Osinową opuszczaliśmy na pokładzie wachtowki Drogowców. Ci, z którymi się żegnaliśmy, na pożegnanie podarowali mi na pamiątkę ...kolczyki pewnej czukockiej dziewczyny, która żyła z nimi w baraku rok wcześniej. - Podczas seksu zgubiła kolczyki, które teraz znalazły się podczas sprzątania! cha, cha!
Przyjąłem wielkie stalowe kółka poszukując w pamięci przyjaciółki w Polsce, która godna byłaby takiego prezentu z Czukotki!
Jechaliśmy przez siedem godzin przez dziewiczą tundrę. Przyroda, którą obserwowaliśmy przez okna auta była wspaniała! Widzieliśmy lisy, żurawie, czajki, kaczki pływające sobie w bajorku tuż obok drogi. W pewnym momencie robotnik pochodzący z uzbekistanu - Amman, który siedział koło mnie, wskazał w głąb niewielkiej doliny, gdzie w oddali stało kilka czukockich jarang. Amman opowiedział, odwiedził ich tydzień wcześniej, kiedy obchodzili święto młodego rena, podczas którego zabijali cielęta na skóry przeznaczone do uszycia odzieży. Przy drodze wisiał wówczas kociołek - znak, że Czukcze zapraszają wszystkich przejeżdżających do siebie w gości. Amman mówił, że był oczarowany klimatem, panującym w obozie nomadów. Zarówno dorośli jak i dzieci odziani byli w ubrania ze skór renferów. Nawet noworodek zakutany był w becik z reniferowej skóry. Na sznurkach rozciągniętych w jarandze suszyły się kawałki mięsa, wokół pasło się niewielkie stado renów. Niestety nie mogliśmy pojechać w odwiedziny do Czukczów, jako że gonił nas czas.
Kierowca naszej ciężarówki martwił się, jak pokona rzekę Pustynkę, która - wbrew swojej nazwie - ponoć była szeroka i po ostatnich deszczach wezbrała tak, że kierowcy woleli czekać na brzegu na opadnięcie wody kilka dni niż wjeżdżać do rzeki.
|