Google
   świat   podróżnik.net     

 

Nasi P a r t n e r z y

 
Start TransЧукотка 2006 Bike Expedition
25 lipca miała się rozpocząć nasza rowerowa wyprawa przez Czukotkę. Od rana odczuwaliśmy jakiś dziwny niepokój, napięcie, niczym przed ważnym egzaminem.

Spakowaliśmy się, dokupiliśmy jedzenie: łapsze (zupki chińskie), chleb i butelkę oleju. Olej mieliśmy dolewać do potraw, aby zwiekszyć ich wartość energetyczną, ponieważ obawialiśmy się, że nasze liofilizaty mogą być zbyt mało kaloryczne; poza tym olej zajmował mało miejsca i byliśmy w stanie jeszcze go jakoś upchnąć. Sprzedawczyni w sklepie zapytała, czy to jednego z nas gonił niedźwiedź - Już wszyscy o tym wiedzą, przecież to mały pasiołek...

Na nasz prowiant składały się wspomniane rozmaite liofilizaty: wołowina, kurczak, kasza gryczana z grzybami i smietaną, gryczana z kurczakiem, puree z wołowiną, kasza pszeniczna z kurczakiem / wołowiną, omlet z wedzonką, kasza owsiana z żurawiną i jabłkiem, zupa "ucha wołgogradzka", mieliśmy także liofilizowaną cebulę i paprykę. Poza tym wzięliśmy ze sobą konserwy: mielonkę, konserwy rybne, suche zupy w torebkach, ryż, kaszę gryczaną, makaron, ketchup, musztardę, herbatę, kawę. Mama Timura przygotowała nam worek sucharów. Było tego sporo, bo na 30 dni.
Miałem też odżywkę białkową dla osób trenujących na siłowni. Wziąłem ją, ponieważ w trakcie treningów rowerowych w Polsce zauważyłem, że po jej spożyciu przed treningiem nie odczuwam w ogóle zmęczenia w trakcie jazdy. Pomyślałem, że może się nam przydać w przypadku wystąpienia kryzysu energetycznego.

 

P A T R O N A T
serwisu Podróżnik.NET
 
tibetoverbike.com :: high mountain bike eXpedition

Wyprawa Rowerowa - South America Expedition

 

Z A G Ł O S U J
TopLista - Wyprawy Rowerowe

Dotychczasowe publikacje:

Mieliśmy 3 rakietnice sygnałowe, które otrzymaliśmy w administracji dzięki pomocy szefa Rejonu Iultińskiego. Mieliśmy mapę Grzbietu Czantalskiego z interesującą nas górą Velikaya oraz zaznaczoną trasą dojścia. Jeden z pracowników administracji zaproponował nam kilka wariantów dojścia pod szczyt, z których wybraliśmy jeden i szczegółowo omówiliśmy. Wprowadziliśmy sobie do GPSa punkty naszej trasy, przez co plan trekkingu w dzikiej tundrze nabrał realnego wymiaru.

Co do drogi, po której zamierzaliśmy jechać do Peveka, to widzieliśmy jej przebieg na mapie w muzeum i w administracji. Sami mapy z zaznaczoną drogą nie posiadaliśmy, ale uważaliśmy, że skoro droga jest jedna, to niemożliwością jest się na niej zgubić. Pierwszy etap to 200 km do kopalni złota Vaunistyi. Po 50-ciu kilometrach mieliśmy spotkać drogowców. Stamtąd też zaplanowaliśmy trekking do punktu przecięcia Polarnego Kręgu ze 180 południkiem.
Nie wspomniałem, że Egvekinot i Amguema - jeśli patrzeć od wschodu - leżą za 180 południkiem. Zatem znajdowaliśmy się na Dalekim Zachodzie! Linia zmiany daty, która powinna przebiegać przez 180 południk, została na Czukotce dla wygody skorygowana i poprowadzona przez środek Cieśniny Beringa. W ten sposób cała Czukotka znajduje się w jednej strefie czasowej +11 godzin w stosunku do Warszawy. Miejsce przecięcia się linii Polarnego Kręgu ze 180 południkiem, znajdujące się niedaleko od Egvekinota, jest unikalne w skali światowej.
Dowiedzieliśmy się, jaką drogą dojść do czukockiego punktu przecięcia i oczywiście mieliśmy w planach się tam znaleźć;)

Po uporządkowaniu sali, w której mieszkaliśmy i zjedzeniu smacznego obiadu w szkolnej stołówce, pożegnaliśmy się z panią dyrektor. Ta odprowadziła nas na zewnątrz i sfotografowała na pożegnanie. Ruszyliśmy w drogę... do budynku telekomunikacji. Timur zadzwonił do matki, żeby przekazać, że jedziemy ;)

Spotkanie z Drogowcami
Kiedy robiliśmy zdjęcia na tle napisu "Zaliv Kresta" umieszczonym na budynku egvekinockiego lotniska, stwierdziłem brak mojej wyprawowej horągiewki, która przed odjazdem umocowałem z tyłu przyczepki. Timur zaprojektował dla nas te małe flagi. Każdy miał swoją, z nazwą wyprawy, imieniem i nazwiskiem oraz barwami narodowymi. Nie chciałem jej stracić. Postanowiłem zawrócić w celu jej odnalezienia, na szczęście natknąłem się na nią po przejechaniu kilkuset metrów - leżała na drodze.
Ruszyliśmy powoli dalej. Czułem jak przyczepka ściąga rower raz na prawo, raz na lewo. Szybko jednak przyzwyczaiłem się do tego i w miarę możliwości próbowałem zwiększać prędkość do 20 km/h. Minęliśmy Oziernyi, wjechaliśmy na trasę do Amguemy. Wkrótce dotarliśmy do 17 kilometra trasy, do zakrętu na Vaunistyi. Słupek przy zakręcie głosił, że jesteśmy na zerowym kilometrze drogi. Przed nami było 200 km do Vaunistego. Daleko przed sobą zobaczyliśmy ciężarówkę z kontenerem, która zjechała z drogi, zatrzymała się w tundrze nad rzeką. Kierowca wyszedł, zapewne nabrał wody, po czym wsiadł i ruszył do Egvekinota skrótem przez tundrę, omijając nas dużym łukiem.

Po przejechaniu dwóch kilometrów ujrzeliśmy jakieś baraki, znajdujące się na ogrodzonym terenie. Była to chyba baza drogowców bądź kopalni złota. Znad ogrodzenia spoglądała na nas wieżyczka strażnicza, "wyżka", podobna do tych, jakie widziałem w obozach GUŁAG-u, czy na terenie więzienia w Uptarze na Kołymie. Baza była zamknięta.

Gdy mijaliśmy bazę, z naprzeciwka nadjechało kilka ciężarówek załadowanych kontenerami. Jeden z kierowców powiedział nam, że jadą do Pokemona na rozładunek statku z towarami dla kopalni złota. - Do Pokemona? - spytaliśmy z uśmiechem. - No do Egvekinota, nazwe to ma on tak pokręconą, że my mówimy na niego Pokemon. Po rozładunku, kontenery wieziemy do Vaunistego a część dalej, do Peveka.
Po chwili dotarliśmy do pierwszej rzeki, którą należało przekroczyć, aby móc jechać dalej. Dla samochodu to pestka, dla nas zaś d u ż a pestka. Trzeba było przeprowadzić rower i oddzielnie przenieść przyczepkę. Podczas przeprawy dały nam się we znaki pierwsze komary...
Jechaliśmy teraz wąską doliną po dobrze ubitej równiutkiej drodze - sama przyjemność;) Na zerowym kilometrze droga była nierówna i kamienista, teraz odwrotnie - twarda i równa niczym asfalt. Był piękny, słoneczny dzień, wiał chłodny wiaterek, otaczały nas wyniosłe, kamieniste góry, porośnięte w niższych partiach zielenią. Obok nas szumiała rzeka. Bez przesady stwierdziliśmy wówczas, że czujemy się jak w szwajcarskiej dolinie;) Dość kręta droga pięła się lekko w górę. W rzece zauważyliśmy ogromne głazy, wielkości dużego namiotu. Spojrzeliśmy w górę. Niedawno spod szczytu od kruchej ściany oderwał się kawał skały. Ciekawe jak spadał...

Po przejechaniu 32 km, licząc od Egvekinota, dotarliśmy do miejsca, gdzie droga przecinała kolejną rzekę. Bród był szeroki a poziom wody znacznie powyżej kostek. Dno pokryte było luźnymi kamieniami. Po oględzinach stwierdziliśmy, że obciążonym rowerem nie uda się nam pokonać rzeki, gdyż zakopiemy się i zamoczymy. Trzeba było przenieść sakwy potem przyczepkę i przeprowadzić rower. Ja nie zdejmowałem butów, tylko zabezpieczyłem je stuptutami. Lodowata woda wprawdzie nie wlała się do środka, lecz buty nieco przemiękły. Timur przemierzył rzekę w grubych skarpetach.

Kiedy zbieraliśmy się do dalszej jazdy usłyszeliśmy basowy pomruk silnika. Od strony Vaunistego nadjechał Ural z kontenerem, za nim następny. Proszę, jaki ruch! Kierowca drugiej ciężarówki zatrzymał się, by spytać kim jesteśmy. My z kolei zapytaliśmy go o dalszą drogę i usłyszeliśmy, że na odcinku najbliższych 35-ciu km do przebycia będzie kilka rzek, droga wiedzie przez wzniesienia i wspina się dość stromo na przełęcz. Po pokonaniu przełęczy doprowadza do rzeki, przy której jest obóz drogowców.
Znów coś jechało. Od strony Egvekinota pojawił się Kamaz. Kierowca Urala zaproponował, że posadzi nas na Kamaza, dzięki czemu szybko dojedziemy do drogowców. - Z rowerami bedzie wam ciężko, jedźcie ciężarówką. Dalej teren się wypłaszcza to wtedy ruszycie samodzielnie.

Popatrzyliśmy z Timurem na siebie, i podjęliśmy decyzję: nocujemy dziś w bazie drogowców. Mieliśmy z początku wyrzuty sumienia, że wybraliśmy autostop, lecz szybko nam przeszło, kiedy ciężarówka pokonywała podjazd za podjazdem i przejeżdżała kolejne rzeki. W końcu auto z rykiem zacząło wspinać się na przełęcz. Wówczas otworzyła się przed nami piękna panorama na dolinę, skąd przyjechaliśmy. W dolinie lśniły dwa duże jeziora, ujrzeliśmy też odgałęzienie drogi: dla tych, którzy bali się podjeżdżać na przełęcz a także gdy przełęcz była nieprzejezdna, istniał objazd, dłuższy o 20 km, omijający cały masyw górski. W dali dostrzegliśmy też zaśnieżone szczyty gór.

Po zjeździe z przełęczy droga znów wiodła pagórkami aż do rzeki Tadliaam, na brzegu której, wśród gęstych zarośli, stało kilka buldożerów, baraków na kołach, walały się beczki po paliwie i rozlegał się ryk silnika DESKi - dizelnoj elektrostancji - elektrowni na kołach z generatorem spalinowym. Taką oto cywilizację zastaliśmy w tundrze, a w niej przychylnych ludzi, którzy pozwolili nam nocować na pryczach w jednym z baraków.

Rozpaliliśmy ognisko, i przygotowaliśmy kolację. Podczas jedzenia byliśmy świadkami widowiskowego zachodu słońca. Chmury, które pojawiły się na niebie, zostały na kilkanaście minut pięknie podświetlone na czerwono, po czym znów stały się szare. Spoglądaliśmy na południe, dokąd mieliśmy zamiar skierować się jutro. Widzieliśmy wysokie góry, wśród których jedna wyróżniała się zdecydowaną rzeźbą a jej szczyt zasłonięty był - niczym czapką - niewielką chmurą. Była to Tumannaya, czyli "Mglista". Jak wynikało z mapy, będziemy ją mijać. Od punktu przecięcia dzieliło nas w linii prostej 11,5 km.

Wieczorem, leżąc na pryczy w ciemnym balku (tak Rosjanie nazywają barak na kołach), słuchaliśmy opowieści robotników o ich życiu. Walery pochodził z ukraińskiego Donbasu. W internecie znalazł ogłoszenie, że firma z Czukotki poszukuje spawaczy. Warunki pracy polowe, mieszkanie w przenośnym baraku, światło, woda, stołówka, zapłata od 25 tys. rubli (ok.950 USD) wzwyż. Po przyjeździe na miejsce okazało się, że zapłata kształtuje się na poziomie 15-20 tys. rubli. Wysokość zapłaty nie jest określona w kontrakcie, podpisywanym jeszcze w Europie, stąd firma ma przewagę nad pracownikiem. Firma opłaca pracownikowi bilet na Czukotkę. Jeśli nie odpowiadają mu warunki na miejscu, musi zwrócić koszt biletu oraz za swoje pieniądze wrócić do domu. Ci, którzy już tu przyjechali nie mają z reguły pieniędzy i ochoty na pokrywanie wszystkich wydatków i godzą się na warunki narzucone przez pracodawcę. Kontrakty są półroczne, praca w wymiarze 12 godzin na dobę z godzinną przerwą na obiad, bez weekendów - na okrągło... - U nas każdego dnia jest poniedziałek - podsumował swoją opowieść Walerka.

- Pracują tutaj ludzie z wielu krajów dawnego bloku wschodniego: Uzbecy, Kirgizi, przybysze z Kaukazu, Ukraińcy i oczywiście Rosjanie z różnych zakątków Imperium. Wszyscy przyjechali tu za chlebem, niektórzy również po to, by uciec od domowych problemów. Wszystkim jest ciężko bez bliskich, znajomych, wielu topi tęsknotę w alkoholu, co w razie wykrycia, jest surowo karane przez przełożonych. Każdy liczy na lepszą przyszłóś, planuje, co zrobi po powrocie do domu z zarobionymi pieniędzmi. W tundrze praktycznie można nie wydawać nic lub niewiele, ponieważ jedzenie zabezpiecza pracodawca, potrącając każdemu z pensji stosowną sumę.

Rodzice Walerego pracowali na budowie Bajkalsko-Amurskiem Magistrali, tuż przed rozpadem Sojuza zamieszkali na Ukrainie. Walery mimo to nie czuje się Ukraińcem, jest "sovetskim cziełaviekiem", obywatelem nieistniejącego już Związku Radzieckiego. Ludzi takich, jak on, wychowanych za dawnych dobrych czasów, cechuje pracowitość, wytrzymałość, dobroć, siła charakteru i duży temperament. Sovetskiy cziełaviek, jeśli przyjmuje gości - robi to z gestem. Jeśli ma z kimś porachunki - załatwia je od ręki. Jest cierpliwy i, jeśli trzeba, wiele może znieść. Walery mówił to z takim przekonaniem, że wierzę mu, zresztą wielokrotnie zetknąłem się z osobami, posiadającymi te cechy...

A jak się lata na Czukotce? To osobna historia! Pogoda zmienia się bardzo szybko. Startujesz przy dobrej pogodzie, lecisz, pogoda się zepsuje, bywa że trzeba lądować. Gdy helikopter ma awarię, piloci lądują w tundrze i jeśli są w stanie samodzielnie zreperować maszynę - zreperują, wypiją piwo i lecą dalej. Jeśli nie, czekają na pomoc.

Atmosfera, jaka panowała w naszym baraku była dla mnie wyjątkowa. Oto los rzucił nas, czterech facetów gdzieś w tundrę na Dalekiej Północy, tak daleko od domu. Leżeliśmy na drewnianych pryczach, bezpieczni od komarów, niemalże w zupełnej ciemności. Mały snop światła wpadał tylko przez niewielkie okienko z brudną szybką. Kilka metrów od baraku szumiała rzeka, której wody, zimą skute lodem, teraz przemierzały bezkresne i surowe górzyste terytorium Czukotki.
Słuchaliśmy historii, które dotyczyły zwykłego życia, jednak realia tego życia, różniły się diametralnie od tych, które znaliśmy ze swojej codzienności.

Punkt przecięcia
Wyszliśmy około jedenastej. Do pokonania mieliśmy około 11 km wzdłuż doliny rzeki Tadliaam. Początkowo tundra była twarda, szło się wygodnie i szybko. Wkrótce jednak na naszej drodze pojawiły się kochki, to znaczy kępy roślinności, między którymi były kilkunastocentymetrowe wgłębienia. Stawiając nogi na kępach, narażaliśmy się na skręcenie kostki, ponieważ kępa pod naszym ciężarem uginała się. Wgłębieniami nie dawało się raczej iść, ponieważ nie zawsze były na tyle szerokie, aby zmieścić w nich stopę. Kochki to zmora wędrowca w tundrze. Musieliśmy zbliżyć się do brzegu rzeki, gdzie pokrycie było jeszcze w miarę jednolite i twarde. Niebo było tego dnia pochmurne, w trakcie naszej wędrówki kilkakrotnie padało. Co ciekawe, komary uaktywniały się szczególnie wtedy, kiedy zaczynało padać. Za każdym z nas leciała wówczas chmara owadow, których jedynym celem było napicie się naszej krwi. Zabrałem ze sobą na tę okoliczność nakomarnik, kapelusz z szerokim rondem, do którego przyszyta była drobna siatka. Timura tak nie kąsały, no ale w końcu on był "swój" ;)

Punkt przecięcia znajduje się na zboczu stromej kamienistej góry. Nikt tam nie chodzi. Entuzjaści z Egvekinota ustawili w dolinie swoisty pomnik dla podkreślenia wyjątkowości tego miejsca, mianowicie wkopali w ziemię beczkę po ropie z zatkniętym w niej słupem, do którego przytwierdzone są "drogowskazy" z informacją, w jakim kierunku i ile kilometrów dzieli beczkę od Moskwy, Władywostoku, Londynu, Bieguna Południowego i Północnego. Jako, że nie była to zwyczajna beczka, jakich tysiące rdzewieje w tundrze Czukotki, pomalowano ją na czerwono.

Tej beczki właśnie wypatrywaliśmy, idąc górskim zboczem. Jak pokazywał GPS, byliśmy praktycznie u celu, strzałka cyfrowego kompasu wyraźnie wskazywała na wysoką górę skalnego rumoszu przed nami. Nagle dostrzegłem coś czerwonego, sterczącego w tundrze w odległości kilkuset metrów od nas. Nie ważne, że beczkę usytuowano w nie do końca właściwym miejscu: nie tylko nie na linii Polarnego Kręgu, ale nawet nie na 180 południku - oj czeeepiam się ;) Ktoś się pomylił o paręset metrów i co z tego. Beczka była i zbliżaliśmy się do niej szybko, pokrzykując aby poinformować niedźwiedzie, czające się ewentualnie w krzakach, żeby przez chwilę pozostały na swoich miejscach. Beczka została obfotografowana i sfilmowana. Zadowoleni wracaliśmy do bazy, przekraczając po drodze 180 południk. GPS pokazywał w tym miejscu 179o59" szerokości wschodniej, a po zrobieniu kroku 179o59" szerokości zachodniej. To było coś! Kroczyliśmy tak w tę i z powrotem dobrych kilka minut! Niestety nasza "czerwona piękność" była około 500 metrów od tego miejsca. W drodze powrotnej mijaliśmy miejsce, gdzie czukcoccy pasterze mieli swoje obozowisko. Na ziemi ułożone były z kamieni okręgi, którymi były obramowane ich namioty z reniferowej skóry - jarangi. W środku dużych okręgów, o średnicy kilku metrów, znajdowały się małe - okalające palenisko. Nieopodal śladów po jarangach walały się malowniczo poroża reniferów.

Jeszcze tego samego wieczoru przejechaliśmy z drogowcami kolejne 50 km, do następnej bazy. Noc spędziliśmy w starym baraku z demobilu, nazywanym przez robotników "podwodną łódką", ponieważ miał zaokrąglone na rogach ściany, małe półkoliste okienka i rzeczywiście budził skojarzenia z łodzią.

Rano po śniadaniu w obozowej kuchni ruszyliśmy rowerami w drogę. Zaczęło się od przekroczenia rzeki i stromego podjazdu. W zmoczonych butach, wkurzeni prowadziliśmy rowery na górę. Prowadziliśmy, to zbyt ogólnikowe słowo, trzeba raczej powiedzieć pchaliśmy je przed sobą, próbując znaleźć najbardziej skuteczny sposób, aby tracić jak najmniej sił. Po dostaniu się na szczyt okazało się, że przed nami jest kolejny podjazd i jeszcze dalej następny. Chwilę jechaliśmy po płaskim grzbiecie, po czym kręcąc młynka pedałami przymierzyliśmy się do podjazdu. Po kilkunastu metrach trzeba było znów kontynuować wspinaczkę pieszo. Było cholernie ciężko, ponieważ najpierw należało przezwyciężyć siłę grawitacji, działającą na bagaż, czyli ciągnącą cały rower w dół. Równoważąc tą siłę zapieraliśmy się tak, że nasze głowy były tuż nad kierownicami. Stopami należało wyszukać podłoże bez drobnych kamieni, ponieważ na drobnych kamykach nasze buty, mimo że wyposażone w solidne wibramowe podeszwy, ślizgały się i cały wysiłek spełzał na niczym...
Przednie, nie obciążone koło roweru wyrywało się do góry, ponieważ całe obciążenie skupione było na tylnej części roweru. Było naprawde ciężko, do tego widoki wokół nie zachwycały. Droga przebiegała przez wzgórza i górskie zbocza, po prawej stronie mieliśmy równinę, po której płynęła rzeka Amguema, wysokie góry majaczyły daleko na horyzoncie.

Czy właśnie tak miała wyglądać nasza ekspedycja? Proszę bardzo! Oto realizowaliśmy nasze marzenie, naszą wyprawę życia, na temat której sms-owaliśmy, mailowaliśmy z początku kilka razy tygodniowo, potem codziennie przez rok czasu. Oto ekspedycja, dla której niemal straciłem pracę, gdy poprosiłem szefa o 9 tygodni urlopu. Dźwięczały mi teraz w głowie jego słowa: "Kurde, panie Czarku, czy nie może się pan jakoś inaczej realizować...?" Oto wyprawa, na którą oszczędzaliśmy pieniądze, odmawiając sobie przez rok wielu rzeczy! Miałem teraz pole do ćwiczenia wymowy nowych rosyjskich słówek z grupy rugatielstv, czyli przekleństw. Nawet nie musiałem prosić Timura o powtórzenie wymowy ;)
Byłem zły na meteorologa z Peveka, który informował nas w mailach, że droga jest przejezdna dla roweru, że spokojnie ją pokonamy, nie wspominając o meczących przewyższeniach, które przyjdzie nam pokonywać. Projektowałem w myślach scenki naszego spotkania, kolacji przy wódce, kiedy to powiem mu, że się nie zna i że się na nim zawiodłem. Te dziwne myśli przynosiły mi wówczas jako taką ulgę. Bez bagażu wyprawa byłaby do zrobienia rowerem, lecz wówczas trzeba by wynająć auto dla załadowania ekwipunku. Auto pomogłoby również podczas przepraw przez rzeki.

Z drugiej jednak strony, ów meteorolog, Yura, był jedynym człowiekiem, który od początku mówił, że droga w ogóle istnieje i zachęcał nas, byśmy nie rezygnowali z planu jej przejechania. Inni, których o to pytaliśmy, wątpili w jej istnienie, lub w ogóle o niej nie słyszeli. Droga nie była ukazana na żadnej dostępnej mapie. Wyrysowano ją tylko na mapach, znajdujących się w siedzibach administracji rejonów, czy siedzibie MCzS (Ministerstwo Czieriezwycziainyh Situaciy). Ba, nasi rozmówcy w Anadyrze nie byli pewni, czy uda się przejechać ją latem... To dziwne, jednak droga była przeznaczona przede wszystkim dla potrzeb przedsiębiorstwa wydobywającego złoto i oprócz ciężarówek tej firmy, niewielu ludzi nią jeździło, zresztą było to nawet zabronione. Jako że kopalnia płaciła za ciągłe remonty drogi, uzyskała pozwolenie na postawienie znaków, że drogą mają prawo jeździć wyłącznie auta kopalni. Według słów ludzi, z którymi rozmawialiśmy, okresowo milicja wystawiała nawet posterunki przy wjeździe na drogę od strony Egvekinota, które pilnowały, by nikt, poza autami kopalni, drogą nie jeździł.
Poza tym cywilizacja, jaka rozwinęła się w różnych częściach Czukotki, od początku była zdana przede wszystkim na siebie i bezpośrednią pomoc z centrali. Stąd nie rozwinęły się jakieś specjalne relacje między mieszkańcami np. Egvekinota i Peveka. Egvekinot miał swoje porty: morski i lotniczy, Pevek swoje. Były to stolice dwóch oddzielnych rejonów, leżące na dwóch skrajnych brzegach Czukotki, stąd ich mieszkańcy, nieliczni zresztą, nie mieli do siebie spraw.

Jechaliśmy z żenującą prędkością 11-13 km/godz., na podjazdach, na najmniejszych przełożeniach kręciliśmy młynka, zmagając się ze wspinaczką po kamienistym szutrze i z samymi sobą. Kiedy zdobywaliśmy szczyty, wypatrywaliśmy, kiedy będzie zjazd w dół, czy droga pozwoli nam choć przez chwilę nabrać oddechu. Oczywiście zjazdy były przyjemne, trwały jednak krótko i zwykle kończyły się przekroczeniem mniejszej bądź większej rzeki, za którą był podjazd... Dziwiliśmy się, jaki to genialny architekt wymyślił tą trasę? Dlaczego nie poprowadził jej równiną, jak robi się to w cywilizowanym świecie? Obiecałem sobie zadać to pytanie drogowcom przy najbliższej nadarzającej się okazji. A okazja miała nadarzyć się już za kilka godzin.

Z takimi oto chmurnymi myślami przejechaliśmy tego dnia 30 km. Po drodze zrobiliśmy dłuższą przerwę na obiad, składający się z podwójnych porcji zupek i drugiego dania, do którego dolaliśmy po łyżce oleju. Jadąc dalej dotarliśmy w końcu na przełecz, z której roztaczał się niezwykle dla nas przyjemny widok: otóż droga schodziła łagodnie w dół i biegła równiną! Promienie słońca, które wreszcie przebiły się przez szare chmury, przyjęliśmy jak nagrodę za całodzienny wysiłek. Przed zjazdem założyłem słuchawki, włączyłem sobie Reni Jusis i z radością ruszyłem za Timurem. Trenując w ciągu dnia na licznych zjazdach nabrałem pewności i nie naciskałem hamulców, rozpędzając się powyżej 30 km/godz. Tak wyprzedziłem Timura i poczułem, że rower niebezpiecznie się kołysze. Było to nie do opanowania! Nawet nie wiem kiedy poczułem, że lecę i ląduję ciężko na drodze, sunąc po szutrze jeszcze kilka metrów. Byłem nieco otępiały, czułem ból w głowie i na pawym biodrze. Chcąc przekonać się, że jestem cały, natychmiast zerwałem się na równe nogi. Po krótkim badaniu stwierdziłem niewielkie krwawiące otarcie na biodrze i kilka siniaków na nodze. W windstopperowej bluzie znalazłem niewielkie rozdarcie, solidne rysy na dyktafonie, który jednak grał, ba, Reni właśnie kończyła śpiewać numer, który włączyłem na przełęczy. Wszystko zdarzyło się tak szybko... Postanowiłem bardziej uważać.

Przejechaliśmy jeszcze jakieś 200 metrów i musieliśmy zrobić postój. Rzeka, do której dotarliśmy, była szeroka i głęboka a nurt wydawał się silny. Gryząc suchary czekaliśmy na jakieś auto. Po godzinie przejechała ciężarówka od strony kopalni w kierunku Pokemona. Minęło jeszcze trochę czasu i zza przełęczy rozległ się basowy pomruk, a już po chwili ku nam zmierzało stalowe bydlę marki Kraz, z szoferką w tradycyjnym ciemnozielonym kolorze, tradycyjnym rosyjskim dizajnie sprzed 50-ciu lat, no może ciut odświeżnym ;), ciągnące naczepę z czerwonym kontenerem. Kierowca zatrzymał na chwilę auto, nie dojeżdżajac do nas. Musieliśmy wyglądać normalnie, ponieważ ruszył i ponownie zatrzymał się już koło mnie. Po standardowych pytaniach: skąd, dokąd, po co, kierowca powiedział, że na odcinku do Vaunistego czekają nas strome podjazdy i kilka przełęczy. Stalo się to przyczynkiem do naszych dalszych działań, mianowicie rowery wylądowały na pace obok kontenera, zaś my w kabinie. Wtedy podjechał do nas drugi Kraz, też z kontenerem. Kierowcy byli braćmi, pracowali w firmie transportowej, która woziła teraz towar ze statku do kopalni. W obydwu kontenerach znajdowało się po 20 ton materiałów wybuchowych. 60 km, dzielące nas od Vaunistego, pokonaliśmy w ciągu czterech i pół godziny, z półgodzinną przerwą na herbatę.

Droga biegła przez nieprzyjazne okolice: były przełęcze, wąskie doliny, wąwozy, bardzo strome podjazdy. Kierowca pokazywał nam jak biegnie droga zimowa. Ogólnie mówiąc omija ona masywy górskie, lecz jest przełęcz, którą trzeba pokonać nawet zimą. Jako że podjazd jest bardzo stromy, na przełęczy dyżuruje zimą buldożer, który odśnieża ją a także wciąga ciężarówki. Na pytanie, dlaczego tak dziwnie poprowadzono letnią drogę do Vaunistego - po górskich zboczach i wzgórzach, kierowca odpowiedział, że było to tańsze rozwiązanie. W dolinie są bagna, nasypanie drogi wiązałoby się z dowiezieniem ogromnej masy szutru i dużymi nakładami na konserwację drogi, gdyż pod wpływem ciężaru pojazdów, zapadałaby się. Łatwiej i taniej było poprowadzenie jej górami. Wprawdzie trzeba pokonywać mnóstwo wzniesień i przełęczy, lecz auta, wykorzystywane w kopalni są na tyle mocne, że radzą sobie z tym znakomicie. Droga zimowa zaś biegnie niziną Amguemy i dolinami, ponieważ tundra zamarza na kamień i przygotowanie trasy jest dość łatwe. Buldożery ubijają śnieg, odgarniają, gdzie trzeba, powstaje równa, bardzo dobrej jakości droga.

O pierwszej w nocy dojechaliśmy do Vaunistego, na przysłowiowy "koniec świata", w miejsce trudnodostępne, dla większości nieszczególne, ot dolina z otaczającymi ją górami, taka sama, jak tysiące innych na Czukotce.
Dla większości nieszczególne, ale na pewno nie dla rekinów biznesu.
Namiot rozbiliśmy w niewielkiej dolinie, kilkadziesiąt metrów poniżej zakładu, który znajdował się na szczycie wzgórza. Do biurowca mieliśmy 15 minut drogi.

Vaunistyi
Następnego dnia obudził nas deszcz, bębniący o ścianki namiotu. Jako że był piątek, bojąc się, że nie zastaniemy kierownictwa, szybko udaliśmy się do biurowca. Prezesa firmy, Milińskiego nie było w Vaunistym, skierowano nas do dyrektora Baszko, który odniósł się do nas bardzo życzliwie. Możecie obejrzeć firmę, lecz trzeba zachować ostrożność, gdyż codziennie w kamieniołomach prowadzi się wysadzanie złotonośnego złoża. Jadę zaraz do kopalni, możecie się ze mną zabrać. Czy macie aparaty fotograficzne? Nie? Szkoda, że nie wzięliście ich ze sobą. Powiedzieliśmy, że sprzętu foto nie braliśmy, gdyż mogłoby to wzbudzić niepotrzebne wątpliwości, co do wpuszczenia nas na teren zakładu. Jednakże chcielibyśmy pochodzić po przedsiębiorstwie jutro i trochę pofotografować. Czy w związku z tym powinniśmy prosić o pisemne pozwolenie? - Nie, ale musicie powiadomić naczelnika zmiany, dokąd się udajecie, aby przed wybuchem ulokował was w bezpiecznym miejscu, odparł dyrektor. Baszko zgodził się też na korzystanie przez nas z firmowej stołówki oraz łaźni. Byliśmy mu szczerze wdzięczni i z ciekawością czekaliśmy przy wejściu do budynku na dalszy rozwój wypadków.
Właśnie dla spotkań z takimi ludźmi, dla przeżycia takich przygód, upododobałem sobie Daleki Wschód Rosji. W Europie wałęsanie się po kopalni złota byłoby dla nas niemożliwe. Tutaj to co innego, ludzie są otwarci na innych i nie nie oceniają kogoś tak szybko, jak my w Europie. Najpierw słuchają, co ktoś ma do powiedzenia i jeśli brzmi to w miarę sensownie, nie odmawiają pomocy. Z tej zadumy wyrwało mnie wołanie dyrektora Baszko, który podjechał właśnie swoim uazem i zaprosił nas na przejażdżkę.

Vaunistyi wydobywa złoto rudne, znajdujące się w skałach w postaci niezwykle rozdrobnionych ziarenek, niewidocznych gołym okiem. Złoże jest eksploatowane w kamieniołomach, zwanych przez Rosjan karierami. Skała rudna, pozyskiwana w kamieniołomach, transportowana jest specjalnymi ciężarówkami - wozidłami białoruskiej marki BIEŁAZ do fabryki wzbogacania, gdzie po rozdrobnieniu poddawana jest obróbce chemicznej i elektrolizie, w wyniku której otrzymuje się mieszaninę złota i srebra. W procesie wytapiania otrzymuje się sztabki. Z racji metody wydobycia zakład pracuje cały rok, w przeciwieństwie do firm, pozyskujących metal poprzez wypłukiwanie go ze złotonośnego piasku, dla których sezon trwa zaledwie 4 miesiące w roku - od lata do jesieni. Potem ziemię skuwa lód, co uniemożliwia płukanie.

Fabryka wzbogacania, magazyn rudy, zakład mechaniczny, budynek biurowca, internat i baraki dla pracowników mieszczą się na wzgórzu. Kamieniołomy znajdują się na zboczach góry, leżącej na przeciw owego wzgórza. Ogromne ciężarówki z rudą z kariera muszą pokonać dystans 9 km w jedną stronę, zjechać ze zbocza góry, gdzie jest karier, i wjechać na wzgórze, gdzie jest fabryka.

Z naprzeciwka zbliżał się do nas ogromny samochód ciężarowy, wypełniony skałą. Dyrektor zjechał uazem na pobocze, aby ustąpić ciężarówce miejsca - jak pdkreślił - auta wiozące ładunek mają pierwszeństwo. Przypomnieliśmy sobie, że podobna zasada panuje na trasie Egvekinot-Vaunistyi, mówił nam o tym jeden z kierowców, kiedy jechaliśmy autostopem.
Biełazy, wykorzystywane w Vaunistym mają ładowność 40 ton (tutaj ładuje się na nie nawet 50 ton), same ważą około 30, i nie są największymi maszynami, pracującymi w przemyśle wydobycia złota. Ba, w porównaniu ze swoim większym bratem, modelem BIEŁAZ 7530, mogącym udźwignąć bagatela 220 ton, czy prawdziwym "potworem" CAT 797B o ładowności 380 ton, to "maleństwa" - tym niemniej budzą respekt i podziw.

Prace poszukiwawcze na Vaunistym zaczęły się jeszcze w czasach ZSRR ale po rozpadzie Sojuza przerwano je. W latach 90-tych geolog i biznesmen Miliński, zaczął wykupywać działki złotonośne i organizować firmę wydobywczą, jedną z trzech liczących się kompanii na Czukotce. Cztery lata temu, kiedy dyrektor Baszko przyjechał do Vaunistego, na wzgórzu wzniesiona była dopiero fabryka, wszyscy pracownicy mieszkali jeszcze w barakach. W sierpniu 2002 roku otrzymano pierwszą sztabkę, a do końca roku wydobyto 700 kg złota i 7 ton srebra. Zapasy na Vaunistym to około 15 ton złota i dziesięć razy więcej srebra. Prowadzone są cały czas geologiczne prace poszukiwawcze, prognozuje się, że w okolicy może być jeszcze 25 ton złota, tak więc przed firmą rysuje się stabilna przyszłość.
Prezes Miliński, mimo statecznego wieku (ma ponad 70 lat), czynnie pracuje, jest znany i poważany na Czukotce. Należy też do grona doradców prezydenta Putina.

Zapytaliśmy dyrektora, ile złota znajduje się na jednym Biełazie. - Przy średniej zawartości 6-7 gram na tonę, na jednej ciężarówce, załadowanej powyżej normy, jest około 300-350 gram złota i dziesięć razy więcej srebra. - Uuuuf, westchnęliśmy ;)
Dojechaliśmy do kamieniołomu. Kilkudziesięciometrowy wykop odkrył pokłady skały w kolorach od żółtego poprzez czerwony do brązowego. Ładowarka podobna do fadromy, tylko dwukrotnie większa, ładowała skałę na ciężarówki. Na szczycie góry pracowało urządzenie wiertnicze, przygotowujące kolejny odcinek złoża do wysadzenia. Jak się dowiedzieliśmy, odwierty wykonywane są według określonego schematu (na planie siatki i na określoną głębokość, przeważnie na 8 metrów), w zależności od rodzaju skały i oczekiwanego efektu, tak aby eksplozja przyniosła jak najwięcej korzyści. Do otworu wsypuje się materiał wybuchowy w ilości 80 kg (!) i zakłada zapalniki.

Odwierty wykorzystuje się także do wspomnianego rozpoznania geologicznego. W trakcie rozpoznania kapitalnego wierci się otwory głębokości 100 - 200 metrów i analizuje otrzymaną próbkę przekroju. Jest też rozpoznanie eksploatacyjne, prowadzone w trakcie eksploatacji złoża, dla bieżącej kontroli ilości wydobywanego metalu. W tym celu pobiera się próbki, wwiercając w skałę, na głębokość 20 metrów, specjalną rurę. Po wyjęciu rury jej zawartość wysypuje się do specjalnego pojemnika i przekazuje do opisu przez geologa. W otwór opuszcza się również sondę, która wysyła fale radiowe i rejestruje fale odbite w postaci pików. Analiza eksploatowanego złoża pozwala planować kierunek wydobycia, omijać miejsca, gdzie zawartość jest nieopłacalna.


Wysadzanie odbywa się niemal każdego dnia. Karier jest wówczas zamykany, powiadamia się kierowników o zbliżającym się wybuchu, aby ci z kolei usunęli swoich pracowników ze strefy zagrożenia. Gdy przyjechaliśmy z dyrektorem było już po wybuchu, lecz usłyszeliśmy, że na jutro planowana jest kolejna eksplozja, tak więc istniała szansa, żeby to zobaczyć.

W drodze powrotnej podzieliłem się z dyrektorem moją refleksją, że Vaunistyi jest tak oddalony od cywilizacji, jakby leżał na końcu świata. - Nie zgadzam się, odparł dyrektor - Czukotka to nie Polska, mieszka tu mało ludzi i zupełnie normalne jest, że z Vaunistego do najbliższej miejscowości jest daleko a droga jest niełatwa. Mamy tu łączność satelitarną: telefony, internet, telewizję, używamy również radiostacji. Do Anadyru, Egvekinota, Peveka czy Komsomolskiego możemy szybko dostać się firmowym helikopterem. Z Anadyru i Peveka latają liniowce do Moskwy i kilku innych miast Rosji sami również - jeśli jest taka potrzeba - czarterujemy samoloty. Dyrektor pozwolił nam wysłać maile do domu. Pięknie podziękowaliśmy za wszystko, co dla nas zrobił i szczęśliwi poszliśmy sprawdzić godziny pracy stołówki.
Podszedł do nas wówczas pewien mężczyzna i zapytał, czy to my jesteśmy podróżnikami, którzy ogłaszali się w internecie, że jadą na Czukotkę, czy jeden z nas jest Polakiem, który dwa lata temu pisał, jak to marzy, żeby zobaczyć Pevek, Egvekinot, tutejsze góry. - To my, ja jestem Polakiem, a to mój przyjaciel z Anadyru - przedstawiliśmy się, zaskoczeni słowami naszego rozmówcy. Władimir, geolog z okolic Novosiba, szukał w internecie interesującego dla siebie miejsca pracy, znalazł informacje o Czukotce, potem trafil na forum internetowe, na którym "zwierzałem" się ze swojego marzenia. Mój zachwyt przyrodą Północy zachęcił Władimira do przyjazdu na Czukotke. Geolog zaprosił nas wieczorem do swojego balku na herbate, co przyjęliśmy z radością, ponieważ zawsze przyjemniej jest z kims porozmawiać, niż siedzieć w deszczu w namiocie.

Panie kucharki pytały nas podczas kolacji, czy to my podróżujemy rowerami po Czukotce, bo słyszały o nas w anadyrskiej telewizji ;) No nieźle, powoli stajemy się gwiazdami - śmialiśmy się. Kolacja była bardzo smaczna: na pierwsze zupa warzywna, na drugie olienina z kaszą gryczaną i surówką a na deser słodkie bułki. Wieczór u Władimira też przebiegł ciekawie, opowiadał nam o swojej bazie turystycznej w Sajanach, o geologii i wydobyciu złota.

Następnego dnia wstaliśmy bardzo rano, bo o 6.50, ponieważ o 7.30 mieliśmy jechać wachtowką (ciężarówką do przewozu osób), wraz z robotnikami kopalni, do kariera. Po śniadaniu w stołówce podeszliśmy do kilku wachtowek, przy których czekali już mężczyźni w strojach roboczych. Gdy zajęliśmy miejsca w aucie, jeszcze przez chwilę panowała wesoła atmosfera, po czym warkot silnika zagłuszył rozmowy i każdy pogrążył się w swoich myślach. Wśród robotników byli mężczyźni z Uzbekistanu, Kirgizji, Ukrainy i Rosji. Każdy przyjechał tu na półroczny kontrakt, podobnie jak w przypadku drogowców, pracował codziennie bez weekendów. Większość była tu nie pierwszy raz, nie mogąc znaleźć dobrego zarobku w miejscu zamieszkania, wybrała Daleką Północ.

Dotarliśmy na miejsce, pod budynek garażu nieopodal kariera Nr. 2. Na przeciw nas stało zaparkowanych kilka Biełazów, dojeżdżały kolejne, których kierowcy kończyli nocną zmianę. Nie bardzo wiedząc, co robić, komu się zaanonsować, śladem robotników weszliśmy do wnętrza budynku i stanęliśmy spokojnie na końcu kolejki do kierownika zmiany, który rejestrował pracowników i odprawiał do codziennych zajęć. Kiedy nadeszła nasza kolej, z ust zdziwionego kierownika padło znane nam doskonale pytanie: - kim jesteście? Przedstawiliśmy się i wyjaśniliśmy cel naszej wizyty w Vaunistym. Otrzymaliśmy pozwolenie na wycieczkę po kopalni ale po obiedzie mieliśmy nie oddalać się od garażu, ponieważ trwały właśnie przygotowania do wybuchu, planowanego na 14. Kierowcy obejmujący zmianę zaprosili nas na przejażdżkę Biełazami po całej trasie: od kariera do fabryki - nie zastanawialiśmy się ani chwili, poinformowaliśmy jeszcze o tym kierownika zmiany, aby nikt nie miał kłopotów z naszego powodu. Jako że szoferka w ciężarówkach jest jednoosobowa, każdy z nas udał się do innego auta.

Podjechaliśmy dostojnie do kamieniołomu i stanęliśmy w kolejce aut do załadunku. Duża ładowarka z hukiem zapełniała skrzynię Biełaza. Aby tego dokonać, jej operator musiał czterokrotnie napełniać łyżkę skalnym gruzem. Nieopodal pracowała koparka, która to samo robiła w trzech podejściach, zaś wkrótce miał być uruchomiony nowy ekskawator z łyżką o pojemności 10 m3 i ładowności 20 ton, który będzie to robił za dwoma podejściami. Nasza ciężarówka, podobnie jak pozostałe, ma silnik o mocy 500 KM, z ładunkiem na grzbiecie rozwija prędkość do 50 km/godz. Podczas zmiany wykonuje 9 kursów przewożąc około 400 ton skały do magazynu fabryki, i spalając przy tym 300 litrów oleju napędowego. Przed wjazdem na plac, będący magazynem rudy, każde załadowane auto zatrzymuje się na wadze. Auta są ponumerowane, ich masa jest znana, zatem po zważeniu obciążonego Biełaza wiadomo, ile rudy wiezie. Znając wyniki analiz próbek, przeprowadzonych w fabrycznym laboratorium, można obliczyć przewidywaną ilość złota, jaka otrzymana będzie z danej partii skały.
Interesowały mnie warunki płacowe i dowiedziałem się, że mój kierowca zarabia 25 tys. rubli, czyli prawie 1000 dolarów miesięcznie. Aby móc wykonywać tą pracę, należy odbyć szkolenie i zdać egzamin.
Wykonanie pełnego koła zajęło nam około godziny, po czym wróciliśmy do kamieniołomu. Podziękowaliśmy panom i zajęliśmy się fotografowaniem pracy w karierze. Odwiedziliśmy jeszcze burilszczika, pracownika rozdygotanej maszyny z ryczącym silnikiem, która wykonuje odwierty pod wybuchy, jak również geologów, wiercących w skale w celu pobrania próbek do analizy. Spotkaliśmy naszego znajomego Władimira, który przyjechał z biura aby zabrać próbki.

Po obiedzie w stołówce mieszczącej się w budynku garażu, do którego przyjechaliśmy rano, poproszono nas, byśmy się nie oddalali, ponieważ kończą się przygotowania do wysadzenia ściany w pobliskim karierze. Naczelnik kariera wyznaczył nam miejsce, skąd bezpiecznie mogliśmy obserwować i sfotografować wybuch. Kilku pracowników garażu również zasiadło wygodnie, niczym w teatrze, na kupie stalowych rur i oczekiwało na przedstawienie. Droga do kariera została zamknięta, buldożery wyprowadzone ze strefy niebezpiecznej i w końcu przez radio naczelnika padła zgoda na detonację. Wstrzymaliśmy oddechy i przygotowaliśmy się do naciśnięcia spustów aparatów. Pech chciał, że przy drugim zdjęciu baterie w obydwu aparatach wysiadły, za to kamerka sfilmowała całe zdarzenie.

Wieczór spędziliśmy w baraku z Władimirem, jego współlokatorem, oraz ich koleżanką z działu geologicznego. Rozmawialiśmy o życiu i pracy, ale szybko przeszliśmy do gorącej dyskusji na tematy polityczne.

Będąc w Vaunistym, bardzo chcieliśmy odwiedzić laboratorium analityczne oraz fabrykę. W laboratorium przyjęto nas bardzo serdecznie, kierowniczkę Valentinę zastaliśmy podczas przeprowadzania pomiarów stężenia srebra na spektrofotometrze. Opowiedziano nam o przygotowaniu próbek do badań i metodach pomiarów, przy czym wiedzieliśmy, o co chodzi, ponieważ obydwaj mieliśmy na studiach chemię analityczną. Zadawaliśmy więc mądre pytania ;) Potem poczęstowano nas herbatą i sucharkami, przygotowanymi ekspresowo w suszarce, wykorzystywanej zwykle do suszenia naczyń laboratoryjnych.
Podczas rozmowy dołączył się do nas dyrektor fabryki i panie laborantki zręcznie wkręciły nas na wycieczkę. Oficjalnie mieliśmy zakaz wyjmowania aparatów, ale kiedy rozemocjonowani hukiem i warkotem urządzeń, które nam pokazano, poprosiliśmy o pozwolenie na zrobienie paru zdjęć - dyrektor zgodził się. Widzieliśmy cztery młyny ze stalowymi kulami w środku, których zadaniem jest rozdrobnienie skały do ziaren o średnicy 7 mikrometrów. Powstała wodna pulpa jest zagęszczana w specjalnych zbiornikach z mieszadłami a następnie traktowana cyjankiem sodu. Dalej metal adsorbowany jest na węglu aktywnym i ponownie przeprowadzany do roztworu w celu oczyszczenia. Roztwór poddaje się elektrolizie, podczas której na katodzie wydziela się złoto i srebro, które po zdjęciu z elektrod i wysuszeniu przetapiane są na złoto-srebrne sztabki. Jak powiedział nam dyrektor fabryki, sztabki mają kolor srebrzysty, ponieważ ilość srebra jest dziesięciokrotnie większa niż złota.
Sztabki przewozi się następnie do zakładu wzbogacania w miejscowości Kasimov w centrum Rosji, gdzie za określoną opłatą następuje końcowa obróbka wydobytego na Czukotce metalu: złoto i srebro są rozdzielane, oczyszczane, stapiane w sztabki o próbie 0,999 i wysyłane do banku.

Na Czukotce są trzy liczące się firmy, zajmujące się wydobyciem złota: ZA Chukotka, w której gościliśmy, Rudnik Kupol' - przedsiębiorstwo kanadyjsko-rosyjskie, które rozpocznie wydobycie w 2007 roku (w jego złotej górze jest około 350 ton cennego kruszcu), oraz Rudnik Mayskiy, obecnie w trakcie budowy (zasoby ok. 240 ton).
Byliśmy niezwykle zadowoleni, że mogliśmy zwiedzić przedsiębiorstwo i dowiedzieć się tylu nowych i bardzo ciekawych rzeczy. Przy tym spotkaliśmy tak wielu życzliwych ludzi, że - nie wątpię w to - wizyta v Vaunistym pozostanie w naszej pamięci na całe życie!

Po kilku dniach nadszedł czas na wyruszenie w dalszą drogę. Łańcuchy rowerów, które przez te dni leżały w trawie na deszczu, nieco zardzewiały. Oczyściliśmy łańcuchy oraz przerzutki, nasmarowaliśmy je i nasze rowerki były gotowe do wyruszenia w trasę ;)
Tym razem mieliśmy do przejechania 200 km do przydrożnej bazy "naszej" kopalni. Baza nazywała się Osinovaya i zamieszkiwał w niej ponoć tylko jeden człowiek - kucharz. Po drodze czekało nas przekroczenie trzech dużych rzek, oraz podjazd na górską przełęcz o nazwie Przełęcz Żołnierska (Pereval' Soldatskiy) i wysokości niemal 1000 metrów. Oczywiście oprócz wymienionych, po drodze miało być mnóstwo innych rzek i rzeczek do pokonania wpław, oraz wiele podjazdów.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13
 
© 2006 podróżnik.net statystyki www stat.pl