Byliśmy zniesmaczeni. Odjazd w tundrę miał nastąpić dwie i pół godziny temu, tymczasem nie dość, że nie nastąpił, to wszyscy robotnicy rozeszli się do domów. Kiedy traciliśmy nadzieję, że dokądkolwiek pojedziemy, pod garaż zaczęli się schodzić podchmieleni Czukcze z plecakami, torbami. Podjechała ciężarówka, załadowano na nią produkty dla brygady pasterzy, całe towarzystwo również weszło na pakę i ruszyliśmy na objazd wsi, żeby ściągnąć maruderów. Pewien dziadek był pijany w sztok i legł wprost na pace między torbami i workami z prowiantem. Czukcze byli podnieceni wyjazdem i wesoło pokrzykiwali. W końcu ruszyliśmy pędem w drogę. Każdy przycupnął i osłonił się od zimnego wiatru: kapturami, czapkami. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów kierowca przyspieszył i zaczął trąbić. Gdy wychyliliśmy się zza kabiny, ujrzeliśmy brązowego niedźwiedzia, niezgrabnie biegnącego przed naszym autem. Czukcze krzycząc poderwali się ze swoich miejsc. Gwizdali, machali rękami, zachowywali się tak, jakby chcieli zmiażdżyć niedźwiedzia siłą swoich głosów. Oczywiście podczas spotkania z nim sam na sam w tundrze, zachowywaliby się zupełnie inaczej... Zdziwiło mnie to ich gwałtowne zaangażowanie w przegonienie zwierzęcia. Zaangażowanie świadczące o ogromnych pretensjach, jakie nagromadziły się w ludzkich sercach, za to, że te dzikie zwierzęta napadały na stada reniferów w tundrze, że zabiły kilka osób, że w tundrze to one są panami i to ich trzeba się bać...
Zwierzę przebiegło jeszcze kawałek i dało susa w krzaki.
Kiedy dojechaliśmy na miejsce, gdzie mieliśmy czekać na wjezdiechod, który zawiezie nas do stada reniferów, Czukcze wypatrzyli w tundrze jeszcze dwa niedźwiedzie. Pasły się około 400 metrów od drogi i nic sobie nie robiły z krzykow i gwizdów, kierowanych pod ich adresem z pijanych czukockich gardeł.
Czas oczekiwania na wjezdiechod Czukcze zabijali sącząc piwo. Puste butelki wyrzucali prosto w tundrę. Naczelnik z sowchozu - Rosjanin - choć sam z butelką w ręku, spojrzał na pijanych Czukczów z niesmakiem. Wielu Rosjan, żyjących po sąsiedzku z Czukczami, ma już świadomość, jaką krzywdę wyrządzili temu północnemu narodowi, pojąc go alkoholem. Jest to ogromny problem, ponieważ żyjący w swoim świecie Czukcze, do przyjazdu Rosjan na Daleką Północ, nie znali alkoholu i ich organizmy trudniej go metabolizują, w efekcie czego łatwo się upijają i popadają w uzależnienie. Po objęciu władzy przez Romana Abramowicza, jego administracja postanowiła walczyć z alkoholizmem wśród rdzennej ludności. Wprowadzono dla Czukczów ograniczenia w dostępie do wódki, w wiosce Kanczałan pensje dla pasterzy przelewano na konta, a w sklepie wprowadzono płatność kartą. Wódkę sprzedawano jednak jedynie za gotówkę.
Niestety bez przeszkód można za to handlować piwem, a to wystarcza do zaspokojenia alkoholowego głodu. W szkołach prowadzi się wprawdzie pogadanki dla młodzieży, na temat szkodliwości alkoholu. Cóż z tego - mówiła nam Svetłana Nikołayevna z Amguemy - jeśli dzieci wracają do domu, gdzie rodzice są pijani...
Cywilizacja negatywnie wpłynęła na naród tundry. Ludzi, którzy przywykli do bezkresnej przestrzeni, zamknęła w betonowych domach z ciepłą wodą w kranie i gorącym grzejnikiem. Zabrała im tradycję życia w jarangach, odziewania się w ubrania, samodzielnie wykonywane ze skór zwierząt, według wskazówek wypracowanych przez pokolenia, i kazała się ubrać w nie tak skuteczne w arktycznej pogodzie rosyjskie kurtki i czapki uszanki.
Naród nomadów został pozbawiony sensu swego życia, które od setek lat polegało na wędrowaniu przez tundrę ze swoim stadem reniferów, o które trzeba było dbać, rozwijać je, chronić; ze stadem, które zapewniało pracę, odzienie i pożywienie. Ba, Czukczów pozbawiano nawet języka... Wszystkie sprawy w miejscu pracy, w urzędach, można było bowiem załatwić jedynie po rosyjsku.
Cały ten proces zaczął się zaledwie niecałe sto lat temu, jednak doprowadził do zdegenerowania narodu Czukockiego. To chyba świadomość braku nadziei na przyszłość, niepewność o los swoich dzieci pchają Czukczów do alkoholizmu. Oni się do niczego nie nadają, tylko do życia w tundrze, przy reniferach, tam jest ich miejsce - słyszeliśmy kilkakrotnie z ust Rosjan.
Obecna administracja próbuje naprawić wyrządzoną szkodę. Myślę, że taki był naprawdę sens naszej nocnej wyprawy w celu uboju reniferów, których mięso miało następnie trafić na półki w amguemskim sklepie. Po co komu renifery, utrzymywanie stad, całej infrastruktury sowchozów, zakładów mechanicznych gdzie naprawia się pasterzom transportery gąsiennicowe, wypalające 100 litrów oleju na 100 kilometrów? Zadałem to pytanie dwa tygodnie później, siedząc przy wódce z pewnym bardzo mądrym facetem, starym czukockim wygą. W odpowiedzi uśmiechnął się z błyskiem w oku - jesteś bardzo przenikliwy. I z poważnym wyrazem twarzy dokończył: Renifery rzeczywiście nie są obecnie potrzebne do przeżycie na Czukotce. Ale tak trzeba. Jesteśmy na ziemi Czukczów, jesteśmy goścmi w ich domu. To my postawiliśmy ich życie na głowie. Musimy im teraz pomóc.
Wjezdiechod przybył po 45 minutach, usadowiliśmy się na nim i w drogę ;) Jechało się przyjemnie i równo. Ciepło bijące z silnika, na osłonie którego siedziałem, dawało poczucie komfortu. Pokonywaliśmy bagna, pagórki, suche koryta rzeczek i obserwowaliśmy tundrę w promieniach zachodzącego słońca. Było około północy, kiedy zobaczyliśmy pasące się renifery: szare, popielate, łaciate i całkiem białe z rogami pokrytymi meszkiem. Piękne zwierzęta! Wjezdiechod podjechał do siedzącego na ziemi i obserwującego stado dziadka. Były objęcia, radosne uściski i butelka piwa wręczona dziadkowi.
Kilku młodych mężczyzn wysiadło żeby zebrać stado, dziadek wgramolił się na transporter i ruszyliśmy dalej, w stronę namiotów brygady, ustawionych na wzgórzu.
Była piękna noc, jedna z najbardziej egzotycznych nocy, jakie przeżyłem podczas podróży do Rosji..., ba, jedna z najciekawszych nocy w moim życiu!
Znajdowaliśmy się za kołem podbiegunowym w okresie, kiedy słońce schodzi poniżej linii horyzontu ale nie zachodzi całkowicie. Było po północy, staliśmy na wzniesieniu, mając przed sobą widok na góry i tundrę oświetlone promieniami zachodzącego/nie zachodzącego słońca. Powietrze było przejrzyste, tylko nad górami i nisko w dolinie zebrała się mgła. Obserwowaliśmy rozległą na ponad 20 kilometrów panoramę. Była to niesamowita, niemal przytłaczająca swą skalą przestrzeń!
Zbliżało się do nas stado ponad czterech tysięcy reniferów, szczypiących porosty. Nie wydawały z siebie żadnego odgłosu, jednak słychać było, jak się pasą, wraz z nimi przybliżał się do nas potężny szum. Mówiąc potężny nie mam na myśli stopnia głośności a raczej bezkompromisowość tego dźwięku, to, że był wywołany działalnością dużej liczby zwierząt. Jakoś przyszło mi wówczas do głowy, że równie bezkompromisowo szumi pewnie szarańcza.
Gdy zwierzęta były już kilkadziesiąt metrów od nas, kilku mężczyzn, stojących nieopodal ogniska, wzięło ze sobą arkany i podeszło do stada. Ci, którzy przygnali stado płoszyli teraz zwierzęta tak, że zaczynały biegać po okręgu, ci z arkanami zaś, z dziadkiem na czele, uważnie obserwowali reny, wypatrując słabsze sztuki. Na sygnał dawany przez dziadka, rzucali arkanami we wskazane zwierzę. Złapany renifer walczył w milczeniu. Machał uwięzionym porożem, zapierał się kopytami, próbował poderwać się do biegu. Pasterze trzymali arkany mocno i szybko podbiegali i powalali zwierzę. Nożem przekłuwali mu serce i było prawie po wszystkim. Prawie, ponieważ należało jeszcze podciąć gardło, wydobyć przełyk, przełożyć kawałkiem patyka i zawiązać, aby zawartość żołądka nie wylała się do pyska. Potem martwym zwierzęciem zajmowały się kobiety, które sprawnie oprawiały tuszę. Ubój trwał około trzech godzin, zabito kilkanaście sztuk, które owinięto w skóry i załadowano do wjezdiechoda. Nie niepokojone już przez pasterzy stado rozeszło się po tundrze. Zwierzęta, ucieszone chyba nowym wschodem słońca pomrukiwały teraz do siebie głośno.
Około wpół do piątej rano mogliśmy wyruszyć z powrotem. Było bardzo zimno, a my byliśmy niesamowicie znużeni. Znów siedziałem na silniku, który swym przyjemnym ciepłem ukołysał mnie do snu. I nie przeszkodził mi w tym bynajmniej oślepiający blask słońca ;)
Dojechaliśmy do ciężarówki, tusze zostały przeładowane na skrzynię, ludzie jakoś się usadowili między tymi reniferowymi ciałami.
Pożegnaliśmy się z pasterzami i podziękowaliśmy im za gościnność. Podążyli wjezdiechodem w swoją stronę, do stada, zaś nasz Ural pędem ruszył do Amguemy. Po ciepłej kąpieli i lekkim śniadaniu po szóstej rano, szczęśliwi, legliśmy w swoich łóżkach. I spaliśmy caaały boży dzień!
Wieczór spędziliśmy oglądając film na DVD i uzupełniając dzienniki podróży. Uruchomiłem komputer, wyszukałem i skopiowałem na swój player trochę mp3-jek, aby słuchać ich, podczas drogi powrotnej do Egvekinota. Na rowerach mieliśmy do pokonania 90 km szutru z jedną przełęczą po drodze. Start zaplanowaliśmy na następny dzień.
|
|