na ciężarówkę Ural. Wówczas pojawił się nasz naczelnik sowchozu z innym naczelnikiem - Rosjaninem. Powiedzieli, że produkty do brygady zawiezie samochód osobowy, do którego się nie zmieścimy, ale, jeśli chcemy jechać w tundrę, to za chwilę odjeżdża Ural z motorówką w celu ściągnięcia vjezdiechoda innych pasterzy, który utknął w tundrze. Chcemy jechać - odpowiedzieliśmy skwapliwie. - To wsiadajcie.

Podskakując na wybojach pędziliśmy w łódce drogą w stronę Iultinu. Przy każdym podskoku Czukcza, który siedział obok nas w motorówce na pace Urala, śmiał się, że mamy dziś wysoką falę;) Po przejechaniu 15 kilometrów Czukcza trącił mnie w ramię i wskazując gdzieś w tundrę powiedział: Tam, tam jest! Ja tam nic nie zobaczyłem. Skręciliśmy w wąską drogę zmierzającą w kierunku rzeki. Z szoferki wyszli dwaj robotnicy i naczelnik Rosjanin i zaczęli rozważać, w którym miejscu przejechać przez rzeke. czukcze, mający na nogach wysokie gumiaki weszli do wody, aby zorientować się, jaki jest jej poziom. Uznali, że trzeba znaleźć szersze miejsce, gdzie rzeka bardziej się rozlewa. Pojechaliśmy więc dalej wzdłuż brzegu. Następnie odbyło się ponowne badanie, które wypadło pomyślnie i wjechaliśmy do wody. W najgłębszym miejscu koła zanurzyły się w całości w wodzie, rzeka miała w tym miejscu jakieś 30 metrów szerokości. Gdy byliśmy na drugim brzegu okazało się, ze czeka nas jeszcze jedna podobna przeprawa. Za rusłem, szerokości podobnej jak poprzednio, na wysokim brzegu widzieliśmy obóz pasterzy. Pokonaliśmy rzekę i wkrótce znaleźliśmy się wśród nomadów. Obóz pasterzy składał się z wjezdiechoda, obok którego stały dwa namioty. Mieszkańcy - Czukcze o śniadej cerze - byli niezwykle malowniczy. Całą rodziną, od dziadka zaczynając a na dzieciach kończąc przemierzali tundrę wraz z reniferami. Teraz stado znajdowało się daleko, ponieważ przebyło rzekę. Ludzie natomiast bali się, że wjezdiechod nie pokona rzeki załadowany całym dobytkiem, dlatego wezwali przez radio pomoc. Jako że ratujący przyjęli zaproszenie na obiad, zamiast się pakować, Czukcze zabrali sie za gotowanie mięsa. Wyjęli z worka kawałki świeżej olieniny (mięsa renifera) i wrzucili do kotła ustawionego nad ogniskiem. Pokazywali nam przez lornetkę, gdzie jest stado. Przyznam, że bardziej uwierzyłem na słowo, gdzie są renifery, gdyż nawet przez lornetkę były tylko małymi plamkami na tle tundry. Ale w końcu ja się nie znam ;)
Mięso zostało wyłożone na deskę leżącą wprost na ziemi, wokół której zebrała się już cała ekipa. Każdy odcinał sobie nożem po kawałku brązowego parującego mięsa i zagryzał chlebem. Do picia była herbata. Przyznam, że mimo iż mięso było gotowane bez przypraw, smakowało dobrze.

Po obiedzie szybko złożono obóz, ładując wszystko na ciężarówkę. Przez radiostację przekazano informację do sowchozu, że startujemy, uruchomiono transporter i ruszyliśmy. W wjezdiechodzie jechało kilku pasterzy, reszta rodziny, a także kilka psów, siedziała na pace Urala. Przyznam, że czułem się podczas całej tej akcji, jak na planie filmu. Wokół mnie twarze nomadów, jedziemy przez tundrę i rzekę gdzieś na końcu świata... Było super!

Transporter bez przeszkód pokonał oba rusła rzeki. Jeden z psów zeskoczył z ciężarówki, w związku z czym, decyzją dziadka musiał przystąpić do egzaminu dojrzałości: miał przepłynąć rzekę. Egzamin zdał na piątkę - wszyscy szczerze się cieszyliśmy!
Brygada pojechała dalej wjezdiechodem do swojego stada reniferów, my zaś ciężarówką wróciliśmy do Amguemy.

To nie był koniec atrakcji tego dnia. Naczelnik powiedział nam, że wieczorem grupa pracowników sowchozu jedzie do brygady, którą dziś poznaliśmy, aby pomagać w uboju reniferów. Jeśli chcemy, możemy im towarzyszyć. Zgodziliśmy się natychmiast!

Letnia noc w tundrze
Byliśmy zniesmaczeni. Odjazd w tundrę miał nastąpić dwie i pół godziny temu, tymczasem nie dość, że nie nastąpił, to wszyscy robotnicy rozeszli się do domów. Kiedy traciliśmy nadzieję, że dokądkolwiek pojedziemy, pod garaż zaczęli się schodzić podchmieleni Czukcze z plecakami, torbami. Podjechała ciężarówka, załadowano na nią produkty dla brygady pasterzy, całe towarzystwo również weszło na pakę i ruszyliśmy na objazd wsi, żeby ściągnąć maruderów. Pewien dziadek był pijany w sztok i legł wprost na pace między torbami i workami z prowiantem. Czukcze byli podnieceni wyjazdem i wesoło pokrzykiwali. W końcu ruszyliśmy pędem w drogę. Każdy przycupnął i osłonił się od zimnego wiatru: kapturami, czapkami. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów kierowca przyspieszył i zaczął trąbić. Gdy wychyliliśmy się zza kabiny, ujrzeliśmy brązowego niedźwiedzia, niezgrabnie biegnącego przed naszym autem. Czukcze krzycząc poderwali się ze swoich miejsc. Gwizdali, machali rękami, zachowywali się tak, jakby chcieli zmiażdżyć niedźwiedzia siłą swoich głosów. Oczywiście podczas spotkania z nim sam na sam w tundrze, zachowywaliby się zupełnie inaczej... Zdziwiło mnie to ich gwałtowne zaangażowanie w przegonienie zwierzęcia. Zaangażowanie świadczące o ogromnych pretensjach, jakie nagromadziły się w ludzkich sercach, za to, że te dzikie zwierzęta napadały na stada reniferów w tundrze, że zabiły kilka osób, że w tundrze to one są panami i to ich trzeba się bać...
Zwierzę przebiegło jeszcze kawałek i dało susa w krzaki.
Kiedy dojechaliśmy na miejsce, gdzie mieliśmy czekać na wjezdiechod, który zawiezie nas do stada reniferów, Czukcze wypatrzyli w tundrze jeszcze dwa niedźwiedzie. Pasły się około 400 metrów od drogi i nic sobie nie robiły z krzykow i gwizdów, kierowanych pod ich adresem z pijanych czukockich gardeł.

Czas oczekiwania na wjezdiechod Czukcze zabijali sącząc piwo. Puste butelki wyrzucali prosto w tundrę. Naczelnik z sowchozu - Rosjanin - choć sam z butelką w ręku, spojrzał na pijanych Czukczów z niesmakiem. Wielu Rosjan, żyjących po sąsiedzku z Czukczami, ma już świadomość, jaką krzywdę wyrządzili temu północnemu narodowi, pojąc go alkoholem. Jest to ogromny problem, ponieważ żyjący w swoim świecie Czukcze, do przyjazdu Rosjan na Daleką Północ, nie znali alkoholu i ich organizmy trudniej go metabolizują, w efekcie czego łatwo się upijają i popadają w uzależnienie. Po objęciu władzy przez Romana Abramowicza, jego administracja postanowiła walczyć z alkoholizmem wśród rdzennej ludności. Wprowadzono dla Czukczów ograniczenia w dostępie do wódki, w wiosce Kanczałan pensje dla pasterzy przelewano na konta, a w sklepie wprowadzono płatność kartą. Wódkę sprzedawano jednak jedynie za gotówkę. Niestety bez przeszkód można za to handlować piwem, a to wystarcza do zaspokojenia alkoholowego głodu. W szkołach prowadzi się wprawdzie pogadanki dla młodzieży, na temat szkodliwości alkoholu. Cóż z tego - mówiła nam Svetłana Nikołayevna z Amguemy - jeśli dzieci wracają do domu, gdzie rodzice są pijani...
Cywilizacja negatywnie wpłynęła na naród tundry. Ludzi, którzy przywykli do bezkresnej przestrzeni, zamknęła w betonowych domach z ciepłą wodą w kranie i gorącym grzejnikiem. Zabrała im tradycję życia w jarangach, odziewania się w ubrania, samodzielnie wykonywane ze skór zwierząt, według wskazówek wypracowanych przez pokolenia, i kazała się ubrać w nie tak skuteczne w arktycznej pogodzie rosyjskie kurtki i czapki uszanki. Naród nomadów został pozbawiony sensu swego życia, które od setek lat polegało na wędrowaniu przez tundrę ze swoim stadem reniferów, o które trzeba było dbać, rozwijać je, chronić; ze stadem, które zapewniało pracę, odzienie i pożywienie. Ba, Czukczów pozbawiano nawet języka... Wszystkie sprawy w miejscu pracy, w urzędach, można było bowiem załatwić jedynie po rosyjsku.
Cały ten proces zaczął się zaledwie niecałe sto lat temu, jednak doprowadził do zdegenerowania narodu Czukockiego. To chyba świadomość braku nadziei na przyszłość, niepewność o los swoich dzieci pchają Czukczów do alkoholizmu. Oni się do niczego nie nadają, tylko do życia w tundrze, przy reniferach, tam jest ich miejsce - słyszeliśmy kilkakrotnie z ust Rosjan.
Obecna administracja próbuje naprawić wyrządzoną szkodę. Myślę, że taki był naprawdę sens naszej nocnej wyprawy w celu uboju reniferów, których mięso miało następnie trafić na półki w amguemskim sklepie. Po co komu renifery, utrzymywanie stad, całej infrastruktury sowchozów, zakładów mechanicznych gdzie naprawia się pasterzom transportery gąsiennicowe, wypalające 100 litrów oleju na 100 kilometrów? Zadałem to pytanie dwa tygodnie później, siedząc przy wódce z pewnym bardzo mądrym facetem, starym czukockim wygą. W odpowiedzi uśmiechnął się z błyskiem w oku - jesteś bardzo przenikliwy. I z poważnym wyrazem twarzy dokończył: Renifery rzeczywiście nie są obecnie potrzebne do przeżycie na Czukotce. Ale tak trzeba. Jesteśmy na ziemi Czukczów, jesteśmy goścmi w ich domu. To my postawiliśmy ich życie na głowie. Musimy im teraz pomóc.

Wjezdiechod przybył po 45 minutach, usadowiliśmy się na nim i w drogę ;) Jechało się przyjemnie i równo. Ciepło bijące z silnika, na osłonie którego siedziałem, dawało poczucie komfortu. Pokonywaliśmy bagna, pagórki, suche koryta rzeczek i obserwowaliśmy tundrę w promieniach zachodzącego słońca. Było około północy, kiedy zobaczyliśmy pasące się renifery: szare, popielate, łaciate i całkiem białe z rogami pokrytymi meszkiem. Piękne zwierzęta! Wjezdiechod podjechał do siedzącego na ziemi i obserwującego stado dziadka. Były objęcia, radosne uściski i butelka piwa wręczona dziadkowi. Kilku młodych mężczyzn wysiadło żeby zebrać stado, dziadek wgramolił się na transporter i ruszyliśmy dalej, w stronę namiotów brygady, ustawionych na wzgórzu.

Była piękna noc, jedna z najbardziej egzotycznych nocy, jakie przeżyłem podczas podróży do Rosji..., ba, jedna z najciekawszych nocy w moim życiu! Znajdowaliśmy się za kołem podbiegunowym w okresie, kiedy słońce schodzi poniżej linii horyzontu ale nie zachodzi całkowicie. Było po północy, staliśmy na wzniesieniu, mając przed sobą widok na góry i tundrę oświetlone promieniami zachodzącego/nie zachodzącego słońca. Powietrze było przejrzyste, tylko nad górami i nisko w dolinie zebrała się mgła. Obserwowaliśmy rozległą na ponad 20 kilometrów panoramę. Była to niesamowita, niemal przytłaczająca swą skalą przestrzeń!
Zbliżało się do nas stado ponad czterech tysięcy reniferów, szczypiących porosty. Nie wydawały z siebie żadnego odgłosu, jednak słychać było, jak się pasą, wraz z nimi przybliżał się do nas potężny szum. Mówiąc potężny nie mam na myśli stopnia głośności a raczej bezkompromisowość tego dźwięku, to, że był wywołany działalnością dużej liczby zwierząt. Jakoś przyszło mi wówczas do głowy, że równie bezkompromisowo szumi pewnie szarańcza.
Gdy zwierzęta były już kilkadziesiąt metrów od nas, kilku mężczyzn, stojących nieopodal ogniska, wzięło ze sobą arkany i podeszło do stada. Ci, którzy przygnali stado płoszyli teraz zwierzęta tak, że zaczynały biegać po okręgu, ci z arkanami zaś, z dziadkiem na czele, uważnie obserwowali reny, wypatrując słabsze sztuki. Na sygnał dawany przez dziadka, rzucali arkanami we wskazane zwierzę. Złapany renifer walczył w milczeniu. Machał uwięzionym porożem, zapierał się kopytami, próbował poderwać się do biegu. Pasterze trzymali arkany mocno i szybko podbiegali i powalali zwierzę. Nożem przekłuwali mu serce i było prawie po wszystkim. Prawie, ponieważ należało jeszcze podciąć gardło, wydobyć przełyk, przełożyć kawałkiem patyka i zawiązać, aby zawartość żołądka nie wylała się do pyska. Potem martwym zwierzęciem zajmowały się kobiety, które sprawnie oprawiały tuszę. Ubój trwał około trzech godzin, zabito kilkanaście sztuk, które owinięto w skóry i załadowano do wjezdiechoda. Nie niepokojone już przez pasterzy stado rozeszło się po tundrze. Zwierzęta, ucieszone chyba nowym wschodem słońca pomrukiwały teraz do siebie głośno.

Około wpół do piątej rano mogliśmy wyruszyć z powrotem. Było bardzo zimno, a my byliśmy niesamowicie znużeni. Znów siedziałem na silniku, który swym przyjemnym ciepłem ukołysał mnie do snu. I nie przeszkodził mi w tym bynajmniej oślepiający blask słońca ;) Dojechaliśmy do ciężarówki, tusze zostały przeładowane na skrzynię, ludzie jakoś się usadowili między tymi reniferowymi ciałami.
Pożegnaliśmy się z pasterzami i podziękowaliśmy im za gościnność. Podążyli wjezdiechodem w swoją stronę, do stada, zaś nasz Ural pędem ruszył do Amguemy. Po ciepłej kąpieli i lekkim śniadaniu po szóstej rano, szczęśliwi, legliśmy w swoich łóżkach. I spaliśmy caaały boży dzień!

Wieczór spędziliśmy oglądając film na DVD i uzupełniając dzienniki podróży. Uruchomiłem komputer, wyszukałem i skopiowałem na swój player trochę mp3-jek, aby słuchać ich, podczas drogi powrotnej do Egvekinota. Na rowerach mieliśmy do pokonania 90 km szutru z jedną przełęczą po drodze. Start zaplanowaliśmy na następny dzień.

Amguema - Egvekinot :: Bike Expedition
Z Amguemy do Egvekinota jechaliśmy rowerami przez dwa dni. Pożegnawszy się ze znajomymi wystartowaliśmy po piętnastej. Niebo spowite było chmurami, wiał silny wiatr, który utrudniał nam jazdę. Po pokonaniu dziesięciu kilometrów ujrzeliśmy w tundrze dwie czarne ruchome kropki. Kropki pasły się w odległości około 300 metrów od drogi i nie zwracały na nas uwagi, zapewne z racji kierunku wiejącego wiatru, jeszcze nas nie wyczuły. Tym niemniej przyspieszyliśmy. Kilkakrotnie padał deszcz i nic nie zapowiadało poprawy pogody. Dojechaliśmy do jeziora, znajdującego się pod Krasną Sopką. W słoneczny dzień jezioro przyjmuje barwę turkusową, zaś góra która nad nim wyrasta, jest mocno czerwona. Po drodze zatrzymywaliśmy się przy opuszczonych kamiennych domach, wzniesionych przez więźniów Czukotstroja. Krajobraz wokół był tak nieprzyjazny, że przechodził nas dreszcz na myśl, iż ktoś był zmuszany do życia i pracy w takim miejscu. Zimą w śniegu, wietrze, purdze, latem w deszczu, mgle i przy zimnym wietrze. Do tego z widokiem na posępne kamieniste góry w odcieniach od szarości i brązów do czerni. Domy budowano z kamienia pozyskiwanego w pobliskich górach, ich ściany, grubości 60-70 cm miały chronić przed zimnem. Gdy minął czas obozów, w domach tych mieszkali drogowcy obsługujący trasę. Teraz, gdy minął czas kombinatu w Iultinie i droga nie była tak uczęszczana, domy stały opuszczone.
W sąsiedztwie takich domów rozbiliśmy nocą namiot. Aby nie nękali nas nocą nieproszeni goście, dokładnie umyte naczynia po kolacji zostawiliśmy kilkanaście metrów od namiotu w kamiennych ruinach.

Następnego dnia dojechaliśmy do przełęczy, w okolicy której - jak nam przekazano w Amguemie - znajdowały się ruiny podobozu i cmentarz więźniów. Sprawę lokalizacji cmentarza wyjaśnił nam pracownik garaży, ulokowanych na przełęczy. Na maleńkiej łączce odnaleźliśmy kilka grobów z drewnianymi tabliczkami, na których wyryte były inicjały zmarłych. Pracownik garażu, który przyjechał na Czukotkę z drugiego krańca imperium, z Kaliningradu, opowiedzał nam pewną smutną historię grupy 37 więźniów. Otóż gnano ich zimą z 40-go na 47 kilometr trasy, kiedy rozszalała się purga - zamieć śnieżna. Strażnicy, nie wiedząc, co zrobić w tej sytuacji z więźniami, wszystkich zastrzelili. Sami zamarzli w tundrze. Mogiła katów i ofiar znajduje się w okolicach 40-go kilometra trasy nieopodal niewielkiego mostu.

Krajobraz w okolicy przełęczy nabrał dynamiki: droga schodziła gwałtownie w dół po zboczach wysokich, skalistych gór. Mgła odsłoniła szczyty, dlatego co chwila przystawaliśmy, aby robić zdjęcia. Wkrótce minęliśmy arkę "Poliarnyi Krug" i dość szybko zmierzaliśmy do Egvekinota. Jechałem pierwszy, oddaliłem się od Timura o jakieś 800 m. Na uszach miałem słuchawki z muzyką, cieszyłem się, że niedługo będziemy w cywilizacji. Gdy minąłem tablicę z napisem Egvekinot, przystanąłem aby poczekać na Timura. Jechał między dwoma ciężarówkami. - Co za ludzie, pomyślałem o kierowcach, nie dadzą chłopakowi spokoju, tylko wyprzedzają go jednocześnie z obydwu stron! Pierwsza ciężarówka minęła mnie, kierowca drugiej zatrzymał się i zapytał, czy widziałem, jak mojego kolegę gonił niedźwiedź. - Jaki niedźwiedź? - spytałem trochę drwiąco. Wtedy podjechał Timur. Opowiedział, że podczas jazdy dostrzegł z lewej strony niewielkiego niedźwiedzia, nadbiegającego niezgrabnie w stronę drogi. Timur zatrzymał się, zastawił rowerem i machał na ciężarówki, jadące ponad 100 metrów za nim, aby podjechały. Samochody zaczęły trąbić, zasłoniły Timura z obydwu stron. Zwierzę przebiegło jeszcze kilkanaście metrów wzdłuż drogi i spłoszone zawróciło w tundrę. Timur nie wiedział, czy niedźwiedź gonił jego, czy też chciał wybiec przed niego, aby przeciąć drogę i pobiec dalej. Był zdenerwowany, bo jak mówił, nie spodziewał się zupełnie takiej sytuacji. Przyznam, przeraziła mnie ta historia, miałem wyrzuty sumienia, że oddaliłem się od Timura, bo - choć pewnie nie byłbym w stanie uratować go w przypadku ataku - zawsze dwie osoby na rowerach, to nie jedna, i widząc nas, niedźwiedź w ogóle mógłby nam się nie pokazać, tylko poczekać, aż pojedziemy dalej.

Gdy mijaliśmy lotnisko, podjechaliśmy sprawdzić rozkład lotów. Nie mówiliśmy tego otwarcie, lecz sądzę, że gdyby było wówczas jakieś ciekawe połączenie, podjęlibyśmy dyskusję nad rewizją naszego planu. Połączenia oczywiście nie było, najbliższy samolot miał odlatywać za tydzień. Ustaliliśmy jedno: bez rakietnic nie jedziemy do Peveka.

Kiedy dzwoniliśmy z Egvekinota do domów, o niedźwiedziach nie zająkneliśmy się ani słowem. - Jest ciekawie, tundra bezkresna, komary gryzą, ale nie tak bardzo, renifery piękne, ludzie w porządku ;)

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13
 
© 2006 podróżnik.net statystyki www stat.pl