Google
   świat   podróżnik.net     

 

Nasi P a r t n e r z y

 
Jedziemy na północ
Osinową opuszczaliśmy na pokładzie wachtowki Drogowców. Ci, z którymi się żegnaliśmy, na pożegnanie podarowali mi na pamiątkę ...kolczyki pewnej czukockiej dziewczyny, która żyła z nimi w baraku rok wcześniej. - Podczas seksu zgubiła kolczyki, które teraz znalazły się podczas sprzątania! cha, cha!
Przyjąłem wielkie stalowe kółka poszukując w pamięci przyjaciółki w Polsce, która godna byłaby takiego prezentu z Czukotki!

Jechaliśmy przez siedem godzin przez dziewiczą tundrę. Przyroda, którą obserwowaliśmy przez okna auta była wspaniała! Widzieliśmy lisy, żurawie, czajki, kaczki pływające sobie w bajorku tuż obok drogi. W pewnym momencie robotnik pochodzący z uzbekistanu - Amman, który siedział koło mnie, wskazał w głąb niewielkiej doliny, gdzie w oddali stało kilka czukockich jarang. Amman opowiedział, odwiedził ich tydzień wcześniej, kiedy obchodzili święto młodego rena, podczas którego zabijali cielęta na skóry przeznaczone do uszycia odzieży. Przy drodze wisiał wówczas kociołek - znak, że Czukcze zapraszają wszystkich przejeżdżających do siebie w gości. Amman mówił, że był oczarowany klimatem, panującym w obozie nomadów. Zarówno dorośli jak i dzieci odziani byli w ubrania ze skór renferów. Nawet noworodek zakutany był w becik z reniferowej skóry. Na sznurkach rozciągniętych w jarandze suszyły się kawałki mięsa, wokół pasło się niewielkie stado renów. Niestety nie mogliśmy pojechać w odwiedziny do Czukczów, jako że gonił nas czas.
Kierowca naszej ciężarówki martwił się, jak pokona rzekę Pustynkę, która - wbrew swojej nazwie - ponoć była szeroka i po ostatnich deszczach wezbrała tak, że kierowcy woleli czekać na brzegu na opadnięcie wody kilka dni niż wjeżdżać do rzeki.

 

P A T R O N A T
serwisu Podróżnik.NET
 
tibetoverbike.com :: high mountain bike eXpedition

Wyprawa Rowerowa - South America Expedition

 

Z A G Ł O S U J
TopLista - Wyprawy Rowerowe

Dotychczasowe publikacje:

Pustynka okazała się przejezdna, wprawdzie jej koryto, szerokie było na 20 metrów a woda przykryła bak z paliwem, lecz co to dla rosyjskiego Urala! Gdy byliśmy na środku rzeki, wydawało się nam, że już płyniemy z prądem, jednak auto opierało się jeszcze o dno i parło powoli w kierunku drugiego brzegu.


Następnego dnia wyruszyliśmy rowerami w dalszą drogę. Podziwialiśmy piękne krajobrazy, moczyliśmy nogi podczas przechodzenia przez rzeki i wieczorem dotarliśmy do stacji hydrologiczno-meteorologicznej, w której pracował człowiek o pseudonimie Vodomut, czyli ten, co mąci wodę. Giena, bo tak naprawdę miał na imię, całe zycie spędził nad rzeką Paliavaam kontrolując codziennie jej poziom. Poczęstował nas herbatą i poradził jak skutecznie zatrzymać auto, aby jechać dalej. Choć prawdopodobieństwo, że ktoś będzie jechał nocą w kierunku Peveka było o tej porze małe, idąc za radą Gieny wystawiliśmy na drodze jego tabliczkę z komunikatem: "Uprzejmie proszę zajechać".
Tabliczka poskutkowała! Po godzinie pędziliśmy ciężarówką z młodym kierowcą, który z fantazją przyozdobił swoje auto flagą Rosji. Jego koledzy, jadący przed nami i wiozący nasze rowery wysforowali się daleko i mieliśmy się spotkać dopiero w Komsomolskim. W kabinie ryczała na cały regulator muzyka. Kierowca przyciszał odtwarzacz mp3 tylko wówczas, kiedy musiał się skoncentrować na przejeździe przez rzekę czy pokonaniu stromego zjazdu. Podczas jednego z takich zjazdów koła nagrzały się tak mocno, że zaczęły się z nich sypać iskry! Wypłoszony kierowca wypadł z kabiny z gaśnicą i zaczął spryskiwać koła. Pech chciał, że w okolicy nie płynęła żadna rzeka, do której można byłoby wjechać, aby ochłodzić koła. Znajdowaliśmy się na górskim grzbiecie, z gorących kół parowała wylana na nie przed chwilą zawartość gaśnicy. Wolno ruszylismy dalej modląc się w duchu, żeby koła nie wybuchły i aby pojawiła się wreszcie jakaś rzeka. Hamulce prawie nie działały, dlatego kiedy dojechaliśmy do rzeki i kierowca ostrożnie wprowadził do niej swojego Urala, stwierdził, że dalej nie pojedzie, żebyśmy pojechali Kamazem - cysterną, która dotychczas podążał za nami, a po przybyciu do Komsomolskiego, wezwali na pomoc jego kolegów.
Wioska - widmo
O wpół do trzeciej rano byliśmy w Komsomolskim. Wsiedliśmy na rowery i ruszyliśmy poszukać sobie domu. Wieś, zamieszkana onegdaj przez 3000 osób, została zamknięta w 2000 roku i opuścili ją wszyscy mieszkańcy. W porzuconych domach pozostały meble i mnóstwo innych rzeczy. Po kilkunastu minutach wprowadziliśmy się do czystego domku. Mieliśmy nawet obiekcje, czy nie jest przypadkiem przez kogoś zajęty, ponieważ przy piecu leżało równo ułożone drewno, w sypialni były 3 łóżka, przed jednym z nich leżały kapcie, a na ścianie przymocowana była biblioteczka biblioteczka z książkami. W kuchni stał stół i krzesła, był piec i umywalka. Rozłożyliśmy śpiwory na tapczanie i stalowym łóżku. Ze ściany spoglądała na nas Ałła Pugaczowa. Na plakacie była data 1990 r., z czego wynikało, że kobieta przez 15 lat niewiele się zmieniła i nawet obecnie ma taką samą fryzurę! - To zasługa operacji plastycznych, powiedział Timur.

Jak opowiedzieli nam ludzie, pytani o zrujnowane miejscowości, w czasach radzieckich wioski budowano w pobliżu złóż różnych kopalin. Z czasem, gdy złoża się wyczerpywały wiele wsi było likwidowanych, większe mogły istnieć tylko dzięki dotacjom państwowym. Po rozpadzie Związku Radzieckiego, Czukotka stała się dla państwa niewygodna, wręcz niepotrzebna. Komsomolskiy i inne wsie zamykano, ludzie wyjeżdżali w głąb Rosji, a ci, którzy nie mieli dokąd jechać, przenosili się do Peveka, gdzie można się było starać o przydział na mieszkanie w centralnej Rosji. Cały proces trwał kilka lat.
Cóż brzmiało to wszystko w miarę sensownie ale widok był straszny.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13
 
© 2006 podróżnik.net statystyki www stat.pl