Google
   świat   podróżnik.net     

 

Nasi P a r t n e r z y

 
Opuszczamy Vaunistyi
Po obiedzie wyruszyliśmy rowerami na północ. Jadąc dość wąską doliną mijaliśmy z prawej strony górski grzbiet, na którego zboczach były kamieniołomy. Góry spoglądały na nas przychylnie, słońce co chwila wyłaniało się zza chmur, co sprawiało, że byliśmy w dobrym nastroju. Przejechaliśmy koło pasa startowego dla niewielkich samolotów, którego nawierzchnię stanowiła ubita ziemia. Wkrótce zaczął się pierwszy podjazd, nie tak stromy, z jakimi mieliśmy do czynienia wcześniej, na trasie z Egvekinota do Vaunistego, pokonaliśmy go na rowerach. Ku naszej radości droga prowadziła teraz równym, górskim grzbietem. Kiedy po kilku kilometrach zjechaliśmy do doliny, Timur postanowił umocować kamerę na statywie, przytwierdzonym do przyczepki - chciał sfilmować przejazd przez rzekę. Zdarzyło się niestety najgorsze, to znaczy kamera wylądowała w wodzie. Byłem zły na Timura, ponieważ nie mieliśmy aktualnie gdzie jej wysuszyć a najbliższa cywilizacja miała być dopiero za 3 - 4 dni... Do tego porysował się obiektyw. Cóż, natychmiast wyjęliśmy baterie, wytarliśmy kamerkę, na ile się dało, spakowaliśmy i kontynuowaliśmy jazdę.

Jechaliśmy przez niezwykłą krainę. Znajdowaliśmy się na plateau, otoczeni zielonymi wzgórzami. Ciężkie chmury wisiały nisko, lecz na razie nie padało. Zmierzaliśmy ku rozpadlinie górskiej, w której płynęła rzeka Ilmyneiveem. Czukockie nazwy są trudne do wymówienia. Rosjanie nanieśli je na mapy, lecz często posługiwali się swoimi, łatwiejszymi nazwami, czy wręcz nadawali rzekom numery. My stosowaliśmy nazwy, które mieliśmy na mapie. Rzeka Ilmynieiveem, podobnie do większości rzek świata, meandrowała, co zmuszało nas do kilkukrotnego przechodzenia przez jej lodowatą wodę. Kolejny dziesięciokilometrowy odcinek drogi znów był dla nas miłym zaskoczeniem. Wyjechaliśmy na kolejne plateau, gdzie droga, równa i twarda, wiodła prosto jak strzała ku niewielkiej przełęczy (Ilmynieiskiy Pereval'). W sumie to we wzniesieniu, mającym zaledwie kilka metrów wysokości, trudno było się dopatrzeć przełęczy, lecz wyraźnie stanowiło ono wododział, gdyż kilkaset metrów dalej były bagna, z których początek brała rzeka.

 

P A T R O N A T
serwisu Podróżnik.NET
 
tibetoverbike.com :: high mountain bike eXpedition

Wyprawa Rowerowa - South America Expedition

 

Z A G Ł O S U J
TopLista - Wyprawy Rowerowe

Dotychczasowe publikacje:

Droga wkrótce się pogorszyła. Chociaż nadal wiodła prosto w górzystą "siną dal", to stała się kamienista i zmusiła nas do zmniejszenia prędkości. Jadąc rozglądaliśmy się na boki, kilkakrotnie wydawało nam się, że ciemne kropki, gdzieś daleko przy drodze, albo w tundrze, mogą być niebezpiecznymi niedźwiedziami. Wówczas przystawaliśmy, wytężaliśmy wzrok, braliśmy aparat i na maksymalnym zbliżeniu robiliśmy podejrzanemu obiektowi zdjęcie, które potem oglądaliśmy na monitorku. Nie zauważyliśmy jak dotąd żadnego niedźwiedzia a tajemnicze obiekty okazywały się albo kępkami krzaków, albo porzuconymi beczkami po paliwie, czy też zużytymi oponami.



Po 22. zaczęliśmy myśleć o miejscu na spędzenie noclegu. Jak wynikało z mapy, niebawem dojedziemy do dwóch sporych jezior. Postanowiliśmy rozbić obóz w sąsiedztwie jednego z nich. Kiedy zjeżdżaliśmy z niewielkiego grzbietu, w dali błysnęły tafle jezior. Droga była tragiczna, kamienie przemieszczały się pod kołami rowerów i utrudniały jazdę, lecz wolno posuwaliśmy się na przód. Minęliśmy rozrzucone na drodze kawałki połamanych desek. Prawdopodobnie wypadły z jakiejś ciężarówki. Minęliśmy to drewno, lecz jedna myśl nie dawała mi spokoju. Czułem się jak bohater gry komputerowej. Oto po całym dniu kręcenia pedałami, z dobrym rezultatem zbliżamy się do punktu odpoczynku, i jako bonus otrzymaliśmy od Losu drewno na opał, żeby zaoszczędzić gaz, który może przydać się nam póżniej. I nie należało tego podarunku lekceważyć. Powiedziałem o tym Timurowi. Zatrzymaliśmy się, i pieszo wróciliśmy 30 metrów, żeby zebrać deski. Rozbiliśmy namiot niedaleko od drogi. Wodę do przygotowania kolacji czerpaliśmy ze strumyka, płynącego kilka kroków od nas. Kasza pszeniczna z mięsem konserwowym oraz zupka chińska smakowały wyśmienicie pod niebem płonącym w promieniach zachodzącego słońca. Byliśmy szczęśliwi, że wszystko przebiega jak dotychczas dobrze, że poznaliśmy tylu wspaniałych ludzi, że jesteśmy tutaj razem i dopięliśmy swego. Z optymizmem patrzyliśmy w przyszłość i pragnęliśmy, by następny ważny etap naszej podróży - trekking górski - zaczął się jak najszybciej.

Siedząc przy ognisku wspominaliśmy prelekcję, którą - tuż przed odjazdem - mieliśmy w szkole w Egvekinocie. Pani dyrektor Ludmiła Aleksandrovna, poprosiła nas, abyśmy opowiedzieli dzieciom o sobie i o wyprawie. W szkolnej sali widowiskowej zebrało się wtedy ponad 50 uczniów z młodszych klas i dziesięcioro nauczycieli. Były też jakieś nastoletnie dziewczyny, które przed rozpoczęciem żywo dyskutowały na nasz temat, że przystojni, a że jeden to inostraniec (obcokrajowiec), że pewnie mało rozumie po rosyjsku, a w ogóle to w jakim języku oni ze sobą rozmawiają? itp. Akurat stałem nieopodal i słyszalem tą rozmowę. Przechodząc obok dziewczyn, uśmiechnąłem się powiedziałem, że rozmawiamy z Timurem po rosyjsku ;) Laski zmyły się ze śmiechem, ale na prelekcję przyszły.
Przed sceną rozstawiliśmy namiot, przyprowadziliśmy rower i przyczepkę, w namiocie rozłożyliśmy śpiwór i karimatę, przed namiotem ustawiliśmy menażki, palnik, butlę z gazem. Vsyo po nastoyashchemu, czyli tak, jak w rzeczywistości, no może prawie;) Po naszym występie odpowiadaliśmy jeszcze na pytania nauczycielek i na koniec Ludmiła Aleksandrovna spytała dzieci, czy chciałyby w przyszłości tak podróżować.
- Daaa!
- To musicie się dobrze uczyć, aby w przyszłości otrzymać dobrą pracę. Naprawdę warto! - podsumowałem.
Potem można było dotknąć wszystkich eksponatów. Dzieciaki rzuciły się do oglądania, były niczym pożar! Już powstał spór o to, kto pierwszy wejdzie do pałatki, spojrzałem w stronę roweru a jakiś młodzian już próbował, jak się prowadzi. - A ile kosztuje rower? Czy namiot przemaka? - Czy często zmieniacie dętki? - Ja chcę taki rower! ;)
Coś wspaniałego, bardzo nam się ta ich ciekawość podobała! Fajne spotkanie!

...

Położyliśmy się spać po północy. Tym razem nie mieliśmy problemów z zaśnięciem. Wysiłek i świeże powietrze służyły nam!

Dolina Taniury
Czytałem książkę autorstwa dwóch brytyjskich aktorów na temat ich podróży motocyklowej dookoła świata. Faceci strasznie się martwili, że jadą za wolno i nie zdążą objechać świata w czasie, który ustalili w Londynie, nie znając drogi, bazując na opowieściach innych podróżników i po prostu na mapach.
My nie przeżywaliśmy tak bardzo, że jest plan i że trzeba codziennie przejechać ileś tam kilometrów. Parliśmy na przód, ponieważ nie było zbyt wielu powodów, aby tego nie robić. Bolało nas trochę, że późno wstajemy, lecz nocą często długo nie mogliśmy zasnąć.

Wstaliśmy o 12. Słońca nie było, deszczu także, wiał za to chłodny wiatr. Nasza podróż rozpoczęła się od stromego podjazdu, po którym ukazał się nam ładny przełom rzeki Gałubaya (Błękitna), będący zapowiedzią pierwszej tego dnia akcji przekraczania rzeki. Gałubaya była szeroka na około 12-14 metrów, a maksymalne zanurzenie, jakiego doświadczyliśmy, to po kolana. Wzięliśmy Błękitną na dwa razy: najpierw przeprowadzając rowery z sakwami, potem zaś przenosząc przyczepki. Na drugim brzegu stał niewielki stalowy obelisk, pomalowany na błękitno, upamiętniający śmierć kierowcy, który utonął tu w 2004 roku, podczas przeprawy autem. Poziom wody był wówczas bardzo wysoki, pusta ciężarówka do przewozu osób - wachtowka - wjechała do rzeki i obróciła się do góry kołami. Dla kierowcy nie bylo już ratunku - utonął, gdyż nie mógł wydostać się z szoferki... Na brzegu Błękitnej rosło morze jagód, których obecność opóźniła dalszą jazdę o około godzinę.

Podczas przekraczania lodowatych rzek kilkakrotnie opadały nas wątpliwości, czy to całe nasze rowerowe przedsięwzięcie ma sens. Z uwagi na nędzną jakość drogi i brak mostów jechaliśmy dość wolno. Napotykane co rusz rzeki hamowały nas. Trzeba było zdejmować buty i skarpety, podciągać spodnie, związać buty sznurówkami i przewiesić przez ramię. Potem, w zależności od głębokości rzeki, należało przeprowadzić rowery na drugi brzeg, bądź przenosić oddzielnie sakwy, oddzielnie przyczepki i rowery. Po dokonaniu przeprawy trzeba było wysuszyć nogi, założyć buty i przygotować sprzęt do dalszej drogi. Często po przejechaniu kilometra znów trafialiśmy na jakąś rzekę, która z radosnym szumem przemierzała tundrę i cały rytuał trzeba było powtarzać na nowo. Na szczęście, piękne krajobrazy i świadomość, że zbliżamy się do miejsca, skąd rozpoczniemy trekking na najwyższą górę, rekompensowały konieczność odbywania niechcianych kąpieli.

Droga wyraźnie się pogorszyła, stała się karbowana! Dołki wybite przez ciężkie auta były regularnie do jakieś 20 cm. Staraliśmy się omijać koleiny, aby nie jechać po tych dołkach, lecz z kolei poza koleinami koła roweru grzęzły w luźnym, sypkim szutrze. Miejscami jechało się jak po kamienistej plaży. Biorąc pod uwagę, że rowery były obciążone bagażem, nasza prędkość dramatycznie spadła do 7-9 km/godz. Tylko na krótkich odcinkach mogliśmy rozwinąć 12-16 km/godz...
Przemierzaliśmy teraz dolinę dużej rzeki Taniurier, którą kierowcy ochrzcili Taniurą - łatwiej było wymówić. Droga była tu prosta jak strzała, bez uciążliwych podjazdów, jednak budowniczy nie zadbali o jej jakość. Ostatecznie po przekroczeniu kilku dopływów Taniury ze skostniałymi stopami dotarliśmy do rzeki Koktoliavaam, która była już na tyle szeroka, że zdecydowaliśmy się zaczekać na jakieś auto, które przewiozłoby nas na drugi brzeg. Widzieliśmy, że dalej trasa wiedzie zboczami gór i zakręca na północ, w stronę najwyższych grzbietów.
W ciągu dwóch dni oddaliliśmy się od kopalni złota w Vaunistym o 80 km. Do bazy Osinovaya, gdzie pracował kucharz, mieliśmy jeszcze około 100 km.
Przed snem wykąpaliśmy się w lodowatej rzece, po czym szybko zanurzyliśmy się w śpiworach z nadzieją, że jutro nadjedzie jakaś ciężarówka i pomoże nam.

Następnego dnia po 14 byliśmy już na drugim brzegu. Przewieźli nas geofizycy, którzy od pięciu lat są w drodze. Na zlecenie gubernatora prowadzą rozpoznanie geologiczne (szukają złóż ropy naftowej i gazu). W 2001 roku wyruszyli z Magadanu na Kołymie i zmierzają na wschodnie rubieże Czukotki. Geofizycy jechali beczkowozem z paliwem. Ponieważ na aucie nie było zbyt wiele wolnego miejsca, stanęliśmy z rowerami na platformie po bokach beczki, zaś przyczepki ułożyliśmy za szoferką. Woda w rzece była na tyle głęboka, że koła ciężaówki zanurzyły się w niej niemal całkowicie.
Szczęśliwi ruszyliśmy dalej i po chwili... stanęliśmy na brzegu kolejnej rzeki, będącej dopływem pokonanej przed chwilą rzeki Koktoliavaam. Po przekroczeniu jeszcze jednej, trzeciej rzeki, napotkanej w ciągu kilkunastominutowej jazdy, nareszcie byliśmy na prostej i zmierzaliśmy wprost w kierunku górskiego zbocza, po którym biegła dalej droga. Z lewej strony mieliśmy ogromną dolinę Taniury, w której srebrzyły się pasy naliedzi - nierozmarzającego latem śniegu.

Od dłuższego czasu mijaliśmy powbijane przez geofizyków wzdłuż drogi, w regularnych odstępach, cienkie ponumerowane paliki. Teraz już od ponad kilometra jechaliśmy wzdłuż rozciągniętych na poboczu przewodów elektrycznych. Pomyślałem, że to najdłuższy chyba przedłużacz świata ;) Kilkaset metrów przed nami dostrzegliśmy furgonetkę UAZ, w której, jak się zaraz okazało, jechali technicy ekspedycji poszukiwawczej. Zdradzili nam, że przewody, rozciągnięte na odcinku kilku kilometrów są połączone z detektorami drgań i centralnym urządzeniem rejestrujacym. Chłopaki zaproponowali nam podwiezienie i pomoc w przeprawie przez pobliską rzekę. Załadowaliśmy zatem nasz sprzęt na niewielką skrzynie z tyłu auta i ruszyliśmy z geofizykami. Widać było, że spotkanie z nami wywarło na nich wrażenie. Opowiadali, że wokół pełno niedźwiedzi, że wczoraj widzieli cztery i to całkiem niedaleko od drogi! Cóż, odparliśmy - nam na szczęście niedźwiedzie póki co się nie pokazują.
Kiedy samodzielnie jechaliśmy dalej już dobrych piętnaście minut, z naprzeciwka usłyszeliśmy basowy ryk silników. Oto zmierzała w naszym kierunku kawalkada wielkich ciężarówek z zamontowanymi dziwnymi urządzeniami. Ciężarówki trzymały się blisko siebie, początkowo myślałem, że są związane liną. W jakim celu pojazdy te przemierzały tundrę dowiedzieliśmy się już wkrótce.

Po 20 kilometrach dotarliśmy do bazy ekspedycji geofizyków. Stało tam kilka baraków na kołach, namioty, cysterny, wachtowka. Zajechaliśmy do bazy, aby przywitać się z ludźmi i poprosić o wrzątek na herbatę. Po krótkiej rozmowie z naukowcami i technikami, zaproszono nas na obiad. Kilku geologów przyjechało tu z drugiego krańca imperium, bo z Kaliningradu. Powiedzieli nam, że zadaniem aut, które mijaliśmy po drodze, jadące w grupie, jest wysyłanie sygnału w głąb ziemi. Odbity sygnał rejestrowany jest przez specjalne detektory, rozstawione wzdłuż drogi i przesyłane do komputera centralnego. Kucharka postawiła przed nami parujące miski z gęstą zupą z mięsem rena, ziemniakami i grochem. Potem poczęstowała nas płowem, czyli ryżem z mięsem i warzywami. Absolutnie nie spodziewaliśmy się takiej uczty w środku tundry. Dowiedzieliśmy się, że nieopodal koczują Czukcze z dwoma stadami reniferów. Niestety pasterze już któryś dzień z kolei pija wódkę i nie pilnowane zwierzęta rozbiegły się po całej dolinie. Jeden z techników pokazał nam filmik, który nakręcił poprzedniego dnia na drodze, podczas rozciągania przewodów. Cztery duże niedźwiedzie: trzy bure i jeden szaro-czarny pasły się w tundrze w odległości 300 metrów od drogi. Dalej była scenka, jak uciekają spłoszone klaksonem auta.
Pożegnaliśmy się z gościnnymi geofizykami i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Wkrótce po przekroczeniu kilku rzek zobaczyliśmy z daleka białe namioty w tundrze. Nie zauważyliśmy wokół nich żadnego ruchu, pasterze prawdopodobnie spali pijani... Renifery natomiast, biegały grupkami. Próbowaliśmy do nich podchodzić, aby je sfotografować, ale płoszyły się. Tym niemniej na tle gór wyglądały bardzo malowniczo!

Pereval' Soldatskiy

Droga skręciła w dolinę, która miała nas doprowadzić na przełęcz Soldatskiy Perevel'. Dolina była dość wąska, jej środkiem płynęła niewielka rzeka, której bagniste brzegi porośnięte były gęstymi krzakami. Jadąc wieczorem czarną kamienistą drogą zanurzaliśmy się w otchłani nieznanego tajemniczego i nieprzyjaznego świata. Po kilku kilometrach stanęliśmy na brzegu wartkiej rzeki. Z naprzeciwka zauważyliśmy dwie ciemne postaci, które wolno zbliżały się do nas. Byli to mieszkańcy tundry - czukoccy pasterze, którzy po libacji alkoholowej zbierali stado. Porozmawialiśmy z nimi a potem przeprawiliśmy się przez rzekę i na drugim brzegu rozbiliśmy namiot. Bardzo trudno było znaleźć w tym miejscu cokolwiek, co będzie się palić. Zdrewniałe łodygi krzewów wystarczyły zaledwie na maleńkie ognisko, które jednak pozwoliło nam na przygotowanie kolacji.

Jeden z napotkanych wcześniej pasterzy przyniósł nam trochę drewna i przyjął zaproszenie na herbatę. Gryząc suchary opowiadał nam o zyciu w tundrze, o pracy brygad wypasających reny i niedźwiedziach. Jeśli dojdzie do spotkania z niedźwiedziem "twarz w twarz", Czukcze rzucają w niego arkanem - zwierzę płoszy się i ucieka. Spytaliśmy pasterza, czy był na przełęczy, do której właśnie zmierzaliśmy. Odpowiedział, że nie był, ponieważ z reniferami chodzi się dolinami, aby nie narażać ich na zmęczenie i niepotrzebną utratę energii.

Obudził nas basowy pomruk ciężarówki, która zatrzymała się na drodze, tuż obok naszego namiotu. Po chwili usłyszeliśmy męski głos, który przywitał się z nami. Był to głos Piotra, geologa i naszego internetowego znajomego, który zapowiadał na forum, że w lipcu i sierpniu będzie realizował na Czukotce program badań. Po wykonaniu prac chciał przejść i przejechać drogą Pevek - Egvekinot. Ktoś powiedziałby z niedowierzaniem: cóż za spotkanie! A jednak Czukotka to nie Nowy Jork, zamieszkana jest przez małą liczbę osób i jeśli ktoś deklarował, że po jedynej drodze będzie jechał w tym samym czasie co my, to istniało duże prawdopodobieństwo, że się spotkamy. Piotr powiedział nam, że do przełęczy pozostało jeszcze kilkanaście kilometrów a droga jest bardzo kiepska i kamienista.

Wkrótce przekonaliśmy się o tym sami. Jechaliśmy wąską doliną, mijając po drodze wysokie góry, których szczyty zasłaniała gęsta mgła. Uradował nas przez moment widok dwóch wielkich beczek, osadzonych w kamienistym zboczu góry, ponieważ z daleka wyglądały na opuszczone beczki mieszkalne, w których moglibyśmy schronić się na chwilę przed siąpiącym deszczem. Niestety, okazało się, że były to puste zbiorniki po paliwie.

Wraz z pokonywaniem kolejnych zakrętów otaczający nas krajobraz wyraźnie się zmienił. Roślinność gdzieś zniknęła, dominującym elementem wokół nas był skalny rumosz. Z moim ciałem działo się coś dziwnego. Otóż czułem, że tracę siły w nogach, po prostu nie jestem w stanie kręcić pedałami. Najwyraźniej moje zapasy glikogenu stopniały do zera. Na podjeździe ledwo pchałem rower pod górę, kiedy przekładałem nogę przez ramę aby rozpocząć jazdę, z ledwością mogłem ją unieść! Nie spodziewałem się takiej sytuacji, zwłaszcza, że zbliżaliśmy się do przełęczy. Droga to wznosiła się, to znów opadała. Pod górę prowadziłem rower, zaś na równej drodze i na zjazdach - jechałem. Wokół nas było skalne rumowisko, a drogę stanowiły wyrównane zwały kamieni. Dominowały dwie barwy: szara (skała) i biało-szara (mgła). Dolina zaczęła się zwężać, co spotęgowało nastrój odrealnienia. W dali bielał jakiś prostokątny obiekt. Czyżby tablica informacyjna przed wjazdem na przełęcz? Zaśmiałem się. O czym ja myślę! Na Zachodzie Europy można byłoby się spodziewać tablic, lecz nie tu! Timur wyprzedził mnie o paręset metrów i pierwszy rozwiązał zagadkę. Jej rozwiązanie bardzo nam się podobało. Oto przed nami stał porzucony barak, w którym zabraliśmy się do przygotowywania obiadu. To był iście królewski posiłek: każdy z nas dostał po 3 porcje kaszy jęczmiennej, 250 gramów suszonego mięsa kurczaka, po pół kubka odżywki białkowej dla sportowców i olej według uznania. Trochę przeszkadzało nam, że barak był zdemolowany. Ściany były oberwane z obijającej je płyty pliśniowej, szyby w oknie wybite, na podłodze walały się deski, przeciekał dach. Wspominałem domki w górach, kóre widzieliśmy z kolegami kilka lat temu we Włoszech. Były w pełni wyposażone, utrzymywane przez lokalne władze i w przypadku nagłej potrzeby turyści mogli z nich skorzystać.

Kiedy przypadkowo sięgnąłem do saszetki, w której miałem pieniądze oraz dokumenty i stwierdziłem z niesmakiem, iż banknoty są całkiem mokre i zaczęły na nich rosnąć kolonie grzybów. Wyłożyłem 12 tys. rubli na deskach, walających się na podłodze, z nadzieją, że nieco przeschną. Nie zaglądałem do tej saszetki od momentu wyjazdu z Vaunistego. Przez trzy dni niepotrzebnie nosiłem ją na pasie, nie zabezpieczywszy banknotów przed wilgocią.

Odpoczynek i posiłek przywróciły nam energię do działania. Według GPS-a, od przełęczy Soldatskiy Pereval' dzieliło nas 1,4 km. Wyruszyliśmy skalnym wąwozem, który zwęził się do szerokości drogi i stał się korytem rzeki. Za nami nadjeżdżała wachtowka, oświetlając drogę silnym reflektorem. Pomyślałem: "Po co nam teraz auto, kiedy prawie podeszliśmy na przełęcz?" Chcieliśmy zdobyć ją samodzielnie, gdyż dojechanie do niej kosztowało nas nie mało wysiłku. Zwieńczeniem naszego poświęcenia miał być właśnie Sołdatskiy Pereval'.
Jakby w odpowiedzi na te myśli auto przejechało obok Timura, próbującego je zatrzymać kiwnięciem ręki, i nawet nie zwolniło. Mimo wszystko byliśmy zaskoczeni. Kierowca nie zatrzymał samochodu, choć z naszej strony padł jasny komunikat, że prosimy go o to. Takie zachowanie jest nieczęsto spotykane na Dalekiej Północy, gdzie ludzie przywykli sobie pomagać i gdzie zgodnie z utartym zwyczajem, można wierzyć, iż prośba o pomoc nie będzie zignorowana...

Po 15 minutach wyszliśmy na przełęcz, gdzie poza stojącą beczką po paliwie produkcji Jukosu, nie było żadnego znaku, tablicy, czy drogowskazu. Pogratulowaliśmy sobie determinacji w działaniu i szczęśliwi siedliśmy na rowery. Była już 22 a my mieliśmy przed sobą dobre 20 km drogi. Tym razem trasa wiodła w dół, wzdłuż potoku Osinovyi, i ten odcinek wymagał od nas sprawnego hamowania ;) Początkowo droga była kiepska, musieliśmy kilkakrotnie przekraczać potok, przy czym dla zaoszczędzenia czasu, nie zdejmowaliśmy już butów, które i tak były wilgotne. Zależało nam tylko, by dotrzeć tej nocy do bazy Osinovaya, gdzie - jak się rozmarzyliśmy - będzie sucho i ciepło.
Stan nawierzchni uległ znacznej poprawie, a wkrótce jechaliśmy równą, zadbaną drogą i to w dodatku cały czas w dół. Może za przełęczą pracuje inna brygada drogowców? - zażartowałem. W końcu minęliśmy niegościnny obszar, w którym dominującym składnikiem krajobrazu był skalny rumosz. Pojawiła się roślinność i gdyby nie nisko wiszące chmury, z pewnością zrobilibyśmy tu dłuższy postój na sesję fotograficzną.

Jak wynikało z mapy, czekał nas jeszcze przejazd przez dużą rzekę Chariusnaya. Okazało się, ze jej koryto, w którym płynęło kilka ruseł, ma szerokość około 25 metrów. Kiedy skończą się te nieszczęsne lodowate potoki? Mieliśmy świadomość, że nie prędko, spodziewaliśmy się też, że przyjdzie nam to odchorować...
Jechaliśmy teraz doliną Chariusnej wypatrując świateł bazy Osinovaya. Nie wiedzieliśmy w sumie, czy będzie widać światła, nie wiedzieliśmy bowiem, gdzie ta baza w ogóle się znajduje... Czy przy brzegu rzeki, od którego oddaliliśmy się znacznie, czy tuż przy drodze. Baliśmy się przegapić baraki. Nagle droga skręciła w prawo i zaczął się mozolny podjazd na grzbiet, wzdłuż którego dotychczas jechaliśmy. Wyglądało na to, że opuszczamy dolinę Chariusnej. Czyżbyśmy omineli bazę? Droga wyprowadziła nas na niewielką przełęcz, gdzie zrobiliśmy krótką przerwę na ustalenie pozycji. Mapa była na tyle niedokładna, że naniesienie na nią punktu, gdzie staliśmy, na niewiele się zdało. Postanowiliśmy jechać dalej do doliny rzeki Siniaya. Tuż za przełęczą w oddali ujrzeliśmy promyk światła. Yuhuuuu! Hurraaa! - krzyczeliśmy, zjeżdżając z dużą prędkością w dół, ku światłu. Czuliśmy się zwycięzcami! Po 10 minutach dotarliśmy do Bazy. Na przeciw siebie stały dwa baraki, nieopodal pomrukiwał silnik generatora spalinowego.

Z jednego z baraków wyszedł właśnie szczupły 30-latek, przedstawił sie nam: - Rustam, gospodarz bazy, i zaprosił przyjaźnie do stołówki. W stołówce prócz kucharza zastaliśmy trzy osoby: dziewczynę i dwóch facetów, pasażerów wachtowki, która nie zatrzymała się na przełęczy. Towarzystwo to było mało rozmowne i miałem wrażenie, że traktowało nas z ironią. Ludzie ci nie mogli zrozumieć powodów, dla których w deszczu i wietrze przemierzaliśmy Czukotkę na rowerach... Dziewczyna bawiła się I-podem, jeden z facetów zajmował się wyszukiwaniem czegoś w swoim laptopie, zaś trzeci osobnik spał. Jechali do Peveka a zatrzymali się w Osinovei, ponieważ kierowca auta musiał odpocząć. Poprosiłem kolegę od laptopa o skopiowanie jakiejś muzyki na mój player. Okazało się, że na I-podzie jest tyle plików mp3, że można byłoby słuchać muzyki, bez powtarzania utworów, przez dobrych kilka dni. Wybrałem dwa albumy rosyjskiej grupy Piatnizza, której twórczosć miała mi towarzyszyć w czasie trekkingu wśród najwyższych grzbietów górskich Czukotki.

Spełniło się nasze marzenie, o którym rozmawialiśmy w czasie jazdy. Znaleźliśmy się w ciepłej stołówce, nakarmiono nas, porozmawialiśmy z życzliwym człowiekiem Rustamem, który wskazał nam miejsca w baraku sypialnym, zaprowadził do bani, gdzie można było się umyć i wysuszyć rzeczy.

Zauważyłem, że często w czasie rozmów z napotkanymi ludźmi na temat Czukotki, nasi rozmówcy uosabiają ją. Z ich ust padały słowa: Ach ta nasza Czukotka. Gdy słyszymy coś podobnego o Polsce, z podmiotem takiego westchnienia kojarzą nam się rząd, parlament, władze, prawo... Na Czukotce, w tundrze, podczas rozmów o trudnych warunkach życia, jako pierwsze skojarzenie, nasuwają się warunki przyrodnicze, klimat, pogoda.
- Ach ta nasza Czukotka... jak do tej pory jest dla nas łaskawa. Oby tak dalej - powiedział Timur przed snem.
Wierzyłem, że będzie dla nas łaskawa ;)

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13
 
© 2006 podróżnik.net statystyki www stat.pl