Afryka
Informacje praktyczne
 
Galeria z Lesotho
Galeria z Suazi
Galeria
z Zimbabwe
Galeria
z Botswany

 

 
  
Grzesiek
na Czarnym lądzie
 
Grzegorz Lewocki
 
Hong Kong,
Macau, Filipiny
 
Grzegorz Lewocki
 
Maroko 2002 
Grzegorz Lewocki
 
Lądem
do Kambodży
 
Grzegorz Lewocki
 
32 dni
w Indochinach
 
Grzegorz Lewocki
 
Ukraina - śladami polskich warowni 
Grzegorz Lewocki
 
Samochodem
na Krym
 
Grzegorz Lewocki
 
Włoskie wakacje 
Grzegorz Lewocki
 
Kanał Ostródzko-Elbląski 
Grzegorz Lewocki
 

 
Grzegorz Lewocki
Grzesiek na Czarnym lądzie
Republika Południowej Afryki, Lesotho, Swaziland, Zimbabwe, Botswana
listopad - grudzień 2002r.

Fot. Grzegorz Lewocki

 

Podróż tą odbyłem na przełomie listopada i grudnia 2002r. Pomysł na wyprawę do Afryki Południowej zrodził się w głowach kolegów ze stowarzyszenia astronomicznego "Solaris" z siedzibą we Wrocławiu. Celem jej miała być obserwacja pełnego zaćmienia słońca 4 grudnia 2002 r.

Do wzięcia udziału w tej ekspedycji zaprosił mnie Rysio Czajkowski - autor programu telewizyjnego w TV1 "Przez Lądy i Morza", którego poznałem w Indiach w 1998r. Razem z Nim i w konsultacji z członkami Solaris ustaliliśmy wstępny plan tej podróży, który w trakcie jej trwania często był jednak modyfikowany.

Uczestnikami w poszczególnych etapach byli Rysio, Tomek I - kierownik "Solaris", Tomek II, Maciek, Jendrzej i ja. Najtańsze połączenie lotnicze do Johanesburga znaleźliśmy z Berlina przez Madryt za 541 $USD i z niego to skorzystaliśmy (bilety kupiliśmy już w lipcu).

 

Warszawa-Berlin - Madryt
Dzień 1
Obawiając się, iż jakieś zdarzenie losowe pokrzyżuję nam terminowe dotarcie na lotnisko wyjeżdżamy wcześnie i przybywamy na Dworzec Berlin Zoo już na godzinę 13.00. Zostawiamy bagaże w przechowalni (2,05 Euro - 24 godziny) i idziemy na spacer w stronę Bramy Brandenburskiej. O 17.00 jesteśmy już na lotnisku na które dojeżdżamy autobusem "X9" za 2,1Euro. Poznajemy tutaj czterech pozostałych członków naszej wyprawy. O 19.25 wylatujemy do Madrytu. Samolot z Madrytu do Johanesburga startuje z 2,5 godzinnym opóźnieniem. Nie jesteśmy tym zachwyceni. Dostajemy jednak na pocieszenie na koszt linii lotniczej po butelce wody i po suchej kanapce lub ciastku. Lot mija spokojnie.

Republika Południowej Afryki (Johansburg) - Lesotho (Meseru)
Dzień 2
Republika Południowej Afryki wita nas upałem. Mamy zapowiedz tego, co nas czeka przez najbliższe tygodnie. Wymieniamy pieniądze i zaczynamy naszą afrykańską przygodę. Przy wymianie waluty pobierana jest prowizja 1,5-2% od wymienianej sumy + 10 Randów opłata administracyjna (1$-9.25 Randa).

Na lotnisku w Johanesburga znalezienie taniego transportu do miasta nie jest łatwe. W końcu udaje się nam wynegocjować sumę 210 Randów za około 20 kilometrowy odcinek do centrum. Ściśnięci, z plecakami na kolanach, zablokowanymi od środka drzwiami i bagażnikiem (mam w pamięci opowieść Tomka I o stracie plecaka w czasie postoju na światłach ulicznych w podobnych okolicznościach w Zambii rok wcześniej), jedziemy do "Park Station" tj. do głównego dworca autobusowo-kolejowego Johanesburga.

Johanesburg kojarzy się nam niezbyt miło! Opowieści posłyszane jeszcze w kraju o morderstwach, napadach i gwałtach w biały dzień, krążą w naszej podświadomości, ale uważamy, że coś takiego, akurat nam się nie przydarzy, więc poruszamy się pewnie po tym niebezpiecznym rejonie. Po dotarciu na dworzec zostawiam chłopaków z bagażami w hali dworcowej i wyruszam z Tomkiem I w poszukiwaniu transportu do Meseru, stolicy Lesotho. Zła opinia o stolicy RPA sprawdza się już pierwszego dnia pobytu. Zostajemy napadnięci na pełnej ludzi ulicy, przez kilku czarnoskórych (około 5-ciu). Tomek ma na szyi saszetkę z dokumentami i próbują mu ją odciąć. Szarpiąc się z nimi na ulicy pełnej ludzi udało się nam jakoś wyswobodzić. Tomek został zraniony powierzchownie w rękę nożem, ale na nasze szczęście to była jedyna pamiątka!? Napastnicy nawet nie uciekają. Spokojnie odchodzą sobie, nikt nie reaguje. Wyrywam od razu z dziurawego chodnika dwie kostki brukowe i tak uzbrojeni wracamy do chłopaków wzbudzając sensację u policjantów stojących 50 metrów dalej. Są zdziwieni, gdy zdajemy im relacje z tego, co zaszło. Po powrocie do chłopaków Tomek I przemywa sobie zadraśniętą rękę, a ja z Tomkiem II idę w dalsze poszukiwania transportu.

Kostki brukowe przydają nam się, ponieważ wzbudziły zainteresowanie pewnej hinduski o imieniu Razi, która słysząc naszą opowieść o napadzie, pomaga nam znaleźć busa jadącego do Meseru. Rejsowy transport kosztuję 85R za 1 osobę. Ponieważ jeden z kierowców miał zamiar jechał do brata w Bloemfontein zgodził się nas wszystkich zabrać i najpierw odstawić do granicy z Lesotho. Zapłaciliśmy mu w 6 osób 600R za ten kurs. Docieramy na granicę po sześciu godzinach jazdy 16.30 - 23.30.

Oficer emigracyjny wbił mi pieczątkę wjazdową, ale już za chwilę dopatrzył się, że Polacy muszą mieć jednak wizy do Lesotho. Dostajemy więc pieczątki tymczasowego wjazdu z obowiązkiem zgłoszenia się do Departamentu Emigracyjnego w Meseru następnego dnia. Z przejścia granicznego już po północy za 10R od osoby dwoma taksówkami jedziemy do "Anglican Centre", gdzie za 25R od osoby rozbijamy namioty na placu między domkami. Miejsce w domku 50 R. Kładziemy się spać po 2.00.

Meseru - Maleale
Dzień 3
Wstajemy przed 9.00. Jemy śniadanie i idziemy do Urzędu Emigracyjnego. Wiza jednokrotna kosztuje 300R. Uprawnia do 90 dni pobytu w Lesotho. Pod względem bezpieczeństwa Meseru jest bezpieczniejsze i nie czujemy się tu tak niepewnie, jak w Johanesburgu. Internet 20R - 1godzina. Po 4 godzinach oczekiwania dostajemy wizy. Chłopaki w tym czasie, gdy ja czekam na paszporty załatwiają transport do wioski Malealea. W wiosce tej jest hotel (lodge), którego właściciele organizują konne wycieczki w góry. Za dwu godzinny dojazd do Malealea Lodge płacimy 240R. Kamping na terenie ośrodka kosztuje 35R od osoby. Dzień tzw. "pony trekking" to wydatek 160R. Dwudniowy trekking z noclegiem dla grupy powyżej 3 osób to wydatek 355R (160R + 160R + 35 R nocleg w chacie na materacach) i my tę opcję wybieramy. Trzy dni kosztują 550R. Wyżywienie we własnym zakresie. Wieczorem dostaję od chłopaków pierwszą lekcję astronomii. Jutro ruszamy!

Malealea - Pony Trekking
Dzień 4
Po 7.00 wstajemy, zostawiamy duże plecaki w domu właściciela i tylko z małymi zapewnionymi przez organizatorów, w których mamy rzeczy na dwa dni i jedzenie o 9.00 zaczynamy naszą przygodę z końmi. Dostajemy dwóch przewodników i dwa juczne konie do dźwigania naszych plecaków. Przez pierwszą godzinę drogi oswajamy się z naszymi wierzchowcami, które nie są nam za bardzo posłuszne. W upale przemierzamy równiny, kaniony, rzeki, do których zejście jest po tak stromych ścieżkach, że czasami aż patrzymy tylko na siebie z lękiem w oczach. Na szczęście nasze konie są dobrze wyszkolone i wędrowały już wielokrotni tymi drogami, wiec nie ma obawy, nic nam nie grozi. Zatrzymujemy się czasem w napotkanych wioskowych sklepach na łyk zimnej coca - coli lub piwka, co nam się bardzo podoba ze względu na duże pragnienie i na odmianę po pitej cały czas wodzie. W przepięknej scenerii górskiej robimy częste postoje na sesje fotograficzne - jest niesamowicie, szczególnie widoki z podjazdów na szczyty i z przełęczy między nimi (GPS pokazuję nam na jednej z przełęczy 2400m n.p.m.).

Czasami mamy jednak już dość tej przygody z końmi ze względu na silnie operujące słońce i ból pośladków. Pod koniec dnia cieszymy się bardzo, że na końskim grzbiecie czeka nas jeszcze tylko jeden dzień, ale i żałujemy, że te śliczne scenerię będziemy mogli oglądać tylko jeszcze jutro. Przed wieczorem docieramy do chatki, w której na rozłożonych na ziemi materacach spędzamy noc. Idziemy jeszcze na spacer z miejscowym przewodnikiem do położonego niedaleko wodospadu, a potem spać.

Malealea - Pony Trekking
Dzień 5
Rano po godzinie 9.00 ruszamy w drogę powrotną, ale inną trasą niż przybyliśmy. Około godziny 15.00 z ulgą docieramy do ośrodka. Przez dwa dnie przemierzyliśmy kilkanaście kilometrów na końskim grzbiecie. Mój koń spisywał się dzielnie, chociaż musiał dźwigać ponad 90 kilogramów. Cieszymy się, że nie wykupiliśmy opcji trzy dniowej, bo nasze pośladki, kości i spalona słońcem skóra nie wytrzymałaby tego.

Rada dla osób pragnących pójść w nasze ślady - na taką wyprawę koniecznie bluzka z długim rękawem, długie spodnie i kremy od słońca z dużym filtrem!
Wieczorem masujemy obolałe kości i popijamy piwko.

Malealea - Meseru - Durban (RPA)
Dzień 6
Wstajemy późnym rankiem. Organizujemy busa do Meseru (35 R 1 osoba) i po godzinie 14.00 jesteśmy na miejscu. Próbujemy znaleźć transport do Sodwana Bay w RPA. Udaje się nam znaleźć nocny bus do Durbanu za 150R od osoby. Mamy jechać w szóstkę, ale okazuje się, że to nie takie proste i razem z nami jedzie jeszcze 7 osób. Mamy na szczęście przyczepkę na bagaże, a cała ekipa to kupcy, jadący do Durbanu na zakupy. W nocy trochę ciasno.

Durban - Richard Bay
Dzień 7
Przez towarzystwo handlarzy podróż nasza trochę się przeciąga, ponieważ o 7.00 mamy postój na podmiejskim bazarze. Wyjechaliśmy wczoraj o godzinie 20.00. W Durbanie pod Hotelem Hilton jesteśmy o godzinie 11.00. Zdziwienie obsługi hotelowej nie jest duże, ale gości hotelowych spore, kiedy to sześciu białych w nie najczystszych strojach z plecakami wychodzi z busa, a z przyczepki, wystaje sterta zakupionej przez handlarzy pościeli. Hilton jest naszym celem, ponieważ tutaj czwórka naszych kolegów z "Solaris" ma zarezerwowany samochód w wypożyczalni Hertz - Nissan Primera. Okazuję się to dużą wygodą. Celem naszym jest Sodwana Bay leżąca około 350 km na północ od Durbanu. Tomek I, Maciek i ja wyruszamy tam minibusem, reszta z plecakami samochodem. Mamy wielki problem z wyjazdem z Durbanu w godzinach popołudniowych. Udaję się nam znaleźć transport jednak tylko do miejscowości Richards Bay, która jest położona w połowie drogi do Sodwana Bay (koszt 70R 1 osoba). Tam zostajemy na noc w hotelu (180R za 3 osoby).

Richard Bay - Sodwana Bay
Dzień 8
Rano budzi na stukanie do drzwi. To Tomek II przyjechał po nas do hotelu. Przydają nam się w tym wypadku nasze telefony komórkowe, dzięki którym za pomocą sms porozumiewamy się co do miejsca i terminu spotkania. Popołudnie spędzamy na plaży. Wstęp do Parku Narodowego jakim jest Sodwana Bay 20R, nocleg na kampingu 45R pierwsza noc, każda kolejna 40R.

Sodwana Bay
Dzień 9
W Sodwana Bay mamy nurkować, kąpać się i podziwiać rafę koralową, jednakże oprócz kąpieli nie jest nam to dane ze względu na chmury i wysoką falę. Odpoczywamy tu jednak, po trudach jazdy konnej i długiej podróży z Durbanu. Kurs nurkowania 650R.

Sodwana Bay - Golale (Swaziland) - Matata - Manzini - Mbabane
Dzień 10
Nasze drogi z chłopakami z Solaris tutaj się rozchodzą. Oni mają w planach RPA, a Rysio i ja wyruszamy do Swazilandu. Tomek I z Tomkim II podwożą nas 130km do granicy w Golale, dzięki czemu zaoszczędzamy dużo trudu i czasu jaki byśmy musieli poświecić na dotarcie w te bardzo źle skomunikowane miejsce z Sodwana Bay. Na granicy dajemy paszporty, wbijają nam pieczątki i już jesteśmy po drugiej stronie. O wizie nic nie wspominają. My też nic się nie pytamy, a z Rysiem rozmawiam po angielsku. Z granicy po dwóch przesiadkach docieramy do stolicy Królestwa Swaziland Mbabane. Zamieszkujemy w Chillage na Mission Street. Miejsce to jest źle zaznaczone w przewodniku Lonely Planet. Trzeba iść jeszcze 400 metrów, aby tam dotrzeć (schodząc ze wzgórza po prawej stronie). Obecnym właścicielem jest Niemiec Stefan. Historia jego życia jest bardzo barwna Jest niesamowicie miły, miejsce to będzie miało zmienioną nazwę i będzie nazywać się "FLYING RHINO". E-mail do Stefana swronny@yahoo.de Dormitorium kosztuję 50R, kamping 35R. W stolicy Suazi Mbabane spędzamy 4 dni.

Mbabane - Swazi Cultural Village - Lomombo - Mbabane
Dzień 11
Dzisiaj pobudka o godzinie 9.00. Zjadamy śniadanie i idziemy na dworzec autobusowy. Jedziemy do tzw. "Swazi cultural village", gdzie jest murzyńska wioska dla turystów. Dwa razy dziennie odbywają się pokazy tańców afrykańskich ze śpiewami. Bardzo barwne i ciekawe. Nie ma tam jednak bezpośredniego transportu, a od głównej drogi jest kilka kilometrów. Udaję się tam nam dojechać z głównej drogi w dwie strony autostopem z tym samym białym, który buduję nieopodal wioski hotelik. Wstęp, około 4$, ale że przekraczamy z nim granice wioski to nikt się o bilet nas nie pyta. Kolejnym miejscem po zwiedzeniu wioski, jakie odwiedzamy jest parlament i biuro królewskie, do którego trafiamy w porze obiadowej. Urzędnicy porozkładali się na kanapach w klimatyzowanych pomieszczeniach i śpią. Nic interesującego.

Mbabane - rysunki naskalne - Piks Peak - Mbabane
Dzień 12
Po obejrzeniu w dniu wczorajszym turystycznej wioski wybieramy się dzisiaj na poszukiwanie wioski, ale takiej bardzo autentycznej. Jadąc w kierunku Piks Peak wysiadamy koło jeziora. Przejeżdżamy kilka kilometrów autostopem i za tamą wysiadamy, widząc w oddali chaty. Odwiedzamy dwie wioski, mieszkańcy nastawieni są przyjaźnie. Chaty są zbudowane z gałęzi i gliny, brak prądu, a woda jest przynoszona z pobliskiego strumienia. Żałosny widok przedstawiają psy wioskowe, które są bardzo chude. Z jednym z wioskowych chłopców idziemy oglądać naskalne malowidła buszmeńskie. Obok malowideł jeden z towarzyszących nam psów zostaje zaatakowany przez węża, ale na szczęście nie mu nie jest. Wędrówka zajmuje nam kilka godzin. W drodze powrotnej zażywamy kąpieli w górskiej rzece.

Wracamy strasznie wyczerpani całodzienną włóczęga. W drodze powrotnej ledwie poruszamy nogami i patrzymy na oczy, a pragnienie mamy takie, że gdy docieramy do sklepu w Piks Peak, bo tam musieliśmy najpierw dojechać, a potem dopiero wrócić do Mbabane, wypijamy chyba skrzynkę napoi.

Internet w Mbabane kosztuje 20R za 1 godz. Ja jako nowy członek klubu internetowego wykupuję w cenie promocyjnej 12 godzin za 20R.

Mbabane
Dzień 13
Po wczorajszej wędrówce cały dzisiejszy dzień wypoczywamy. Spędzamy go z Rysiem w kafejce internetowej, a trochę włócząc się po mieście. Spotkamy parę Holendrów, którzy mieszkają i pracują w Warszawie. Wieczór spędzamy wspólnie w kawiarni..

Mbabane - Johanesburg (RPA
Dzień 14
Bardzo chcemy pojechać do Parku Krugera, ale ponieważ w naszych planach mamy również kilka innych parków, postanawiamy ominąć tę atrakcje i ruszamy dalej w kierunku naszego kolejnego celu - Wielkiego Zimbabwe w Zimbabwe. Najszybszy transport publiczny prowadzi, przez nie najmilszy dla nas Johanesburg. Drogę z Mbabane do Johanesburga pokonujemy w 5,5 godziny (od 8.00 do 13.30). Na Park Station w Johanesburgu ku naszej wielkiej radości od razu znajdujemy transport do Masvingo w Zimbabwe. Wyruszamy o 14.00. Na granicy w Beitbridge jesteśmy około godziny 24.00. Wykupujemy jednokrotną wizę za 30 USD i po chwili jesteśmy w Zimbabwe.

Johanesburg (RPA) - Masvingo (Zimbabwe) - Wielkie Zimbabwe
Dzień 15
Rankiem o godzinie 5.30 dojeżdżamy do Masvingo. Brak benzyny, pieczywa, napojów, dewaluacja dolara Zimbabwe, a tak poza tym wszystko w normie. Cena 1$ USA od 800 do 1500 dolarów Zimbabwe ($Z). Za 100 Randów RPA można otrzymać 11000$Z. Nam podczas całego pobytu najlepiej udaje się zamienić dolary USA po 1200$Z. W stolicy Zimbabwe Harare można podobno wymienić dolary USA po 1500$Z. Ceny zmieniają się z dnia na dzień i to w zależności od regionu kraju.

Z dworca autobusowego w Masvingo jedziemy do Wielkiego Zimbabwe za 200$Z. Aby dotrzeć do wejścia musimy przespacerować się jeszcze z plecakami jeden do dwóch kilometrów. Rozbijamy namiot na kempingu za 500Z$ od osoby. Wstęp do Wielkiego Zimbabwe 2000 $Z 1 osoba. Obok na polu namiotowym we wspaniałej przyczepie kempingowej wypoczywa para niemieckich turystów z RPA, która zaprasza nas na śniadanie. Po długiej podróży z Johanesburga szczerze nas to ucieszyło. Tego dnia pod Wielkim Zimbabwe odbywa się spotkanie wiceprezydenta Zimbabwe z zasłużonymi działaczami rządzącej partii i policji. Chociaż nie jestem w stroju oficjalnym jak inni goście, bez żadnych problemów próbuję kurczaków serwowanych przez rządowych kucharzy, prowadząc rozmowę z jednym z zaproszonych gości. Rysio w tym czasie, dogłębnie eksploruje ruiny. Po powrocie na kemping niespodzianka, okazuję się, że nasza bielizna i ręczniki, które się suszyło koło namiotów zostały skradzione. Śmiejąc się zastanawiamy, jak miejscowe małpy, bo to one były tymi złodziejaszkami będą się prezentowały w naszej bieliźnie i ręcznikach. Mamy z nimi jeszcze do czynienia podczas kolacji, kiedy to jedna z nich w ułamku sekundy wskakuję na stół i kradnie chleb.

Wielkie Zimbabwe - Masvingo - Wielkie Zimbabwe
Dzień 16
Dzisiaj wstajemy przed świtem, aby obejrzeć wschód słońca w murach Wielkim Zimbabwe. Wyruszam potem do Masvingo na wycieczkę. Rysio zostaje na kempingu. Odwiedzam urząd pocztowy, kafejkę internetową, chodzę po mieście, oglądam rynek i bijatykę mężczyzn, którzy próbowali bez czekania na swoja kolej dostać mąką kukurydzianą, z której robi się najbardziej popularne pożywienie, a mianowicie placki. Po południu wracam na kamping z butelką wina, którą wypijamy wieczorem, dla uczczenia naszej wizyty w tak pięknym miejscu. Pod Wielkim Zimbabwe na głównej drodze jest mnóstwo kramów z pamiątkami z kamienia, piękne, aczkolwiek ciężkie, ale warto rzucić okiem, może znajdziecie tam cos dla siebie. Ja np. kupiłem kamienne szachy za 8$USA.

Wielkie Zimbabwe - Masvingo - Bulawayo
Dzień 17
Rankiem prawie z kempingu jedziemy autostopem z białym przedstawicielem działającej w Zimbabwe sieci komórkowej na dworzec autobusowy w Masvingo. Stamtąd po około 4 godzinach jazdy docieramy do Bulawayo. Autobusem, jakim podróżujemy jedzie mnóstwo ludzi. Jest straszny tłok i ścisk. Autobus taki przez białych mieszkańców Zimbabwe ochrzczony został jako "chicken bus". Bulawayo jest naszym miejscem wypadowym do Ruin Khami i Parku Matopo.

Mamy problem ze znalezieniem noclegu, ale w końcu się udaje się za 5 $USD - 1 osoba w Lily's Lodge (3 Masefield Road, w dzielnicy Malindela tel. 245356). Po odświeżeniu się wyruszamy pieszo do głównej drogi, aby w ten upalny dzień złapać jakiś transport do centrum. Nie opuszcza nas szczęście. Zostajemy podwiezieni do centrum przez Sindy, białą obywatelkę Zimbabwe. Proponuje nam ona ponad to, abyśmy następnego dnia wraz z Nią, Jej rodziną i przyjaciółmi wybrali się do Plumtree, gdzie będzie przebiegał linia całkowitego zaćmienia słońca, które wcześniej mieliśmy w planach oglądać razem z kolegami z "Solaris" w okolicach Parku Krugera. Propozycja Sindy jest nam bardzo na rękę toteż umawiamy się na jutro. Sindy zostawia nas w centrum. Sprawdzamy w agencjach turystycznych ceny safari w Parku Matopo, w informacji turystycznej dostajemy ulotki o jutrzejszym zaćmieniu słońca, tam też kupuję koszulką z zaćmienia (cena 3500$Z). Idziemy następnie na poszukiwanie chleba, który jest towarem deficytowym. Udaję się nam kupić tylko małe bułeczki. Zaczyna robić się ciemno i nieprzyjemnie. Zagadujemy jakiegoś kierowcę i za koszt paliwa (400$Z) podwozi nas w pobliże hotelu.

Bulawayo - Plumtree - Bulawayo - Ruiny Khani - Bulawayo
Dzień 18
Wstajemy o 4.15. O 4.45 jesteśmy pod bramą domu Sindy. Wyruszamy na 3 samochody. W naszym jedzie Sindy z mężem, ich 4 dzieci i 4 studentów z USA i Finlandii, którzy są tu na stażu, a w dwu samochodach Land Rover dwa małżeństwa z Harare. Do Plumtree dojeżdżamy przed 7.00. Zjadamy pyszne śniadanie przygotowane przez Sindy i obserwujemy zaćmienie. Trwa od 7.08.42 do 8.14.45 z czego pełne od 8.13.34 do 8.14.12 tj. 77 sekund. Obserwuję zaćmienie po raz pierwszy. Niesamowite wrażenie. Nagle robi się cicho, ptaki przestają śpiewać, potem prawie ciemno jak w nocy, wieje wiatr, aż ciarki mnie przechodzą. Na godzinę 11.00 wracamy do hotelu. Jedziemy do centrum, wykupujemy w agencji turystycznej za 50 dolarów USA (lunch wliczony) od osoby safari na dzień jutrzejszy do Parku Matopo i pieszo idziemy na dworzec autobusowy. Nie możemy znaleźć autobusu do Ruin Khani oddalonych około 25 kilometrów od Bulawayo. Wynajmujemy więc taksówkę w dwie strony za 6000$Z. Wstęp do ruin 400$Z.

Khami powstało w tym samym okresie, co Wielkie Zimbabwe. Kto jednak widział już Wielki Zimbabwe, nie ma się tutaj czym zachwycać, oprócz oglądania kamieni, które w wyniku erozji nabrały ciekawych kształtów. W drodze powrotnej robimy małe zakupy w dużym supermarkecie, kupujemy bilety kolejowe na następny dzień do Victoria Falls i przed wieczorem jesteśmy już w hotelu. Zasypiamy szybko, bo poranna pobudka daję znać o sobie.

Bulawayo - Park Matopo - Victoria Falls
Dzień 19
Wstajemy przed 8.00. O 8.45 przyjeżdża po nas kierowca i jedziemy do Parku Matopo. Zabieramy plecaki ze sobą, bo kierowca po safari ma nas zostawić na dworcu kolejowym. W parku mamy rzadką okazję podejść do białych nosorożców na odległość kilku metrów i podziwiać je w naturalnym środowisku. Oglądamy również żyrafy, zebry, hipopotamy oraz podziwiamy wspaniałe formacje skalne powstałe tak jak te w Khani w skutek erozji, ale tu o wiele większe i piękniejsze. Podziwiamy również piękno Afryki ze wzgórza, z którego oglądał ją snując swoje zjednoczeniowe plany Cecil Rhodos. Wieczorem wyruszamy sypialnym pociągiem w II klasie do Victoria Falls. Przedział 4 osobowy, bardzo wygodny. Podróż upływa nam bardzo szybko i rankiem wypoczęci witamy miasto z odkrytym przez Livingstona wodospadem. Znajdujemy przy pomocy pośrednika (naganiacza) z dworca kolejowego nocleg za 5$ USA od osoby w hotelu oddalony od centrum około 1,5 kilometra.

Victoria Falls (dzień organizacyjno-wypoczynkowy)
Dzień 20
Za pośrednictwem poznanego wczoraj Davida (pośrednika - david23zw@yahoo.com) za 55$ USA od osoby wykupujemy rafting w "Safari Par Excellence". Cenę stargowaliśmy maksymalnie, ale nie tam tylko w innej agencji, która i tak zarobiła na pośrednictwie. Taką samą cenę mielibyśmy zapłacić w "Safari Par Excellence", ale kupując w poleconej przez Davida daliśmy mu zarobić. Cena tej przygody na oficjalnych ulotkach to 90 $ USA. Mamy tu przykład, że należy się targować. Wieczór spędzam w barze w centrum z poznaną w hotelu grupą czarnoskórych turystów z Harare.

Victoria Falls - wodospad
Dzień 21
Dzień dzisiejszy to spacer do Wodospadu Victorii. Wstęp do Wodospadu 20 $USA, płatne w dolarach USA, bez zniżek. Przychylni tubylcy proponują za sumę do 5 $USA od osoby wejście przez siatkę, którą albo podniosą do góry, albo rozsupłają specjalnie dla takiego śmiałka. Wodospad jest potężny i imponujący. W niektórych miejscach trzeba zabezpieczyć sprzęt fotograficzny, aby nie zamókł od oparów wodnych. Na ulicach w centrum Victoria Falls dużo osób proponuje wymianę pieniędzy po atrakcyjnej cenie, ale są to oszuści, którzy próbują na tzw. "podmiankę" oszukać naiwnych. Żeby się przekonać jak taka operacja przebiega udajemy, że chcemy wymienić 20$USA. Po przeliczeniu pieniędzy zwijają je w rulonik i zagadując nas podmieniają na rulonik z pociętymi papierami. Znając tę sztuczkę wyśmiewamy ich i odchodzimy.

Victoria Falls - rafting
Dzień 22
Dzisiejsza raftingowa przygoda to już moja trzecia z kolei po Ugandzie w 1999r. i Nepalu w 2000r. Na Zambezi, nie jestem więc już nowicjuszem tak jak większość uczestników. Tego dnia płynie sześć pontonów z różnych agencji, a zabezpiecza nas czterech kajakarzy. Skład narodowościowy to wyśmienicie wyszkolony sternik z Namibii, 2 dziewczyny, jedna z USA, druga z Irlandii, Anglik, no i my. Nasz ponton podczas tej niesamowitej przygody jako jedyny nie uległ wywrotce i tylko raz straciliśmy na rzecz rzeki jedną z towarzyszek. Słońce operuje mocno, nasza skóra przypomina kolor czerwony z końcem dnia. W połowie przygody jest przerwa na obiad serwowany na brzegu, jednak nie jest za duży, a napoje szybko się kończą. Na zakończenie czeka nas bardzo forsowny marsz pod górę kanionu. Jest ciężko, lecz na brzegu czekają na nas zimne napoje i piwo, które poprawia nasze samopoczucie. W czasie forsowania kolejnych progów jesteśmy uwieczniani na video. Wieczorem możemy podziwiać i wspominać naszą przygodę. Świetna pamiątka, lecz droga, ponieważ kaseta kosztuje 35 $USA lub 29500 $Z. Ponieważ nikt z naszego pontonu nie zadeklarował chęci kupna nabyliśmy ją z Rysiem za 15 $USA, umawiając się dyskretnie z operatorem.

Victoria Falls - Kasane (Botswana)
Dzień 23
Rankiem około dwa kilometry z hotelu do drogi prowadzącej do granicy podjeżdżamy autostopem. Czekamy około godziny na jakikolwiek transport. Wiza na granicy kosztuje 5$USA i płatne tylko w Pulach. Punktu wymiany niestety nie ma. Tymczasowo płaci za nas kierowca jeepa, który przyjechał specjalnie po nas, po telefonie recepcjonistki z hotelu w Victoria Falls. Kierowca jest z Chobe Safari Lodge w Kasane i tam się zatrzymujemy. Myślimy, że taki transport jest bezpłatny. Okazuje się jednak, iż taka przyjemność to wydatek 8 $USA od osoby. Nocleg na kampingu kosztuje 35P.

Kasane - Chobe National Park
Dzień 24
Do Kasane przyjechaliśmy, aby zwiedzić Park Narodowy Chobe. Wykupujemy "poranną jazdę" jeepem po parku za 90P oraz popołudniową wycieczkę po rzece za 70P. Wstęp do parku 70P i gdy tego samego dnia przekracza się granicę parku dwukrotnie, kupuje się tylko jeden bilet. W porównaniu z Parkiem Matopo w Zimbabwe, Park Chobe to raj zwierząt i zamieszkuje go ich tysiące. Widzimy marabuty, impale, słonie w wielkich stadach, krokodyle, hipopotamy, lwy, antylopy kudu, żyrafy, ibisy, orły i wiele innych, których nazw nie potrafię z angielskiego przetłumaczyć. Wieczorem obok naszego namiociku wyrasta kilka nowych. To grupa Anglików przemierzających Afryką Południową wielką ciężarówką dołącza do nas.

Kasane - Nata - Maun (Delta Okavango)
Dzień 25
Z Kasane skoro świt wyruszamy do Maun przez Nata. Naszym celem jest Delta Rzeki Okawango i Pustynia Kalahari. Zatrzymujemy się na kampingu w Audi Camp (cena 22P). Zamierzamy spędzić tutaj 3-4 dni. Okazuje się jednak, że ze względu na upały jest susza i sam właściciel Audi Camp, który organizuje wyprawy do Delty i na pustynię odradza nam wyjazd tam. Delta bowiem bardzo wyschła i żeby zobaczyć zwierzęta, które odeszły bardzo daleko w poszukiwaniu wody trzeba by było płynąć na kilka dni. Na Pustyni Kalahari natomiast panują straszne upały dochodzące do 45°C. Decydujemy się więc tylko na jednodniowy wyjazd do Delty. Na kampingu poznajemy Czecha z Pragi, który również w podobnych celach przyjechał w rejon Delty.

Maun (Delta Okavango)
Dzień 26
Rankiem w trójkę samochodem ciężarowym z napędem na wszystkie osie jedziemy w głąb Delty na tzw. "Mokoro Trip". Płyniemy wąskimi torami wodnymi pomiędzy szuwarami łódką wydrążoną z pnia drzewa, wyłożoną trzciną, popychaną drągiem przez sternika stojącego na jej tyle. Burta łódki jest dosłownie 5 cm nad taflą wody. Trzeba siedzieć sztywno, aby nie doprowadzić do kołysania i nabierania wody. Nie jest to przyjemne. Wysiadamy czasami z łódki, oglądamy termitiery i podchodzimy do hipopotamów, którym tylko oczy wystają ponad wodę. Straszny upał. Bolą mnie ponad to plecy od sztywnego siedzenia w łódce. Około 17.00 jesteśmy już na kampingu. Internet w Maun drogi 1 godzina 32 P. Jutro jedziemy do Gaborone.

Maun - Lethaka - Serowe - Gaborone
Dzień 27
Z Audi Camping wychodzimy przed 6.00. Jedziemy na dworzec autobusowy autostopem z ochroniarzami, którzy właśnie skończyli pracę. O 6.30 siedzimy już w autobusie do Lethaka. Z Lethaka jedziemy do Serowe, a stamtąd na 18.00 docieramy do Gaborone. Śpimy na kempingu za 30P od osoby.

Gaborone - Johanesburg - Vandrerbilpark
Dzień 28
Wstajemy o 6.00. Pakuję swoje rzeczy i jedziemy na dworzec autobusowy. Rozstaje się tu z Rysiem, ponieważ on jeszcze 6 dni zostaje w Afryce, a ja już wracam do Polski. Z dworca jeszcze dzwonię do mojej nigdy nie widzianej rodziny mieszkającej pod Johanesburgiem, z którą mam się spotkać. Po 6 godzinach jestem na "Park Station" w Johanesburgu. Nie jest to moje ulubione miejsce! Busy do Vanderbijpark, gdzie mieszka mój kuzyn z rodziną odjeżdżają jednak z innego dworca. Jadę tam z duszą na ramieniu taksówką za 25R. Bus do Vanderbijpark kosztuje 12R. Po godzinie jazdy docieram tam. Busik wjeżdża najpierw w rejon kartonowych slumsów, ale kończy swoja trasę w centrum o wyglądzie już europejskim. Z budki telefonicznej dzwonię do kuzyna. Jest bardzo zdziwiony, że jestem w Vanderbijpark, ponieważ myślał, że ma po mnie przyjechać do Johanesburga. Po 4 tygodniach jedzenia byle czego na obiad dostaje schabowego. Czuję się jak w Polsce. Kuzyn, jak i sąsiedzi są bardzo zdziwieni i przerażeni faktem, że podróżowałem razem z miejscowymi transportem lokalnym i jeszcze żyję. Oni nawet do taksówki, której kierowcą jest czarnoskóry by nie wsiedli.

Vandrerbilpark - Johanesburg - Madryt
Dzień 29
Spędzam dzień z rodziną. Wieczorem odwożą mnie na lotnisko. Wracam do domu.

Madryt - Berlin - Warszawa
Dzień 30
Na lotnisku w Berlinie psuję się taśma, na której wyjeżdżają bagaże. Dostajemy je na wózkach. Celnicy niemieccy interesują się moim kijem podróżnym zakupionym w Zimbabwe i na tym na szczęście ich zainteresowanie moim bagażem się kończy. Autobusem docieram do Dworca Berlin Zoo, kupuje bilet do granicy za 8,1 Euro i po około 1,5 godziny jestem w Frankfurcie nad Odrą. Czekam godzinę i wsiadam do bezpośredniego pociągu z Berlina do Warszawy. Przez granice do pierwszej stacji jadę bez biletu. Gdy już tam jestem zostawiam bagaż pod opieka współpasażera i z podręcznym biegnę na stację kupić bilet do Warszawy. Pociąg stoi 10 minut. Wieczorem meldują się w Warszawie, a po kolejnych dwóch godzinach w domu.

Zakończenie.
Wyprawa ta była moim kolejnym i mam nadzieję nie ostatnim wyjazdem do Afryki. Afryka jest piękna, chociaż niebezpieczna, czego przykładem był pierwszy dzień mojego pobytu i niemiła przygoda Rysia Czajkowskiego po moim wyjeździe z Gaborone. Został tam napadnięty i stracił kamerę video, ale na szczęście napastnicy nic poważnego mu nie zrobili. Nie zawsze jednak mamy do czynienia z takimi niemiłymi sytuacjami i ludźmi. Jest dużo innych pomocnych, uśmiechniętych osób, które stają na naszej drodze i którzy nam z chęcią pomogą. Będąc na miejscu nie zawsze potrafiłem dostrzec ukryty urok Afryki. Przyszło to z czasem, a najlepiej to widzę kiedy już jestem w kraju. Wspominając przemierzone kilometry, nie zastanawiam się ile trudu i wyrzeczeń kosztowało mnie ich przewędrowanie. Nie myślę o kłopotach, tęsknocie, głodzie, zmęczeniu, czy niewyspaniu jakie mi towarzyszyły czasami w dniach wędrówki. W mojej pamięci pozostają tylko dobre wspomnienia, cudowne widoki, wspaniałe miejsca, dzikie zwierzęta, przyjazne twarze i chcę, aby tylko one w niej zostały.

 

Informacje praktyczne »


 
poprzednia strona 1 2 3 4 5 6 do góry