Google
   świat   podróżnik.net     

 

Nasi P a r t n e r z y

 
Pevek
Pevek, stolica Rejonu Czauńskiego, był ostatnią miejscowością na naszej trasie. Kiedy stanęliśmy przy dobrze nam znanym ze zdjęć drogowskazie z nazwą miasta, byliśmy wzruszeni. Spoglądaliśmy na Ocean Arktyczny, po wodach którego majestatycznie sunął czerwony tankowiec.

Było wpół do szóstej, jeśli chcieliśmy zdążyć zadzwonić do domów, musieliśmy się pospieszyć. W drodze do pieriegavornogo punkta, czyli punktu zamawiania rozmów, kilkakrotnie wstępowaliśmy do sklepów i kupowaliśmy słodkości, za które płaciło się tutaj, jak za przysłowiowe zboże. Batoniki Nuts, Snickersy, lody, po okresie kilkutygodniowego postu, kiedy jedynymi słodyczami którymi się delektowaliśmy była kosteczka czekolady ewentualnie cukier, smakowały wspaniale!
Miasto było w znacznej części opuszczone i zewsząd spoglądały na nas ciemne oczodoły okien strasznych, odrapanych bloków. Do tego znad oceanu nadpłynęła gęsta mgła, która w ciągu kilkunastu minut wstydliwie spowiła okolicę.
Ze sobą mieliśmy tylko plecaki z podstawowymi rzeczami, potrzebnymi do spędzenia trzech dni w cywilizacji. Reszta sprzętu została w Komsomolskim, skąd

przyjechaliśmy autostopem.
Po powiadomieniu rodzin, żeśmy cali i zdrowi, ruszyliśmy do najbliższego sklepu aby zasięgnąć języka na temat możliwości znalezienia niedrogiego noclegu. Jedna z kobiet robiących zakupy, kierowniczka Centrum Sportu i Turystyki Rejonu Czauńskiego zaproponowała nam salon w siedzibie Centrum ;) Po kilkunastu minutach rozpakowywaliśmy swoje rzeczy w ładnym pomieszczeniu. Dostaliśmy do dyspozycji komputer, dla skopiowania zdjęć z kart pamięci na płyty CD. Dowiedzieliśmy się również, gdzie znajduje się publiczna bania, w której można było skorzystać z prysznica.
Pevek powstał w latach 30-tych XX wieku, początkowo jako sowiecka faktoria handlowa, potem po odkryciu złóż ołowiu, złota i uranu zaczęto go postrzegać jako region przemysłowej eksploatacji tych surowców i przyszły port na północnej drodze morskiej. Zapadły odpowiednie decyzje i w ślad za nimi w latach 40-tych podjęto budowę całej infrastruktury. W okresie rozkwitu w rejonie Czauńskim, którego stolicą jest Pevek zamieszkiwało 30 tysięcy ludzi, w samym mieście zaś 17 tysięcy. Obecnie wszystkie wioski, w których prowadzono wydobycie, zostały zamknięte. Oprócz Peveka, zamieszkanego przez 3 tys. ludzi, istnieją tylko trzy miejscowości - nacjonalne sioła, zamieszkane przez rdzenną ludność - Czukczów.

 

P A T R O N A T
serwisu Podróżnik.NET
 
tibetoverbike.com :: high mountain bike eXpedition

Wyprawa Rowerowa - South America Expedition

 

Z A G Ł O S U J
TopLista - Wyprawy Rowerowe

Dotychczasowe publikacje:

Tutaj wokół były obozy
Od lat 30-tych do 50-tych na terenie Rejonu Czauńskiego działał Dalstroj, który siłami więźniów politycznych, trzymanych w obozach i zmuszanych do pracy rozwijał cywilizację. Więźniowie budowali port morski, magazyny, domy mieszkalne, wreszcie zakłady górnicze i fabryki wzbogacania rud metali. W rejonie panowała dwuwładza: gospodarka funkcjonowała w strukturze Dalstroju, administracja formalnie podporządkowana była partii komunistycznej, a w rzeczywistości kierownictwu Dalstroju, który objął kontrolę praktycznie nad wszystkimi sferami życia. Terytorialnie strefa wpływów Dalstroju zajmowała cały Obwód Magadański, w skład którego wchodziła Czukotka.

Więźniów politycznych przywożono do Peveka statkami i samolotami. Początkowo spali w brezentowych namiotach, dopóki nie wybudowali sobie obozu. Skazani na wieloletnie wyroki, jeśli przeżyli koszmarne warunki pracy i nieludzkie traktowanie przez straż obozową, po odbyciu kary odzyskiwali wolność ale bez prawa opuszczenia Czukotki. osoby takie dopiero po wielu latach od zakończenia odbywania kary, mogły ubiegać się o pozwolenie wyjazdu do "kontynentalnej" części Rosji (jak mówią Rosjanie na matierik).
W jednej z wiosek, gdzie więźniowie wydobywali uran, żółty promieniotwórczy piasek ładowali łopatami do beczek i zwykłymi samochodami przewozili do fabryki wzbogacania. Pracowali bez strojów ochronnych. Ilu ludzi zginęło, o tym na razie archiwa milczą.
Tutejsze drogi zbudowano na kościach więźniów. Droga, która wiedzie do nadmorskiej wsi Valkumiej w latach 70-tych niejednokrotnie odsłaniała swoją ponurą tajemnicę podmywana przez wody oceanu. Ludzkie kości padały wprost do morza...



Spotkałem kobietę, której rodzinę bezpośrednio dotknęła obozowa machina. Jej wuj zaginął w latach 60-tych. Początkowo bliscy myśleli, że dokądś wyjechał, lecz kiedy przez dziesięciolecia nie dawał znaku życia, zrozumieli, że pewnie został osadzony w obozie. W 1992 roku wysłali zapytanie o los wuja do instytutu Memoriał i po dwóch latach otrzymali odpowiedź, że mężczyzna o podanym imieniu i nazwisku przebywał w obozie w Obwodzie Magadańskim, w Czauńskim Rejonie, czyli całkiem blisko domu. Memoriał podał nawet numer obozu, lecz ponieważ dane o rozmieszczeniu zon są tajne, nie można było ustalić lokalizacji. Kobieta pojechała ze swoimi bliskimi na teren jednej z zon, gdzie - jak wiedziała - zachował się niewielki cmentarz więźniów. O miejscu spoczynku mówiły tylko małe paliki z przybitymi do nich dekielkami od konserw, na których wyryto numery więźniów...
- Pojechaliśmy tam, narwaliśmy kwiatów, pomodliliśmy się za tych ludzi. Przecież powinien ktoś o nich pamiętać...
Ponieważ w Rejonie Czauńskim, oprócz ołowiu, wydobywano złoto i uran, archiwa obozowe nadal pozostają utajnione. Obozy były tam zamykane w latach 50-tych i 60-tych. Odwiedzanie już nieczynnych zon było surowo zabronione, dlatego wiele obiektów istniejącej tam infrastruktury, wystawione wprawdzie na działanie surowych warunków klimatycznych, zachowało się po dzień dzisiejszy. Inne były demontowane na materiały budowlane przez płukaczy złota, działających w całej okolicy. O obozach pracy pozwolono głośno mówić dopiero w latach 90-tych.

Zapragnęliśmy odwiedzić jedną z zon. Pojechaliśmy taksówką w tundrę kilkadziesiąt kilometrów od Peveka, gdzie zachowały się pozostałości obozowych baraków. Na środku kompletnego pustkowia zastaliśmy szereg kamiennych domów otoczonych resztkami ogrodzenia z drutu kolczastego. Dachy budynków zapadły się do wnętrza, na niektórych murach widoczne były ślady pożaru. Nieco dalej od głównego zgrupowania domów, za podwójnym ogrodzeniem stały resztki dwóch dwuizbowych baraków. Znajdował się w nich prawdopodobnie karcer. Cele były niskie, tak, że przetrzymywana w nich osoba średniego wzrostu nie mogła stanąć w pozycji wyprostowanej. Wyjście zagradzały stalowe drzwi z solidną kratą. Wewnątrz celi stało żelazne łóżko i leżał kawał blachy, stanowiącej zapewne część systemu grzewczego. Blachę stawiało się onegdaj przy piecu, zrobionym z beczki po ropie i służyła jako promiennik ciepła - nagrzana oddawała ciepło.
Spojrzałem przez wąskie zakratowane okienko na pustą pagórkowatą przestrzeń, porośniętą żółknącą jesienną tundrą. Oprócz kraty w oknie, widok przesłaniało podwójne ogrodzenie z drutu kolczastego. Kilkadziesiąt lat temu stał tutaj jakiś więzień i patrzył w bezkresną dal. Patrzył i w całej beznadziei swojego nędznego położenia, nie wierzył już, że gdzieś tam, tysiące kilometrów stąd istnieje normalny świat, który znał z dzieciństwa, bez zimna, głodu i nienawistnych wrzasków strażników - recydywistów.
Poczułem, że nie chcę być tu ani chwili dłużej.

Zobaczyć Pevek ...i szybko stamtąd wyjechać
Pevek jest brzydkim i mało przyjaznym miejscem; kilka dni to wystarczający czas na zwiedzenie jego okolic. Wprawdzie mieszkańcy, których spotykaliśmy codziennie, byli ludźmi życzliwymi i niezwykle otwartymi, ale cała sceneria miasta z jego milczącymi blokami, między którymi przemykały się czasem pojedyncze osoby, rurociągami poprowadzonymi na powierzchni, kamienistym gruntem i zamglonym oceanem, wpędzała nas w depresyjny nastrój. Widać, że w ostatnim czasie władze zaczęły się starać o podniesienie miasta z upadku: wyremontowano szereg budynków, wybudowano centrum kulturalno-rozrywkowe, zorganizowano place zabaw dla najmłodszych. Jednakże z rozmowy z pewnym nastolatkiem wiem, że jedynym pragnieniem większości młodych pozostaje wyrwanie się do centrum lub na południe kraju, gdzie życie jest ciekawsze, tańsze i jest o wiele więcej możliwości.



Na budynku domu kultury Iceberg natknęliśmy się na ogłoszenie, że w najbliższą niedzielę 27 sierpnia odbędzie się festyn z okazji otwarcia nawigacji w Peveku. Nawet miejscowi, zagadnięci przez nas w sklepie, nie bardzo rozumieli ideę tego święta, ponieważ pierwszy statek przybył tu w asyście lodołamacza już w czerwcu, ale na imprezę przyszli. W pompowanej kolorowej muszli koncertowej, przed którą stała nieliczna publiczność, młode dziewczyny fałszywymi głosami wykonywały hity rosyjskiego popu. Przed straganem rozłożonym obok stała długa kolejka chętnych do zakupu piwa i szaszłyka.
Po koncercie odbywały się konkursy. Na scenę zapraszano mężczyzn, którzy chcieliby uczestniczyć w siłowaniu się na rękę. Zwycięzca otrzymywał dwulitrową butlę piwa. W innej konkurencji trzej panowie mieli zdjąć koszulki i założyć te, przygotowane przez organizatora, sklejone krochmalem. "Pierwsze torsy Peveka", jak nazwała panów prowadząca - zmagały się z rozklejeniem swoich koszulek, zaś publiczność dopingowała głośno swoich pupili. Pierwszy zgarnął z błyskiem w oku dwulitrowe piwo, pozostali zaś, nagrody pocieszenia - środki do nawilżania ciała.
Tutejsze warunki pracy tworzą klimat nie do przekazania jeśli sam nie spróbujesz

Podczas wycieczki autostopowej w okolice Peveka, Loszka, kierowca z którym jechaliśmy, opowiedział nieco o warunkach pracy na Północy. Już pięć lat przyjeżdża z Yekatierinburga na Uralu, do Peveka, na półroczne kontrakty. Dotychczas pracował w sezonach zimowych, podczas których woził zaopatrzenie w głąb tundry do powstającej właśnie kopalni złota Rudnik Kupol'. Tutaj jest zupełnie inaczej niż w Europie, temperatura zimą spada do minus 45 stopni. Dystans 418 km, jaki mam do przejechania wioząc olej napędowy z Peveka do Kupola, pokonuję zimą najszybciej przez 3 doby. Najdłuższy rejs trwał 15 dni, z czego 9 dni nasza kolumna aut stała w purdze (śnieżnej zamieci). Silniki w ciężarówkach pracują na okrągło, ponieważ po wyłączeniu nie uda się już ponownie uruchomić auta. Nawet po kilkugodzinnym postoju z włączonym motorem trudno jest rozpocząć jazdę, gdyż olej tężeje i auto nie może ruszyć. Kabina w moim dwudziestoletnim Uralu jest specjalnie ocieplona podwójną warstwą wojłoku. Wewnątrz mam zainstalowane dwa duże radiatory olejowe, jeden za plecami, drugi pod siedzeniem, które nagrzewają się do 80 stopni Celsjusza. Na zewnątrz jest minus 45 a w kabinie Taszkient! W ciągu jednego pełnego kursu z Peveka do Kupola i z powrotem auto spala tonę paliwa!

Przełęcze przez które prowadzi droga, są często zawiewane śniegiem. Chociaż co 30 km dyżurują buldożery, których zadaniem jest udzielenie pomocy uwięzionym w śniegu kierowcom, ci często sami przebijją się mozolnie na przód. Kiedyś trafiliśmy na zasypany kilkudziesięciometrowy odcinek trasy. Śniegu nawiało z półtora metra! Co było robić, wzięliśmy łopaty i dalej odkopywać drogę. Robiliśmy 10 metrów ciągu trzech godzin. Przecież nie będziesz czekać na buldożer, bo kiedy on przyjedzie!? Jesteś zdany na siebie!
Zimą za Kołem Polarnym przez trzy miesiące, od listopada do stycznia, panuje polarna noc; jeździ się ze stale włączonymi światłami.
Kiedy pada śnieg czujesz się tak, jakbyś na kontynencie jechał przez straszny las. Przed tobą ubite kołami koleiny, po bokach ciemna ściana, mijasz słupki z odblaskami - orientujemy sie właśnie po tych słupkach: z prawej czerwony, z lewej niebieski. Jedziemy ze średnią prędkością 20 km/godz. Na nierównościach drogi, przy większej prędkości, można połamać resory, gdyż stal w tak niskich temperaturach staje się krucha. Lepiej zanadto się nie rozpędzać, bo na naczepie znajduje się cysterna z 14 m3 paliwa, którą musimy dowieźć na miejsce. A zapłatę otrzymujemy od ilości wykonanych rejsów i tonażu przewiezionego ładunku.

Tak więc zmagasz się, a co robić... Tutejsze warunki pracy tworzą klimat nie do przekazania jeśli sam nie spróbujesz...

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13
 
© 2006 podróżnik.net statystyki www stat.pl