1 -
2 -
3 -
Informacje praktyczne
Galeria

 

 
  
Kazachstan
.:|2004
 
Pakistan i Kaszmir
.:|2005
 

 
Jolanta Czupik, Dominik Stokłosa
Cinquecento do Kazachstanu
przez Ukrainę i Rosję

Autopodroznicy.COM .:|2004
- 1 -

Czytając relacje ludzi pasjonujących się dokładnie tym samym, co my, czyli podróżami; odnosi się wrażenie, że jest to bardzo proste. "Kupiliśmy, zapłaciliśmy, pojechaliśmy" - to główne słowa, jakie padają w relacjach.

fot. Autopodróżnicy.com
My "uprawiamy" inna turystykę. Preferujemy własny środek transportu. Pokonać odległość kilku tysięcy km samolotem nie jest tym samym, co pokonać taki dystans "własnymi czterema kółkami", po drodze mając wiele nieoczekiwanych zdarzeń. Nieliczni podejmują próbę sprawdzenia siebie, ale i możliwości technicznych swojego samochodu, nie mając żadnych gwarancji na sukces wyprawy. Jedna poważna awaria samochodu może zniweczyć wszelkie plany. Podróż samochodem gwarantuje nieograniczoną mobilność, a tym samym niezależność. Pozwala zobaczyć więcej i dotrzeć tam, gdzie docierają nieliczni.

 

Radą i pomocą służył nam Pan Wojciech Majewski redaktor programu Speed 2 w TVP3, który od samego początku wierzył w powodzenie ekspedycji.

Trasa: Ukraina, Rosja, przejazd przez cały Kazachstan.

Miała to być pierwsza wyprawa tak małym samochodem, w dodatku osobowym, w rejon Azji Centralnej. Jej cel to przede wszystkim zapoznanie się z niekonwencjonalnymi miejscami i ciągle jeszcze mało rozpowszechnioną w naszym państwie kulturą krajów azjatyckich jak i promowaniem tej strony świata jako atrakcyjnego miejsca podroży. Sprawdzenie siebie i możliwości auta. Po przygotowaniu Fiata Cinquecento 900 zapadła decyzja: ruszamy 25 czerwca 2004 i tak się stało! Przed nami było ponad 15 tys. km do przejechania.

Pierwsza granica była w Korczowej. Minęła szybko i bezstresowo. Na pytanie, dokąd jedziemy, padła odpowiedź - Kazachstan. Służby graniczne "popukały się w głowę" i życzyły szczęścia. Pierwsze problemy po 528 km to oczywiście ukraińskie "DAI", czyli milicja drogowa, której uparcie chcieliśmy uciec - skończyło się na życzliwej pogawędce i 20$ łapówki. Kolejne 300 km mijało na rozmowie, co czeka nas dalej w kwestii milicji. Nauczeni doświadczeniem z ubiegłorocznej wyprawy na Krym nie czekaliśmy zbyt długo. Zatrzymano nas w okolicy Umanu za wyprzedzanie na linii ciągłej, ale tylko w oczach pana milicjanta, bo dla nas była przerywana - kolejna łapówka 30 hrywien. Tutaj pojawiło się pierwsze zdenerwowanie, bo faktycznie była linia przerywana. Zrobiliśmy wywiad środowiskowy u miejscowych kierowców. Okazało się, że nagminne straszenie sądem jest czymś powszechnym na Ukrainie i nie należy się tym przejmować, a stawki łapówek w postaci 100 Euro, jakich żądają, należy ignorować. Przyjęta stawka to 10-15 hrywien i tego należy się trzymać. Receptą na ukraińskie "DAI" jest cierpliwość w myśl zasady: "Wy macie czas, to i my mamy czas".

Przed nami był odcinek drogi z Biełogorska na wybrzeże poprzez jedno z licznych pasm górskich Krymu. Zlekceważyliśmy znak zakazu przejazdu zgodnie z zasadą panującą w państwach wschodnich: "znakom nie bardzo można wierzyć". Zresztą miejscowi stwierdzili, iż znak należy ignorować i spokojnie jechać. To 48 km krętą, momentami bardzo, szutrową drogą, pnącą się między licznymi szczytami. Drobne problemy sprawiały strumienie i przełomy, które przecinały trakt. Ale dzielnie stawiliśmy im czoła. Prędkość podróżna to ok. 15-20 km/h. Ale krajobraz i sam klimat tej trasy rekompensuje w zupełności słabe tempo jazdy. W planie mieliśmy przejechanie mierzei zwanej Arbatskają Striełką. Przed nami jedna z najdłuższych przejezdnych mierzei w Europie. To 140 km drogi okresowo zalewanej przez Morze Azowskie. Tempo jazdy to jakieś 10 km na godzinę, momentami więcej. Samo przejechanie mierzei to tak naprawdę pierwsze wyzwanie dla nas i dla samochodu. Głębokie dziury, tarka przez wiele kilometrów, momentami głęboki piach. Mieliśmy wrażenie, że odkręci się nam każda śrubka w samochodzie (drgania). Tutaj tak naprawdę zaczęła się nasza wyprawa. Przeszliśmy chrzest bojowy. Początek sprawdzianu możliwości naszych i samochodu. Po ok. 70 km coś zaczęło ocierać z tyłu auta. Okazało się, że to zderzak, który prawie zgubiliśmy. Szybka naprawa, humory dopisują, jedziemy dalej. Padło stwierdzenie, że to chyba najgorsza droga, po której przyszło nam jechać na tej wyprawie. Jak czas pokazał była to prawie "autostrada". Samochód spisywał się dzielnie, sygnalizując od czasu do czasu, że jednak nie jest pojazdem terenowym. Charakterystycznym elementem, który będzie nam towarzyszył wzdłuż drogi po azowskim wybrzeżu to liczne "Bazy Otdycha" w lepszym lub gorszym stanie. Są to miejsca odpoczynku robotników, dzieci, całych rodzin. Mnóstwo ludzi, dużo hałasu. Ale co ciekawe również duża dyscyplina: pobudka na gwizdek, odśpiewanie hymnu, ogólnie jak w wojsku. Wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy w stronę Rosji.

Wjeżdżamy do Rosji - po 2797 km przejechanych przez Ukrainę i 18 kontrolach przez "wspaniałych" DAI.

Granica Ukraińsko-Rosyjska to 8,5 h stresu. Począwszy od strony ukraińskiej, gdzie wszystko byłoby w porządku gdyby nie fakt, iż wiza tranzytowa w naszych paszportach opiewała na 3 dni. Pełni zaufania władzom ukraińskim na granicy polsko-ukraińskiej w Korczowej, zawierzyliśmy słowom celnika, który przekonał nas wręcz o tym, że wbija nam ośmio dniowy pobyt, a tak naprawdę wbił 3 dni. Pan Inspektor zacierał tylko ręce ze szczęścia, bo oznaczało to dla niego tylko jedno - KASA. Nie był zbyt skłonny do negocjacji, ciągle straszył, że nas zawróci. Nie docierały do niego żadne tłumaczenia, słuszne argumenty. To nauczyło nas jednego - nigdy nie ufać pogranicznikom i dokładnie sprawdzać każdą pieczątkę i informację. Tak pożegnała nas Ukraina. Strona rosyjska przywitała nas dość miło. Mnóstwo dokumentów, które musieliśmy wypełnić - uwaga - w języku rosyjskim. Po opłaceniu ubezpieczenia OC na samochód tzw. "strachowki" 20$ (w zależności od mocy i pojemności silnika) i "wriemiennego wwozu" (tzn. że oprócz nas wjeżdża jeszcze nasz samochód) - 100 rubli (na każdej granicy inaczej, bo w drodze powrotnej płaciliśmy zaledwie 60 rubli). Tłumaczą to jako zabezpieczenie przed sprzedażą pojazdy w ich państwie. Aha bardzo ważne pamiętajcie, że na tranzyt przez Rosję (Białoruś również), Polacy nie potrzebują wiz - co było powodem 6 godzinnego postoju, ponieważ na 8 pograniczników ani jeden nie wiedział czy trzeba wizę tranzytową czy nie Polakom. To świadczy tylko o jednym - o braku kompetencji, ale i o częstotliwości turystów polskich. Po kilkunastu telefonach do władz centralnych uznano wszem i wobec, że możemy jechać. Szczęśliwi ale i umęczeni już przeżyciami ruszyliśmy na podbój Rosji. Pierwsze miasto to Rostov nad Donem (słynne z resztą z "Kryminalnej Rosji", tj. z "Wampira z Rostova") przywitało nas deszczem i niczym nie oznakowanymi dziurami w jezdni.

W Wołgogradzie była "powtórka z rozrywki", znów deszcz i znów dziury z małą różnicą, tym razem można było swobodnie urwać koło (chwała czujności Joli). przed nami 425 km. Z uśmiechem na twarzy, ruszyliśmy w drogę, mijając pierwsze osady tatarskie w Szagan-Aman. Pogoda się wyklarowała, robiło się coraz cieplej, a już nad Wołgą w miejscowości Wierchnelebjaże okazało się, że deszcz nawet tam nie dotarł. Dojazd nad rzekę Wołgę był utrudniony. Należy być jednak wytrwałym bo "gra warta świeczki". Wołga jest bardzo rozległa, a jeszcze bardziej piękna. Rankiem obudził nas przyjemny kobiecy głos. Pani, jak się okazało przeprawiła się swoim samochodem przez te wertepy tylko po to, by przywieźć nam pieczywo, które upiekła w nocy. Po krótkiej rozmowie zaproponowała, że nas ugości w swoim domu. Mówiła, że u niej jest wszystko i prysznic i łóżko i Wołga też blisko. Z taką otwartością i życzliwością ludzką osobiście się wcześniej nigdy nie spotkaliśmy. Nalegała wręcz, tłumacząc, że będzie dla niej zaszczytem gościć Polaków. Słyszała od ludzi we wsi, że Polacy goszczą nad Wołgą i dlatego przyjechała. Jej intencje były tak szczere, że aż ciężko było odmówić.

Astrachań - miasto słynące z najdroższego kawioru świata. Do Morza Kaspijskiego około 60 km, ale bez możliwości dojazdu, można jedynie dopłynąć łódką. Ochoczo jeden z panów zdeklarował się załatwić łódź. Wołga ma wiele rozlewisk, co uniemożliwia bezpośrednie dojechanie do wybrzeża Morza Kaspijskiego. Zwiedziliśmy miasto dość szybko, głównie księgarnie, ponieważ nie mieliśmy jeszcze mapy Kazachstanu. Nikt jednak nie słyszał nawet o mapie Rosji, a co dopiero o Kazachstanu. Proponowano nam zakup szkolnej mapy na ścianę J. Ruszyliśmy zatem w stronę granicy. Po drodze miejscowość Krasnyj Jar (przeprawa promowa) z dominującą już kazachską urodą wśród ludności.


 
1 2 3 4 5 następna strona do góry