Google
   świat   podróżnik.net     

 

Nasi P a r t n e r z y

 
W bazie Osinovaya
Dwa dni spędziliśmy w bazie Osinovaya odpoczywając po trudach jazdy. Widok tego, co działo się w górach nie zachęcał do wyjścia na trekking. Ciemne chmury szczelnie okrywały górskie grzbiety, w dolinach na pewno padał deszcz. Tak jak można było się spodziewać, wskutek wielokrotnego przechodzenia przez lodowate rzeki zaczął nam dokuczać ból w stawach. Smarowaliśmy kolana maścią przeciwzapalną a także rekomendowanym przez babcię Timura cudem uralskiej farmacji - kremem z pszczelim jadem. Mieliśmy ogromny apetyt, stąd często odwiedzaliśmy stołówkę Rustama. Szef kuchni przydzielił nam zadania: ja odpowiadałem za czystość naczyń, zaś Timur uzupełniał zapas wody w kilkudziesięciolitrowym zbiorniku.

Rustam wychował się na Czukotce w wiosce Komsomolskiy, w okolicach której prowadzono wydobycie złota. Po ukończeniu szkoły podjął pracę jako ślusarz i kierowca buldożera. Potem poszedł do wojska i walczył w Czeczenii. Po powrocie z armii znalazł zatrudnienie w Artieli Chukotka, gdzie pracuje już dziesięć lat i do przejścia na emeryturę pozostały mu jeszcze 3 lata (po 15-tu latach pracy na Północy można przejść na emeryturę). Zarobił sobie na mieszkanie w centralnej Rosji, dokąd jeździ zimą, zaś od wiosny do jesieni pracuje w Osinovei. Odpowiada za przygotowanie posiłków dla pracowników ZA Chukotka, którzy przejeżdżają przez bazę. Informacje na temat ilości gości, których ma się spodziewać danego dnia, otrzymuje łącząc się przez radiostację ze swoim szefem w Vaunistym. Opiekuje się też barakiem "hotelowym", stacją benzynową i małą elektrownią spalinową.
Dyskutowaliśmy z Rustamem na temat życia, świata, czukockiej codzienności. Zaskoczył mnie swoją wiedzą na temat religii. Pracując dwanaście lat na odludziu, w wolnym czasie zajmował się studiowaniem Biblii, Koranu, oraz opracowań na temat poglądów ludzi różnych odłamów religijnych. Próbował w ten sposób samodzielnie znaleźć odpowiedź na egzystencjalne rozterki, dręczące każdego myślącego człowieka.

W baraku, w którym spaliśmy, była niewielka biblioteczka z książkami. Znaleźliśmy w niej opowiadania czukockiego pisarza Yuriya Rytcheu, którego dzieła z gatunku literatury pięknej ukazują codzienność morskich myśliwych przez pryzmat ich wierzeń, legend i mitów. Rytcheu, który urodził się w wioseczce Uelen, położonej na końcu świata, bo nad Cieśniną Beringa, napisał ponad 20 zbiorów prozy. Czytałem jego poetycką opowieść "Gdy wieloryby odchodzą" o pochodzeniu północnego nadmorskiego ludu od wieloryba, o kulcie praojca, o tym, jak wśród ludzi Północy doszły do głosu złe, krwiożercze instynkty, jak zapomnieli, że istnieje Wielka Miłość, która powołała ich do życia. Zostali za to ukarani, ich życie stało się trudne i ciężkie. Utracili Wielką Miłość, utracili braci - wieloryby odeszły...

 

P A T R O N A T
serwisu Podróżnik.NET
 
tibetoverbike.com :: high mountain bike eXpedition

Wyprawa Rowerowa - South America Expedition

 

Z A G Ł O S U J
TopLista - Wyprawy Rowerowe

Dotychczasowe publikacje:

Trekking ku Grzbietowi Czantalskiemu
Wyruszyliśmy w końcu w góry. Z zapasami jedzenia na 11 dni mieliśmy do przejścia 200 km przez tundrę (około stu w jedną stronę). Dzień był słoneczny a czyste niebo nie zwiastowało dramatycznych zmian pogody. Rustam ze swoimi dwoma psami, białym i czarnym, odprowadził nas około kilometra, po czym pożegnaliśmy się. Jeszcze w bazie zostawiliśmy mu kopie swoich dokumentów oraz nazwiska osób kontaktowych i ich numery telefonów. Jeśli nie wrócilibyśmy w ciągu dwóch tygodni, Rustam miał zawiadomić milicję i służbę ratunkową w Egvekinocie.
Psy zamiast wracać do bazy, biegały radośnie wokół nas i wyglądało na to, że chcą nam towarzyszyć w wyprawie. Niestety nie mieliśmy dla nich jedzenia, stąd nie przywoływaliśmy ich, mając nadzieję, że znudzone same wrócą do domu.
Minęliśmy duże pole nietającego śniegu - naliedzi, po przedarciu się przez krzaki i przekroczeniu dwóch rzek weszliśmy do długiej na 9 km doliny. Tutejsze góry były jasnobrązowe, z beżowymi i czerwonymi "naciekami", kamieniste, w partiach szczytowych ozdobione skałami. Dnem doliny płynęła rzeka, której brzegi gęsto porastały krzewy. Aby nie tracić energii na przedzieranie się przez zarośla i obchodzenie bagien, szliśmy zboczem góry obrośniętym poduszką mchów i porostów oraz niewysokimi krzaczkami. Miejscami trafialiśmy na kamieniste pola, na których wprawdzie szło się szybciej, lecz trzeba było mocno uważać, gdzie stawia się stopę, aby nie skręcić kostki.
Biały pies zapolował na susła polarnego, nazywanego przez Rosjan jewrażką, niestety nie chciał go zjeść a jedynie się nim bawił. Nie wyobrażaliśmy sobie sytuacji, kiedy zatrzymamy się na posiłek i nie podzielimy się z naszymi towarzyszami. Jednocześnie nie mogliśmy się z nimi podzielić, gdyż wówczas nasze szanse na dojście do Góry, jej zdobycie i powrót zmalałyby, z powodu niewystarczających zapasów pożywienia. Dlatego pokrzykiwaliśmy na obydwa psy, aby wracały do domu.

Noc spędziliśmy nad brzegiem jeziora, w okolicach którego swój początek bierze rzeka Taniura. Psy, nasi wierni przyjaciele, kręciły się rankiem koło namiotu. Pogoda była kiepska, wilgoć w powietrzu potęgowała uczucie chłodu. Kiedy szliśmy wąską, zabagnioną doliną Taniury, natknęliśmy się na miejsce, w którym mieli swój postój Czukcze. świadczyły o tym porozrzucane garnki, puszki po konserwach i połamane rogi renów. Wywiązała się dyskusja między mną i Timurem na temat edukowania społeczeństwa w zakresie dbania o czystość przyrody. Zdziwiło mnie, iż Timur sprzeciwił się idei edukacji Czukczów, stwierdził, że tundra jest przecież ich domem. Jeśli nie dbają o swój dom, nie są nic warci.
- Przecież Rosjanie robią to samo i to oni dali przykład Czukczom! - rzekłem.
- To nie Rosjanie, a Czukcze żyją w tundrze, a każdy powinien dbać o swój dom!
Zdawało sie nam, że psy, przegonione rankiem przez Timura, udały się do domu. Jednak po kilku godzinach, w trakcie postoju nad Jeziorem Cebulowym, usłyszeliśmy dalekie przejmujące psie wycie... To biały pies, którego ochrzciliśmy imieniem Padróżnik, szedł za nami kryjąc się w krzakach i rozpadlinach. Stracił ślad i teraz nas wzywał. W trakcie marszu padał kilkakrotnie deszcz. Czyżby ślady zostały rozmyte i byliśmy dla Padróżnika jedynym gwarantem dotarcia do cywilizacji? A co z Czarnym, gdzie się podział?

Wieczorem doszliśmy do doliny dużej rzeki Vulvyveem. Brodząc wśród śmierdzących bagien stanęliśmy wreszcie na brzegu aby ocenić poziom wody. Rzeka rozlewała się kilkoma rusłami na szerokości około 25 metrów. Szybko przewalały się w niej masy wody. Widzieliśmy dno, dlatego po podciągnięciu spodni ruszyliśmy ostrożnie w kierunku drugiego brzegu. Siła prądu była tak duża, że mogła powalić człowieka. Lodowata woda szybko znieczuliła nasze nogi i na mięsno-kostnych słupach doszliśmy na drugi brzeg...
Już o 21 założyliśmy obóz i o 22. leżeliśmy w śpiworach.

Trzeci dzień w górach przywitał nas czystym, słonecznym niebem i zimnym wiatrem z północy. Próbowaliśmy suszyć przemoczone wczoraj buty szmatą i gazetami, aby włożenie do nich suchych skarpet miało jakikolwiek sens. Przemierzaliśmy piękną, szeroką dolinę, pod nogami mieliśmy twardy grunt, co wydatnie wpłynęło na tempo marszu. Po drodze mijaliśmy długie na kilka kilometrów jezioro, przy którym sporządziliśmy posiłek. Jezioro wypełniało całe dno doliny. Jego turkusowa woda pięknie połyskiwała w słońcu na tle góry piaskowego koloru. Jedząc zupkę chińską oraz liofilizowany omlet z wędzonką cieszyliśmy się z naszego dzisiejszego wyniku. W ciągu 3,5 godziny przeszliśmy około 17 kilometrów. Bardzo chcieliśmy aby podłoże nadal było twarde, jednak wiedzieliśmy, że zależy to od ukształtowania terenu a nie od siły naszych pragnień. Gdy rozpoczęliśmy marsz, już po kilku kilometrach trafiliśmy na przeszkodę: ogromny, malowniczy wąwóz, wycięty przez rzekę w poprzek doliny. Trzeba było do niego zejść, a potem pokonać rozległe kamieniste pole - koryto rzeki, która wiosną, podczas roztopów, jest zapewne potężna.
Zbliżaliśmy się do "rozstaju dróg": z doliną, w której obecnie byliśmy łączy się dolina rzeki Telekaiveem, dokąd należało skręcić. Na "skrzyżowaniu dolin" napotkalismy gęsty las, zjawisko wyjątkowe na tej szerokości geograficznej, który wypełniał koryto rzeki. W takim miejscu musiały już mieszkać jakieś zwierzęta, zatem aby je poinformować o zbliżającym się komando TransChukotka (Bike) Ekspedition, uderzałem łyżką o stalowy kubek a Timur krzyczał ile sił w płucach ;) Żadne zwierzę jednak nie wybiegło z leśnych ostępów, widocznie uznały, że nie ma co się przejmować jakimiś dwoma pridurkami (głupkami). Namiot rozłożyliśmy w miejscu z pięknym widokiem na dolinę, dokąd rano mieliśmy iść.

Śniadanie następnego dnia przygotowaliśmy przy ognisku, ponieważ zauważyliśmy, że gaz w pierwszej butli (wzięliśmy dwie duże butle) szybko się kończy. Jedliśmy słuchając głosów kilku ptaków, które plotkowały między drzewami, i wpatrywaliśmy się w piękny krajobraz. Z północy wiał zimny wiatr, co dawało gwarancję, że podczas marszu nie będą nas dręczyły komary. Pies Padróżnik spał obok namiotu i śnił zapewne o konkretnym kawałku mięsa z kością...

Po śniadaniu wyruszyliśmy w głąb doliny Telekaiveem. Z początku kroczyliśmy po mchu lecz dla względnej wygody zdecydowaliśmy się wejść na kamieniste dno suchego koryta rzeki. Nasz czworonogi towarzysz zdecydował się na powrót do domu, co przyjęliśmy z ulgą i niepokojem, czy dotrze samodzielnie do Osinovei.
Z daleka połyskiwało już kolejne jezioro na naszej drodze, Gelianomky-Gytgyn, jeden z punktów orientacyjnych na naszej trasie. Otóż zaplanowaliśmy, że za tym jeziorem odbijemy w lewo, na przełęcz, po przejściu której znajdziemy się w dolinie bezpośrednio graniczącej z najwyższym pasmem Gór Czukockich - Grzbietem Czantalskim.
Jezioro miało wiele kilometrów długości. Obchodziliśmy je z lewej strony, plącząc się w krzewach, to stąpając po miękkich jak gąbka mchach i porostach, to znów idąc kamienistym brzegiem. Kilkakrotnie przecinaliśmy las rosnący wzdłuż strumieni spływających z gór; drzewa rosły tam płożąc się po ziemi, ich pnie dopiero w 1/3 swej wysokości zaczynały wyginać się w górę. W lesie rzuciły nam się w oczy krzewy porzeczek z dużymi dojrzałymi owocami, których obecność spowolniła nasz marsz.
Nie pierwszy raz na Dalekiej Północy spotkaliśmy się z trudnościami we właściwej ocenie odległości. Często wydawało nam się, że do przejścia jest kilometr czy dwa, natomiast obiekt, do którego zmierzaliśmy był oddalony kilka kilometrów. Poza tym irytujące było to, że z daleka widzieliśmy, jak będzie przebiegała nasza trasa, a przemieszczaliśmy się tam w żułwim tempie: 2,5-3,5 km/godz. Pod koniec dnia znaleźliśmy się wreszcie na przełęczy, skąd podczas zejścia późnym wieczorem ukazała się nam wielka szaro-bura ściana Grzbietu Czantalskiego. Niepokoiły nas chmury, które zaczęły gromadzić się nad nami. Kiedy przed snem wyjrzeliśmy z namiotu, wierzchołki sąsiadujących z nami grzbietów były już niemal całkiem zasłonięte.

Do ataku!
Pierwszego dnia, przeznaczonego na atak szczytowy, skończyło się na wyjściu rekonesansowym. Z powodu padającego deszczu i braku widoczności, spowodowanej niskimi chmurami przelewającymi się przez grzbiety, nie mogąc nic wyczytać z mapy, na temat ukształtowania terenu w okolicy szczytu Velikaya, postanowiliśmy podejść pod górę i rozejrzeć się w sytuacji.
Niepokoiło nas, że grzbiety, które nas otaczały, były strome, pokryte osypującym się gruzem skalnym i ostro zakończone. Do tego kamienie zroszone niewielkim deszczem stały sie bardzo śliskie. Wieczorem wróciliśmy wyczerpani do namiotu. Mieliśmy poobijane stopy, to efekt uderzeń o kamienie. Tundra dała nam się we znaki, używając do tego całego wachlarza swoich niezawodnych środków.
Nastrój panujący w namiocie nie był budujący. Czuliśmy się jak przegrani. Szliśmy tu z poświęceniem przez cztery dni, a piątego pogoda okazała się bezlitosna... Po przeanalizowaniu mapy doszliśmy do wniosku, że zmieniając trasę drogi powrotnej, moglibyśmy skrócić czas powrotu do 3 dni. Zdecydowaliśmy, że dzień szósty i siódmy poświęcamy na przeczekanie złej pogody, zaś maksymalnie ósmego dnia idziemy albo na szczyt, albo wracamy do bazy Osinovaya. Siódmego dnia chmury w końcu odpuściły, to znaczy uniosły się wysoko i widać było, jak spychane wiatrem przemieszczają się na zachód. Spakowaliśmy się i pospiesznie wyruszyliśmy w kierunku naszej najwyższej góry. Od miejsca, gdzie stał nasz namiot do miejsca, skąd mieliśmy startować na szczyt, dzieliło nas około 7 kilometrów, trzy wększe rzeki, 500 metrów różnicy poziomów. Dystans ten pokonaliśmy w czasie dwóch i pół godziny i znaleźliśmy się na zboczu prowadzącym na szczyt. Góry oświetlone bladymi promieniami słońca, przebijającymi się przez chmury, wydawały się przyjaźniejsze niż przedwczoraj. Szybko nabieraliśmy wysokości i po godzinie byliśmy już na wys. 1513 m, do szczytu pozostało nam około 380 metrów w pionie. Podziwialiśmy piękne widoki, roztaczające się na południe, skąd przyszliśmy. Widzieliśmy, że w dali w kilku dolinach padał dszcz. Panorama na morze gór, która roztaczała się na południu, dodawała nam skrzydeł. W pewnej chwili dostrzegliśmy, że kulminacja, którą uważaliśmy za szczyt nie jest nią. Kilkaset metrów na zachód widać było nieco wyższy punkt, na którym umieszczono jakiś słup, najpewniej punkt triangulacyjny. "Byliśmy już w domu!" Szczęśliwi zmierzaliśmy do celu, mając świadomość, że realizujemy nasze wspólne marzenie!



Północny stok Velikiej okazał się skalnym obrywem wysokości kilometra. Od wierzchołka odchodzi kilka grzbietów, spośród których najbardziej widowiskowy jest północno-zachodni, będący skalnym grzebieniem, półkoliście obniżającym się ku rozległej dolinie. Byliśmy zachwyceni! Góry i doliny rozciągające się poniżej nas w połączeniu z malowniczymi chmurami na niebie, przez które przebijały promienie słoneczne, hipnotyzowały, tworzyły scenerię, od której nie można było oderwać oczu! Do tego oświetlenie scen dynamicznie zmieniało się w czasie, za sprawą ruchu chmur. Kręciliśmy się po platformie szczytowej wielkości zaledwie kilku metrów kwadratowych, wybierając sceny do sfotografowania i sfilmowania. Po godzinnej sesji przygotowaliśmy ciepły posiłek: chińską łapszę, czyli zupkę z makaronem, i liofilizowany omlet.

Na szczycie znaleźliśmy butelkę z pismem, dotyczącym ekspedycji, która miała miejsce rok temu. Dwóch chłopaków z Moskwy zdobyło wówczas Veliką. Wyglądało na to, że w 2006 byliśmy tu pierwsi. Też sporządziliśmy notatkę, którą umieściliśmy w wodoodpornej tubce i przymocowaliśmy drutem do drewnianego pierścienia na słupku triangulacyjnym. Odtąd Velikaya na Czukotce stała się też naszą górą, której widok zachowamy w pamięci do końca życia, gdziekolwiek się znajdziemy, będziemy pamiętali ten dzień naszej podróży...

 

Panorama z Góry Velikaya 1887 m n.p.m.Jeśli nie widzisz panoramy - ściągnij plug-in!

 

Ponad dwie i pół godziny przebywaliśmy na szczycie. O 19.40 rozpoczęliśmy zejście zachodnim grzbietem. Był on kamienisty i eksponowany, a głazy pod naciskiem naszych stóp zsuwały się wydając złowrogi łoskot, nawet duże głazy nie były stabilne! Strawersowanie stomego grzbietu zajęło nam ponad godzinę, lecz w końcu pokonaliśmy niebezpieczny skłon i doszliśmy do połogiego grzbietu, po którym, wesoło rozmawiając zbiegaliśmy w dół. O 22. byliśmy w punkcie, z którego rozpoczęliśmy wspinaczkę, skąd monotonną drogą, klucząc między głazami i wijącym się strumieniem dotarliśmy do doliny, w której stał nasz namiot. Zza grzbietu Czantalskiego wyjrzał i powitał nas wówczas księżyc, w twarze wiał nam ciepły wiatr. Znów szliśmy przez tundrę to po mchu, to po kamieniach, to omijając bagna, to przedzierając się przez zarośla. Po północy wykończeni dotarliśmy do naszego ortalionowego domu i przyrządziliśmy kolację.

Ach ta nasza Czukotka... Widząc z jaką determinacją chcemy dopiąć celu, ugięła się i pozwoliła nam wejść na najwyższą górę ;)

Powrót do bazy
Po godzinie jedenastej wyruszyliśmy żegnając się z naszą doliną. Krocząc wolno po kamieniach wzdłuż szumiącego potoku minęliśmy górę o dźwięcznej nazwie Gwiezdny Pilot. Geolodzy i kartografowie, penetrujący onegdaj te terytoria, nadawali górom niezwykłe nazwy...
Pierwszego dnia dotarliśmy do wyjścia z doliny rzeki Telekai, i nocowaliśmy w pobliżu lasu, którego obecność onegdaj nas zdziwiła. Po drodze przechodziliśmy obok rzeki, na której piaszczystym brzegu spotkaliśmy świeże ślady niedźwiedzia. Timur podpalił wówczas kilka suchych gałęzi, leżących na kamienistym polu, aby odstraszyć zwierzęta. Gdy wybieraliśmy miejsce na założenie obozu, zerwał się porywisty wiatr. Ledwie skończyliśmy mocowanie odciągów namiotu, zaczęło padać. O rozpaleniu ogniska nie było już mowy, kolację przygotowaliśmy na gazie, wsłuchując się w monotonne stukanie kropel intensywnie padających na ścianki namiotu.

Rano było już po deszczu, chmury wisiały wysoko i nawet prześwitiwało przez nie słońce. W tundrze zalegało dużo wody.
Tego dnia mieliśmy w planach pokonanie niewysokiej przełęczy Pereval' Gornyi a następnie przekroczenie dużej rzeki Vulvyveem, długość tej trasy to około 25 km. Po godzinie marszu ukazała się naszym oczom wejście na drogę prowadzącą w kierunku wspomnianej przełęczy. Zanim jednak tam dotarliśmy musieliśmy pokonać kilka rzek.
To niezwykłe, kiedy przekraczaliśmy pierwszą z nich, jak pamiętaliśmy, kilka dni temu jej koryto było puste. Teraz o kamienne dno rozbijały się z wściekłością hektolitry wody. Po godzinie dalszego marszu kolejna przeszkoda: szeroka na 20 metrów rzeka! Kiedy wszedłem w jej wody, już po dwóch krokach jej bystry nurt zerwał mi ze stóp klapki. Doszedłem boso do najbliższej wyspy kamieni i założyłem buty, ponieważ boso czułem się niepewnie; kamienie były śliskie i ostre a woda sięgała powyżej kolan i płynęła z dużą siłą, która znosiła nogi w trakcie robienia kroku na przód. Zaczęliśmy się zastanawiać, jak dzisiaj będzie wyglądać rzeka Vulvyveem. Póki co weszliśmy w wąską zabagnioną dolinkę, wiodącą na Pereval Gornyi. Prowadziły nas koleiny pozostawione przez przejeżdżający kiedyś wjezdiechod.

Dolinka zaczęła skręcać w lewo i wiodła już prosto na niewysoką przełęcz. Jedynym mankamentem było to, że dolina zarośnięta była żółknącą trawą, co oznaczało, że wszędzie były bagna i pod nogami należało się spodziewać czarnej gnijącej brei głębokości od paru centymetrów do powyżej kostki. Za przełęczą ujrzeliśmy dolinę rzeki Vulvyveem i wejście do kolejnej doliny, oddalone o 7-8 km, które powinniśmy osiągnąć za około 3,5 - 4 godziny.
Woda w rzece przewalała się z dużą szybkością. Kiedy zanurzeni ponad kolana kroczyliśmy ostrożnie jej korytem, od widoku płynącej wody aż kręciło się w głowie. Aby zawiesić wzrok na jakimś stałym punkcie odniesienia, wpatrywaliśmy się intensywnie w kamienie na dnie rzeki. Udało się bezpiecznie dostać na drugi brzeg. Wylałem wodę z butów, odsączyłem szmatą i założyłem na mokre skarpety. Uczucie nieprzyjemnego zimna trzeba było wliczyć w koszty. Timur zachował suche buty, ponieważ przekraczał rzekę w skarpetach.

Do końca dnia przeszliśmy jeszcze osiem kilometrów i przekroczyliśmy kolejną dużą rzekę. Przeżyliśmy krótkotrwały kryzys energetyczny, który pokonaliśmy liofilizowanym omletem. Nocą rozłożyliśmy obóz i przygotowywaliśmy się psychicznie do ostatniego dnia marszu, podczas którego chcieliśmy pokonać dystans, robiony przez nas normalnie w czasie półtora dnia.

Ostatniego dnia trekkingu wystartowaliśmy zorientowani na osiągnięcie celu, czyli dojście do bazy Osinovaia. Męczyła nas już ta sytuacja, kiedy jedynym celem naszego życia było maszerowanie przez tundrę. Nie chciało się nam już ze sobą rozmawiać, muzyka w odtwarzaczu MP3 zbrzydła, kończyły się tematy do rozmyślań. Już skończyłem wspominać ludzi i zdarzenia z przeszłości, rozpatrzyłem również w wyobraźni scenariusze najbliższej przyszłości. Nad sensem życia też nie mogłem już dłużej dumać. Marzyliśmy o normalnym jedzeniu, ponieważ liofilizowane potrawy, które mieliśmy ze sobą, mimo że różnorodne, przestały nam smakować, po prostu się przejadły. Marzyłem o chlebie, którym częstował nas Rustam. O chlebie z masłem i solą. Powiedziałem Timurowi, że bardzo chciałbym się nauczyć piec chleb, aby zaprosić w Polsce znajomych i podczas oglądania zdjęć z Czukotki, poczęstować ich tym chlebem. Myśl o rozwinięciu się w piekarnictwie wracała do mnie jak bumerang ;)
Szliśmy teraz w kierunku Góry Marzenie, po obejściu której czekała nas ostatnia prosta do bazy. W pewnym momencie przebieg drogi w terenie okazał się niejednoznaczny, ponieważ góry wokół nas wyglądały tak samo a z mapy, z uwagi na skalę 1:100 tys. niewiele można było wyczytać. Mapa pomogła nam na tym odcinku tylko w ustaleniu ogólnego kierunku marszu, zaś nieoceniony okazał się odbiornik GPS.
Góry sąsiadujące z Marzeniem miały niezwykłą kolorystykę. Po ich skłonach, od podnóży w górę, na kształt wachlarza ciągnęły się pasma o różnych odcieniach szarego i brązowego. Jedna z gór miała skłony w kolorze starej miedzi i miedzianej patyny, a do tego zdobiły ją niewielkie skały.

W końcu znaleźliśmy się w dolinie, w której zaczynaliśmy nasz trekking pierwszego dnia. Tundra nie chciała nas wypuścić i co rusz rzucała kłody pod nogi, w postaci zimnego deszczu, porywistego wiatru, ogromnego kamiennego pola, bagien, chaszczy. W końcu, gdy byliśmy około sześciu kilometrów od bazy, naszą drogę przeciął, biegnąc niezgrabnie, król tajgi i tundry - niedźwiedź. Znajdował się od nas w odległości około 300 metrów i - ponieważ przemieszczał się po skosie - przez pierwsze sekundy niejasne było, dokąd biegnie. Niedźwiedź przeciął ogromne koryto rzeki i dał susa w krzaki, a my długo jeszcze bębniliśmy łyżkami w kubek i menażkę, żeby nie przyszło mu do głowy pójście naszym śladem. Zapobiegliwie wspięliśmy się też na kilkudziesięciometrowej wysokości grzbiet, ciągnący się wzdłuż naszej trasy.
W końcu ujrzeliśmy daleko, daleko w tundrze wymarzone światełko Osinovei. Mieliśmy do pokonania ostatnią rzekę Pierievalną, która znacznie - jak zauważyliśmy - wezbrała po opadach.

O 22.20 przemoczeni stanęliśmy w końcu pod barakiem, w którym była stołówka. Przywitało nas psie ujadanie, na dźwięk którego kamień spadł nam z serca. Nasi czworonożni towarzysze z pierwszych dni trekkingu bezpiecznie wrócili do domu. Niestety nie byliśmy już kumplami, psy wyraźnie były na nas obrażone...
Wewnątrz baraku gościli nasi znajomi - Drogowcy, u których nocowaliśmy pierwszej nocy po wyruszeniu z Egvekinota. Przebraliśmy się w suche ciuchy i przyszliśmy do stołówki aby podzielić się wrażeniami z całą ekipą. Rozpadało się na dobre, ba, lało jak z cebra do tego na niebie co chwila błyskały pioruny, zjawisko skądinąnd ponoć rzadkie. Timur pierwszy raz w życiu zobaczył wówczas pioruny na Czukotce! Rustam z zadowoleniem przyjął moją prośbę o pokazanie, jak się piecze chleb, ponieważ, jak stwierdził, sam będzie miał mniej roboty ;)

Przez najbliższe dni w Osinovei cały czas mówiło się o trudnych warunkach do jazdy. Po burzy rzeki wezbrały tak bardzo, że ciężkie auta nie mogły przejechać. Ba, znosiło nawet kilkunastotonowe buldożery! Zamarznięty grunt nieprzepuszczalny dla wody jest swoistym ekranem, po którym bardzo szybko spływają wody po deszczu. Dlatego poziom wody w rzekach podczas letnich deszczy rośnie bardzo szybko. Rośnie szybkość przepływu wody, rośnie też jej niszcząca siła. Woda rozmywa brzegi, wyrywa z nich krzewy i drzewa.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13
 
© 2006 podróżnik.net statystyki www stat.pl