Wyruszyliśmy w końcu w góry. Z zapasami jedzenia na 11 dni mieliśmy do przejścia 200 km przez tundrę (około stu w jedną stronę). Dzień był słoneczny a czyste niebo nie zwiastowało dramatycznych zmian pogody. Rustam ze swoimi dwoma psami, białym i czarnym, odprowadził nas około kilometra, po czym pożegnaliśmy się. Jeszcze w bazie zostawiliśmy mu kopie swoich dokumentów oraz nazwiska osób kontaktowych i ich numery telefonów. Jeśli nie wrócilibyśmy w ciągu dwóch tygodni, Rustam miał zawiadomić milicję i służbę ratunkową w Egvekinocie.
Psy zamiast wracać do bazy, biegały radośnie wokół nas i wyglądało na to, że chcą nam towarzyszyć w wyprawie. Niestety nie mieliśmy dla nich jedzenia, stąd nie przywoływaliśmy ich, mając nadzieję, że znudzone same wrócą do domu.
Minęliśmy duże pole nietającego śniegu - naliedzi, po przedarciu się przez krzaki i przekroczeniu dwóch rzek weszliśmy do długiej na 9 km doliny. Tutejsze góry były jasnobrązowe, z beżowymi i czerwonymi "naciekami", kamieniste, w partiach szczytowych ozdobione skałami. Dnem doliny płynęła rzeka, której brzegi gęsto porastały krzewy. Aby nie tracić energii na przedzieranie się przez zarośla i obchodzenie bagien, szliśmy zboczem góry obrośniętym poduszką mchów i porostów oraz niewysokimi krzaczkami. Miejscami trafialiśmy na kamieniste pola, na których wprawdzie szło się szybciej, lecz trzeba było mocno uważać, gdzie stawia się stopę, aby nie skręcić kostki.
Biały pies zapolował na susła polarnego, nazywanego przez Rosjan jewrażką, niestety nie chciał go zjeść a jedynie się nim bawił. Nie wyobrażaliśmy sobie sytuacji, kiedy zatrzymamy się na posiłek i nie podzielimy się z naszymi towarzyszami. Jednocześnie nie mogliśmy się z nimi podzielić, gdyż wówczas nasze szanse na dojście do Góry, jej zdobycie i powrót zmalałyby, z powodu niewystarczających zapasów pożywienia. Dlatego pokrzykiwaliśmy na obydwa psy, aby wracały do domu.
Noc spędziliśmy nad brzegiem jeziora, w okolicach którego swój początek bierze rzeka Taniura. Psy, nasi wierni przyjaciele, kręciły się rankiem koło namiotu. Pogoda była kiepska, wilgoć w powietrzu potęgowała uczucie chłodu. Kiedy szliśmy wąską, zabagnioną doliną Taniury, natknęliśmy się na miejsce, w którym mieli swój postój Czukcze. świadczyły o tym porozrzucane garnki, puszki po konserwach i połamane rogi renów.
Wywiązała się dyskusja między mną i Timurem na temat edukowania społeczeństwa w zakresie dbania o czystość przyrody. Zdziwiło mnie, iż Timur sprzeciwił się idei edukacji Czukczów, stwierdził, że tundra jest przecież ich domem. Jeśli nie dbają o swój dom, nie są nic warci.
- Przecież Rosjanie robią to samo i to oni dali przykład Czukczom! - rzekłem.
- To nie Rosjanie, a Czukcze żyją w tundrze, a każdy powinien dbać o swój dom!
Zdawało sie nam, że psy, przegonione rankiem przez Timura, udały się do domu. Jednak po kilku godzinach, w trakcie postoju nad Jeziorem Cebulowym, usłyszeliśmy dalekie przejmujące psie wycie... To biały pies, którego ochrzciliśmy imieniem Padróżnik, szedł za nami kryjąc się w krzakach i rozpadlinach. Stracił ślad i teraz nas wzywał. W trakcie marszu padał kilkakrotnie deszcz. Czyżby ślady zostały rozmyte i byliśmy dla Padróżnika jedynym gwarantem dotarcia do cywilizacji? A co z Czarnym, gdzie się podział?


Wieczorem doszliśmy do doliny dużej rzeki Vulvyveem. Brodząc wśród śmierdzących bagien stanęliśmy wreszcie na brzegu aby ocenić poziom wody. Rzeka rozlewała się kilkoma rusłami na szerokości około 25 metrów. Szybko przewalały się w niej masy wody. Widzieliśmy dno, dlatego po podciągnięciu spodni ruszyliśmy ostrożnie w kierunku drugiego brzegu. Siła prądu była tak duża, że mogła powalić człowieka. Lodowata woda szybko znieczuliła nasze nogi i na mięsno-kostnych słupach doszliśmy na drugi brzeg...
Już o 21 założyliśmy obóz i o 22. leżeliśmy w śpiworach.
Trzeci dzień w górach przywitał nas czystym, słonecznym niebem i zimnym wiatrem z północy. Próbowaliśmy suszyć przemoczone wczoraj buty szmatą i gazetami, aby włożenie do nich suchych skarpet miało jakikolwiek sens. Przemierzaliśmy piękną, szeroką dolinę, pod nogami mieliśmy twardy grunt, co wydatnie wpłynęło na tempo marszu. Po drodze mijaliśmy długie na kilka kilometrów jezioro, przy którym sporządziliśmy posiłek. Jezioro wypełniało całe dno doliny. Jego turkusowa woda pięknie połyskiwała w słońcu na tle góry piaskowego koloru. Jedząc zupkę chińską oraz liofilizowany omlet z wędzonką cieszyliśmy się z naszego dzisiejszego wyniku. W ciągu 3,5 godziny przeszliśmy około 17 kilometrów. Bardzo chcieliśmy aby podłoże nadal było twarde, jednak wiedzieliśmy, że zależy to od ukształtowania terenu a nie od siły naszych pragnień. Gdy rozpoczęliśmy marsz, już po kilku kilometrach trafiliśmy na przeszkodę: ogromny, malowniczy wąwóz, wycięty przez rzekę w poprzek doliny. Trzeba było do niego zejść, a potem pokonać rozległe kamieniste pole - koryto rzeki, która wiosną, podczas roztopów, jest zapewne potężna.
Zbliżaliśmy się do "rozstaju dróg": z doliną, w której obecnie byliśmy łączy się dolina rzeki Telekaiveem, dokąd należało skręcić. Na "skrzyżowaniu dolin"
napotkalismy gęsty las, zjawisko wyjątkowe na tej szerokości geograficznej, który wypełniał koryto rzeki. W takim miejscu musiały już mieszkać jakieś zwierzęta, zatem aby je poinformować o zbliżającym się komando TransChukotka (Bike) Ekspedition, uderzałem łyżką o stalowy kubek a Timur krzyczał ile sił w płucach ;) Żadne zwierzę jednak nie wybiegło z leśnych ostępów, widocznie uznały, że nie ma co się przejmować jakimiś dwoma pridurkami (głupkami).
Namiot rozłożyliśmy w miejscu z pięknym widokiem na dolinę, dokąd rano mieliśmy iść.
Śniadanie następnego dnia przygotowaliśmy przy ognisku, ponieważ zauważyliśmy, że gaz w pierwszej butli (wzięliśmy dwie duże butle) szybko się kończy.
Jedliśmy słuchając głosów kilku ptaków, które plotkowały między drzewami, i wpatrywaliśmy się w piękny krajobraz. Z północy wiał zimny wiatr, co dawało gwarancję, że podczas marszu nie będą nas dręczyły komary. Pies Padróżnik spał obok namiotu i śnił zapewne o konkretnym kawałku mięsa z kością...
Po śniadaniu wyruszyliśmy w głąb doliny Telekaiveem. Z początku kroczyliśmy po mchu lecz dla względnej wygody zdecydowaliśmy się wejść na kamieniste dno suchego koryta rzeki. Nasz czworonogi towarzysz zdecydował się na powrót do domu, co przyjęliśmy z ulgą i niepokojem, czy dotrze samodzielnie do Osinovei.
Z daleka połyskiwało już kolejne jezioro na naszej drodze, Gelianomky-Gytgyn, jeden z punktów orientacyjnych na naszej trasie. Otóż zaplanowaliśmy, że za tym jeziorem odbijemy w lewo, na przełęcz, po przejściu której znajdziemy się w dolinie
bezpośrednio graniczącej z najwyższym pasmem Gór Czukockich - Grzbietem Czantalskim.
Jezioro miało wiele kilometrów długości. Obchodziliśmy je z lewej strony, plącząc się w krzewach, to stąpając po miękkich jak gąbka mchach i porostach, to znów idąc kamienistym brzegiem. Kilkakrotnie przecinaliśmy las rosnący wzdłuż strumieni spływających z gór; drzewa rosły tam płożąc się po ziemi, ich pnie dopiero w 1/3 swej wysokości zaczynały wyginać się w górę. W lesie rzuciły nam się w oczy krzewy porzeczek z dużymi dojrzałymi owocami, których obecność spowolniła nasz marsz.
Nie pierwszy raz na Dalekiej Północy spotkaliśmy się z trudnościami we właściwej ocenie odległości. Często wydawało nam się, że do przejścia jest kilometr czy dwa, natomiast obiekt, do którego zmierzaliśmy był oddalony kilka kilometrów. Poza tym irytujące było to, że z daleka widzieliśmy, jak będzie przebiegała nasza trasa, a przemieszczaliśmy się tam w żułwim tempie: 2,5-3,5 km/godz.
Pod koniec dnia znaleźliśmy się wreszcie na przełęczy, skąd podczas zejścia późnym wieczorem ukazała się nam wielka szaro-bura ściana Grzbietu Czantalskiego. Niepokoiły nas chmury, które zaczęły gromadzić się nad nami. Kiedy przed snem wyjrzeliśmy z namiotu, wierzchołki sąsiadujących z nami grzbietów były już niemal całkiem zasłonięte.
|
|