|
Droga skręciła w dolinę, która miała nas doprowadzić na przełęcz Soldatskiy Perevel'. Dolina była dość wąska, jej środkiem płynęła niewielka rzeka, której bagniste brzegi porośnięte były gęstymi krzakami. Jadąc wieczorem czarną kamienistą drogą zanurzaliśmy się w otchłani nieznanego tajemniczego i nieprzyjaznego świata. Po kilku kilometrach stanęliśmy na brzegu wartkiej rzeki. Z naprzeciwka zauważyliśmy dwie ciemne postaci, które wolno zbliżały się do nas. Byli to mieszkańcy tundry - czukoccy pasterze, którzy po libacji alkoholowej zbierali stado. Porozmawialiśmy z nimi a potem przeprawiliśmy się przez rzekę i na drugim brzegu rozbiliśmy namiot. Bardzo trudno było znaleźć w tym miejscu cokolwiek, co będzie się palić. Zdrewniałe łodygi krzewów wystarczyły zaledwie na maleńkie ognisko, które jednak pozwoliło nam na przygotowanie kolacji.
Jeden z napotkanych wcześniej pasterzy przyniósł nam trochę drewna i przyjął zaproszenie na herbatę. Gryząc suchary opowiadał nam o zyciu w tundrze, o pracy brygad wypasających reny i niedźwiedziach. Jeśli dojdzie do spotkania z niedźwiedziem "twarz w twarz", Czukcze rzucają w niego arkanem - zwierzę płoszy się i ucieka. Spytaliśmy pasterza, czy był na przełęczy, do której właśnie zmierzaliśmy. Odpowiedział, że nie był, ponieważ z reniferami chodzi się dolinami, aby nie narażać ich na zmęczenie i niepotrzebną utratę energii.


Obudził nas basowy pomruk ciężarówki, która zatrzymała się na drodze, tuż obok naszego namiotu. Po chwili usłyszeliśmy męski głos, który przywitał się z nami. Był to głos Piotra, geologa i naszego internetowego znajomego, który zapowiadał na forum, że w lipcu i sierpniu będzie realizował na Czukotce program badań. Po wykonaniu prac chciał przejść i przejechać drogą Pevek - Egvekinot.
Ktoś powiedziałby z niedowierzaniem: cóż za spotkanie! A jednak Czukotka to nie Nowy Jork, zamieszkana jest przez małą liczbę osób i jeśli ktoś deklarował, że po jedynej drodze będzie jechał w tym samym czasie co my, to istniało duże prawdopodobieństwo, że się spotkamy.
Piotr powiedział nam, że do przełęczy pozostało jeszcze kilkanaście kilometrów a droga jest bardzo kiepska i kamienista.
Wkrótce przekonaliśmy się o tym sami. Jechaliśmy wąską doliną, mijając po drodze wysokie góry, których szczyty zasłaniała gęsta mgła. Uradował nas przez moment widok dwóch wielkich beczek, osadzonych w kamienistym zboczu góry, ponieważ z daleka wyglądały na opuszczone beczki mieszkalne, w których moglibyśmy schronić się na chwilę przed siąpiącym deszczem. Niestety, okazało się, że były to puste zbiorniki po paliwie.
Wraz z pokonywaniem kolejnych zakrętów otaczający nas krajobraz wyraźnie się zmienił. Roślinność gdzieś zniknęła, dominującym elementem wokół nas był skalny rumosz. Z moim ciałem działo się coś dziwnego. Otóż czułem, że tracę siły w nogach, po prostu nie jestem w stanie kręcić pedałami. Najwyraźniej moje zapasy glikogenu stopniały do zera. Na podjeździe ledwo pchałem rower pod górę, kiedy przekładałem nogę przez ramę aby rozpocząć jazdę, z ledwością mogłem ją unieść!
Nie spodziewałem się takiej sytuacji, zwłaszcza, że zbliżaliśmy się do przełęczy. Droga to wznosiła się, to znów opadała. Pod górę prowadziłem rower, zaś na równej drodze i na zjazdach - jechałem. Wokół nas było skalne rumowisko, a drogę stanowiły wyrównane zwały kamieni. Dominowały dwie barwy: szara (skała) i biało-szara (mgła). Dolina zaczęła się zwężać, co spotęgowało nastrój odrealnienia. W dali bielał jakiś prostokątny obiekt. Czyżby tablica informacyjna przed wjazdem na przełęcz? Zaśmiałem się. O czym ja myślę! Na Zachodzie Europy można byłoby się spodziewać tablic, lecz nie tu! Timur wyprzedził mnie o paręset metrów i pierwszy rozwiązał zagadkę. Jej rozwiązanie bardzo nam się podobało. Oto przed nami stał porzucony barak, w którym zabraliśmy się do przygotowywania obiadu.
To był iście królewski posiłek: każdy z nas dostał po 3 porcje kaszy jęczmiennej, 250 gramów suszonego mięsa kurczaka, po pół kubka odżywki białkowej dla sportowców i olej według uznania. Trochę przeszkadzało nam, że barak był zdemolowany. Ściany były oberwane z obijającej je płyty pliśniowej, szyby w oknie wybite, na podłodze walały się deski, przeciekał dach. Wspominałem domki w górach, kóre widzieliśmy z kolegami kilka lat temu we Włoszech. Były w pełni wyposażone, utrzymywane przez lokalne władze i w przypadku nagłej potrzeby turyści mogli z nich skorzystać.
Kiedy przypadkowo sięgnąłem do saszetki, w której miałem pieniądze oraz dokumenty i stwierdziłem z niesmakiem, iż banknoty są całkiem mokre i zaczęły na nich rosnąć kolonie grzybów. Wyłożyłem 12 tys. rubli na deskach, walających się na podłodze, z nadzieją, że nieco przeschną. Nie zaglądałem do tej saszetki od momentu wyjazdu z Vaunistego. Przez trzy dni niepotrzebnie nosiłem ją na pasie, nie zabezpieczywszy banknotów przed wilgocią.
Odpoczynek i posiłek przywróciły nam energię do działania. Według GPS-a, od przełęczy Soldatskiy Pereval' dzieliło nas 1,4 km. Wyruszyliśmy skalnym wąwozem, który zwęził się do szerokości drogi i stał się korytem rzeki. Za nami nadjeżdżała wachtowka, oświetlając drogę silnym reflektorem. Pomyślałem: "Po co nam teraz auto, kiedy prawie podeszliśmy na przełęcz?" Chcieliśmy zdobyć ją samodzielnie, gdyż dojechanie do niej kosztowało nas nie mało wysiłku. Zwieńczeniem naszego poświęcenia miał być właśnie Sołdatskiy Pereval'.
Jakby w odpowiedzi na te myśli auto przejechało obok Timura, próbującego je zatrzymać kiwnięciem ręki, i nawet nie zwolniło. Mimo wszystko byliśmy zaskoczeni. Kierowca nie zatrzymał samochodu, choć z naszej strony padł jasny komunikat, że prosimy go o to. Takie zachowanie jest nieczęsto spotykane na Dalekiej Północy, gdzie ludzie przywykli sobie pomagać i gdzie zgodnie z utartym zwyczajem, można wierzyć, iż prośba o pomoc nie będzie zignorowana...
Po 15 minutach wyszliśmy na przełęcz, gdzie poza stojącą beczką po paliwie produkcji Jukosu, nie było żadnego znaku, tablicy, czy drogowskazu. Pogratulowaliśmy sobie determinacji w działaniu i szczęśliwi siedliśmy na rowery. Była już 22 a my mieliśmy przed sobą dobre 20 km drogi. Tym razem trasa wiodła w dół, wzdłuż potoku Osinovyi, i ten odcinek wymagał od nas sprawnego hamowania ;) Początkowo droga była kiepska, musieliśmy kilkakrotnie przekraczać potok, przy czym dla zaoszczędzenia czasu, nie zdejmowaliśmy już butów, które i tak były wilgotne. Zależało nam tylko, by dotrzeć tej nocy do bazy Osinovaya, gdzie - jak się rozmarzyliśmy - będzie sucho i ciepło.
Stan nawierzchni uległ znacznej poprawie, a wkrótce jechaliśmy równą, zadbaną drogą i to w dodatku cały czas w dół. Może za przełęczą pracuje inna brygada drogowców? - zażartowałem. W końcu minęliśmy niegościnny obszar, w którym dominującym składnikiem krajobrazu był skalny rumosz. Pojawiła się roślinność i gdyby nie nisko wiszące chmury, z pewnością zrobilibyśmy tu dłuższy postój na sesję fotograficzną.
Jak wynikało z mapy, czekał nas jeszcze przejazd przez dużą rzekę Chariusnaya. Okazało się, ze jej koryto, w którym płynęło kilka ruseł, ma szerokość około 25 metrów. Kiedy skończą się te nieszczęsne lodowate potoki? Mieliśmy świadomość, że nie prędko, spodziewaliśmy się też, że przyjdzie nam to odchorować...
Jechaliśmy teraz doliną Chariusnej wypatrując świateł bazy Osinovaya. Nie wiedzieliśmy w sumie, czy będzie widać światła, nie wiedzieliśmy bowiem, gdzie ta baza w ogóle się znajduje... Czy przy brzegu rzeki, od którego oddaliliśmy się znacznie, czy tuż przy drodze. Baliśmy się przegapić baraki. Nagle droga skręciła w prawo i zaczął się mozolny podjazd na grzbiet, wzdłuż którego dotychczas jechaliśmy. Wyglądało na to, że opuszczamy dolinę Chariusnej. Czyżbyśmy omineli bazę? Droga wyprowadziła nas na niewielką przełęcz, gdzie zrobiliśmy krótką przerwę na ustalenie pozycji. Mapa była na tyle niedokładna, że naniesienie na nią punktu, gdzie staliśmy, na niewiele się zdało. Postanowiliśmy jechać dalej do doliny rzeki Siniaya. Tuż za przełęczą w oddali ujrzeliśmy promyk światła. Yuhuuuu! Hurraaa! - krzyczeliśmy, zjeżdżając z dużą prędkością w dół, ku światłu. Czuliśmy się zwycięzcami! Po 10 minutach dotarliśmy do Bazy. Na przeciw siebie stały dwa baraki, nieopodal pomrukiwał silnik generatora spalinowego.
Z jednego z baraków wyszedł właśnie szczupły 30-latek, przedstawił sie nam: - Rustam, gospodarz bazy, i zaprosił przyjaźnie do stołówki.
W stołówce prócz kucharza zastaliśmy trzy osoby: dziewczynę i dwóch facetów, pasażerów wachtowki, która nie zatrzymała się na przełęczy. Towarzystwo to było mało rozmowne i miałem wrażenie, że traktowało nas z ironią. Ludzie ci nie mogli zrozumieć powodów, dla których w deszczu i wietrze przemierzaliśmy Czukotkę na rowerach... Dziewczyna bawiła się I-podem, jeden z facetów zajmował się wyszukiwaniem czegoś w swoim laptopie, zaś trzeci osobnik spał. Jechali do Peveka a zatrzymali się w Osinovei, ponieważ kierowca auta musiał odpocząć.
Poprosiłem kolegę od laptopa o skopiowanie jakiejś muzyki na mój player. Okazało się, że na I-podzie jest tyle plików mp3, że można byłoby słuchać muzyki, bez powtarzania utworów, przez dobrych kilka dni. Wybrałem dwa albumy rosyjskiej grupy Piatnizza, której twórczosć miała mi towarzyszyć w czasie trekkingu wśród najwyższych grzbietów górskich Czukotki.
Spełniło się nasze marzenie, o którym rozmawialiśmy w czasie jazdy. Znaleźliśmy się w ciepłej stołówce, nakarmiono nas, porozmawialiśmy z życzliwym człowiekiem Rustamem, który wskazał nam miejsca w baraku sypialnym, zaprowadził do bani, gdzie można było się umyć i wysuszyć rzeczy.
Zauważyłem, że często w czasie rozmów z napotkanymi ludźmi na temat Czukotki, nasi rozmówcy uosabiają ją. Z ich ust padały słowa: Ach ta nasza Czukotka. Gdy słyszymy coś podobnego o Polsce, z podmiotem takiego westchnienia kojarzą nam się rząd, parlament, władze, prawo... Na Czukotce, w tundrze, podczas rozmów o trudnych warunkach życia, jako pierwsze skojarzenie, nasuwają się warunki przyrodnicze, klimat, pogoda.
- Ach ta nasza Czukotka... jak do tej pory jest dla nas łaskawa. Oby tak dalej - powiedział Timur przed snem.
Wierzyłem, że będzie dla nas łaskawa ;)
|
|