Barak
Nad Kanałem
Zona polarna
Galeria

 

 
  
Nadzieja na końcu świata  
Weronika Milewska
 
Palladą
na Wschód
 

Weronika Milewska
 
GONAM
- Jakucja 2004
 

Marcin T.
 
Kamczatka 2003 
Cezary Bugajczyk
 
Kamczatka 2002 
Maciej Kania
 
Kukaz 2003 
Mariusz Żelazny
 
W poszukiwaniu końca świata 
Cezary Bugajczyk
 
Moja Syberia 
Krzysztof Zajkowski
 
Syberyjska Północ 
Tomasz Nasiółkowski
 
Syberia Wschodnia 2002 
Sylwia Jeziorko
 
ROSYJSKIE WYMAGANIA WIZOWE 
 

 
Rafał Trzciński
Nad pięknym modrym Biełomorkanałem
Część pierwsza: BARAK


...wzywali pomocy głosem,
który wybuchał jak kamienny krzyk
i ginął zaraz w martwej ciszy kanału...
Gustaw Herling-Grudziński, Inny świat

fot. Rafał Trzciński

 

"Ja wiem, kto ty jesteś, ty jesteś kiler" - powiedział pijacki głos do Wołodii. Nie wiedziałem, do kogo ten głos należał. Rozmowę słyszałem zza ściany. Ale wiedziałem jedno: ten ktoś przesadził. Jaki tam z niego kiler! Z Wołodii? Psychol to tak, ale nie kiler. Wołodia wyglądał młodzieńczo i zaczepnie - jak piłkarz Dynama Kijów. Rozwichrzone włosy, jasny zarost i zawadiacki pieprzyk na lewym policzku. Był lekarzem odeskiej mafii. Wyuczył się na masażystę. Myślał, że będzie panienki masował. Starsze też by jeszcze uszły, ale już facetów nie chciał się tknąć. Przystał na łatwe życie, łatwą miłość i łatwe pieniądze.

Łomot butelek alkoholowym gestem odstawianych na stół, brzęk szklanek. "Wołodia, Wowka, zacny człowieku, pożycz ty kilka rubelków." I tak od paru godzin, prośby, deklaracje przyjaźni i bójki. Nie mogłem spać. Była już prawie trzecia. Bolała mnie głowa, miałem gorączkę i wywracało mi bebechy, jakby ktoś wbijał w brzuch diamentowe wiertło. Leczył mnie Wołodia. Czułem, że jeśli choroba potrwa dłużej, to nie wywinę się z jej dławiących uścisków. Wołodia bowiem leczył alternatywnie. Lecz nie po chińsku - akupunkturą, a po rusku - wódką. Boli cię brzuch? Stopka wódki z pieprzem. Boli głowa? Dwa stakany czystej. Kobieta zostawiła? Pół wiadra samogonki. Położył mnie na żelaznej pryczy. Zmusił do włożenia czapki, dwóch polarów, przykrył kocami i czarną wojskową pałatką. "Leżeć, swołocz, aż wrócimy z Patrycją ze sklepu."

Na Sołówkach są cztery sklepy, ale był czynny tylko jeden. Wowka, zacny człowiek, przedarł się na początek kolejki i rzucił do sprzedawczyni: "wódkę i pieprz! Polaka leczę". Wrócił i kazał pić. Stopkę z pieprzem na brzuch, dwa stakany na głowę. Jak to dobrze - myślałem - że kobieta mnie nie zostawiła. I poprosiłem o czaj. Przyniósł, ale po kwadransie. Pod pryczą postawił kubek z czarnym, gęsto-oleistym naparem, paczką herbaty utopioną we wrzątku. Był to czyfir, wynalazek Kołymy.

Więźniowie siadali wokół ognia i z rąk do rąk podawali sobie puszkę z parującą esencją. Brali po łyku i dopiero wtedy wstawali do pracy. Wypiłem czyfir do dna, to znaczy do połowy, bo od połowy zalegała w kubku gęstnina fusów. Pierwszy raz w życiu tak wyraźnie słyszałem swoje serce. Regularne, szybkie i mocne uderzenia, jakbym przed rozpędzonym pociągiem przyłożył głowę do torów. Od tej chwili nie spałem. Serce, balanga za ścianą, kąsające pluskwy i przeraźliwe zimno. Noce na Sołówkach są chłodne. W całej północnej Rosji są chłodne. Patrycja leżała obok, zamknięta w śpiworze. Patrzyłem na jej włosy, a potem przeniosłem wzrok na sufit baraku. Barak był połagierny, być może prycze i pluskwy również. Po jaką cholerę pchałem się do tej Rosji? Biorąc ze sobą dwóch przewodników, Sołżenicyna i Szałamowa, chciałem odbyć pielgrzymkę do sowieckich koncłagrów. A teraz widziałem natarczywe majaki, gęsty las, płonącą polanę, grzechotnika i twarz zmarłego kumpla, i chorobą spłacałem dług za... za co właściwie?

Pociąg ruszył i zostaliśmy na stacji w Miedgorze. Ja i Patrycja. Nikogo więcej. Po trzech dniach podróży wyszliśmy na powietrze, na deszcz i zimne słońce. Byliśmy senni, odrętwiali, zmęczeni. Przez chwilę rozglądaliśmy się dokoła, po czym włożyliśmy plecaki i ruszyliśmy w stronę miasta. Opuściliśmy drewniany dworzec. Wznieśli go carscy katorżnicy, kiedy ciągnęli tędy drogę żelazną. Ciągnęli ją przez las i tundrę. Zaczęli w stolicy cesarstwa; skończyli w niezamarzającym porcie nad Morzem Barentsa, Romanowie-na-Murmaniu, który szybko zmienił nazwę na Murmańsk.

Co więcej mogę powiedzieć o przeszłości Miedgory? Tyle tylko, co przeczytałem u Sołżenicyna i wysłuchałem od Mariusza Wilka, polskiego pisarza żyjącego na Sołówkach. Od listopada 31 roku do września 42 było tu centrum Bieł-Bałt-łagu, jednego z największych systemów obozowych ówczesnej Rosji, którego lenna sięgały od Pietrozawodska do skalistych krańców półwyspu Kola. Była to również stolica rosyjskiej inteligencji, w której zeka (więźniowie łagrów) schodzili się na odczyty, prowadzili badania w terenie, pisali rozprawy naukowe, wstępniaki, recenzje i polemiki do łagrowych gazet.

Poszliśmy Sowiecką, główną ulicą miasta, która przecinając Miedgorę ze wschodu na zachód, przypomina bliznę na policzku brzydkiej kobiety. Przekroczyliśmy rzekę i weszliśmy w przestrzeń centralnego placu. Stał tam czołg na betonowym postumencie, zdaje się T-34, i zapuszczona kamienica z wysoką wieżą ze szkła. Myślałem, że to więzienie. Ale gdzie tam - to był hotel. Stalin kazał go zbudować dla pielgrzymów, którzy przyjadą podziwiać wzorcowy łagier w sowieckiej Rosji, a także niedaleki Kanał Białomorski. Lata trzydzieste nie sprzyjały jednak pielgrzymkom i hotel świecił pustkami. Obecnie jest w nim sklep oraz muzeum miedgorskiego rejonu. W muzeum - ciekawa ekspozycja poświęcona rejonowym koncłagrom. Pochłonęła nas ona na dwie godziny. Znaleźliśmy się w niedużej sali, otoczonej szklanymi gablotami. Gabloty ciągnęły się jak litania. Aluminiowe miski i talerze, kubki i łyżki, których używali zeka. Taczki, którymi wywożono gruz, a także łopaty i kilofy, których używali zeka. Książki, gazety rozrzucone na stole oraz lampy naftowe, których używali zeka.

Zapytałem kustosza, skąd pochodzą te wszystkie przedmioty. Był zajęty parą młodych Rosjan, których oprowadzał po salach, odparł więc w roztargnieniu, mimochodem: Znad Konżoziera. Przed kilku laty zorganizowaliśmy tam wyprawę.

Postanowiliśmy pojechać nad Konżoziero.

"My mamy wszystko. Pola, lasy, wody. Lodowce i pustynie, góry i depresje. - Wołodia zaczął kolejny wódczany monolog. - Wszystko mamy, a jednak nie jest nam dobrze. Poproboj rozbierit? W Moskwie tak, tam ludzie żyją naprawdę, w Sankt Petersburgu tak. Ale w głubince? Jak ludzie żyją w głubince? W bezruchu żyją, marazmie, w letargu jakimś, jak śnięte ryby. Jedzą, kopulują i wydalają. I wydają - potomstwo na świat. Na Trzeci Świat! Inostrancy mówią - potęga, imperium, wielka kultura, wielkie obszary. Jaka kultura? Niech pojeżdżą po głubince - zobaczą. Jakie obszary? Czy Sudan jest potęgą, czy Grenlandia to imperium?"

Kiedy wyszliśmy z muzeum, deszcz padał jeszcze, pomnażając brzydotę baraków i kamienic. Ulica była prawie pusta. Z rzadka coś przejechało, wołga lub stary moskwicz.

Ruch samochodów był ważną informacją. Chcieliśmy bowiem zabrać się autobusem lub okazją do Morskiej Masielgi, niedużego posiołka przy ósmej śluzie Białomorskiego Kanału. Przeprawimy się przez śluzę, myślałem, i pójdziemy wschodnim brzegiem aż do rzeki. Rzeka - jak wynikało z mapy w muzeum - powinna zaprowadzić nas wprost do łagrów nad Konżozierem.

Autobusu nie było. Ani okazji.

Poszliśmy wzdłuż asfaltowej drogi, mniej więcej we właściwą stronę. I byśmy szli tak do dzisiaj, jak w starych bajkach, gdyby nie Swietłana. Zabrała nas do drugiej śluzy swoim moskwiczem 340. Była uprzejmą kobietą po pięćdziesiątce, tęgą, budowy gruszkowatej. Pracowała jako kontroler biletów w podmiejskich autobusach. Słowem: przeciętna ruska baba - ale tylko z urody i zajęcia. Miała bowiem jedną cechę, która wybijała ją ponad przeciętność - znakomite wykształcenie, nie wykrojone wedle sowieckiego szablonu. Gdybyś mógł ją słyszeć, jak cytowała Jesienina, jak zachwycała się Chagallem, jak rozprawiała o Wielkiej Smucie. Podczas rozmowy wyczuwało się w niej arystokratkę. "Silniej, chłopie, silniej, eto ruska maszyna" - powiedziała, gdy zamykałem drzwi, posyłając mi wiejsko-jaśniepański uśmiech.

Biełomorkanał z drugiej śluzy - smutny i zarazem wspaniały widok! Kiedy spojrzysz na południe, wzrok zsunie ci się po wodnym spadku, przemknie mimo śluzy pierwszej i otworzy się na ogrom jeziora Onega, uciętego brzytwą widnokręgu. Odwróciwszy głowę, zobaczysz śluzę trzecią, nieco wyżej czwartą i może jeszcze piątą. Pierwszych siedem śluz leży blisko siebie, w granicach godzinnego spaceru, i tworzy tak zwane Schody Powienieckie. Po co jednak te wszystkie śluzy, czy nie utrudniają tylko nawigacji? Otóż obszar, na którym powstał Kanał, nie jest równy. Wznosi się od jeziora Onega do wysokości 102 metrów, a potem, nieco łagodniej, opada do Morza Białego.

Kanał - to arcydzieło ruskiej inżynierii. Już same liczby są imponujące. "Dla wysadzenia skał wykuto 2600 km otworów strzałowych i wykonano 4,5 mln. wybuchów. Z wysadzonego kamienia można by wybudować siedem piramid Cheopsa. Objętość kaszyc: 921 tys. kubów, belek użyto tyle, że opasałyby pół Ziemi. Dla budowy Kanału utworzono zbiorniki wodne o pojemności 7,1 miliarda kubów. Taką ilością wody można by poić całą ludzkość tamtych czasów przez 7 lat." (Mariusz Wilk - "Karelska tropa").
Kanał Ogińskiego nie ma żadnych śluz, ma 53 kilometry długości, budowano go 16 lat.
Kanał Panamski składa się z 3 zespołów dwukierunkowych śluz, ma długość 81 kilometrów, budowano go 18 lat.
Kanał Sueski nie ma śluz, ma długość 180 kilometrów, budowano go 10 lat.
Kanał Białomorski składa się z 19 śluz, 49 tam i 15 zapór, ma długość 227 kilometrów, budowano go 20 miesięcy.
Przy budowie Biełomorkanału zginęło od 50.000 (Czuchin) do 250.000 ludzi (Sołżenicyn).

Jak mogło zginąć tylu robotników, nawet przepracowanych i niedożywionych? I kto zbudował Kanał tak szybko? Więźniowie, jasne, że więźniowie, ale jacy? Białogwardziści? Szpiedzy carskiej Ochrany? Kler prawo­sław­ny? Trockiści, mienszewicy, eserzy? Oni wszyscy. Lecz jeszcze par­tyj­ni bossowie, sekretarki i księgowe, studenci, robotnicy i bezprizorni, żydowscy sklepi­­ka­rze, ukraińscy chłopi i kaukascy pasterze. A także naukowcy spec-instytutów, inżynierowie, wykładowcy. Przy aresztowaniach stosowano tylko jedno kryterium - ilościowe. Potrzebny był milion - aresztowano milion...

Wyobraź sobie Stalina, który siada przy biurku w jednej z tych pięknych sal moskiewskiego Kremla i pisze pilny rozkaz. Pisze go na maleńkiej kartce, jaką zostawia matka albo żona, aby kupić chleb, 2 mleka, 10 jajek i coś słodkiego dla gości. Rozkaz brzmi na przykład tak: aresztować 5000 ludzi z Leningradu, J. S. Funkcjonariusze Organów zacierają ręce i zabierają się do pracy. Najpierw typują pierwszą ofiarę, najczęściej - ofiarę donosu. O czwartej nad ranem przed dom ofiary zajeżdża czarna wrona, z pozoru zwykła furgonetka, wewnątrz okratowana. Strażnicy rewolucji wyciągają półprzytomnego człowieka. Czarna wrona szybuje nad śpiącym miastem i ranną porą wraca do gniazda - do więzienia śledczego. Jeżeli rzecz dzieje się, jak w tym przypadku, w Leningradzie - są to słynne Kresty, jeżeli w Moskwie - Łubianka lub Butyrki, jeżeli gdzieś indziej - zazwyczaj były klasztor, przystosowany do nowej roli. Wyobraź sobie teraz największe męki, jakie można zadać człowiekowi, najwymyślniejsze wschodnie tortury, a i tak będziesz jeszcze daleko od prawdy o przesłuchaniu. W sowieckich więzieniach nie przesadza się z techniką. Nie stosuje się nagrzanych do czerwoności ścian, w których gustował irański Sawak. Nie ma elektrycznych krzeseł ani machin do łamania kręgosłupów. Tylko pięści, łokcie, kolana i stopy. Co powiesz na wbicie kułakiem zębów do gardła? Prawda, to zbyt prymitywne. A wybicie łokciem oka, tak żeby człowiekowi szarpnęło mózg, żeby zobaczył światło, krótkie i ostre jak igła, a potem poczuł ból i gęstą ciecz spływającą po policzku? A zmiażdżenie jąder podbitymi czubami oficerek? Dobrze, już wystarczy. Każdy przyzna się do udziału w tajnym sprzysiężeniu. Więcej nawet - poczęstowany papierosem i poproszony o nazwiska pozostałych spiskowców - poda wszystkie jakie zna. Zacznie od najbliższej rodziny, potem przejdzie do dalszej, do przyjaciół, kolegów z pracy, sąsiadów. Wystarczy, że poda czterdzieści nazwisk, a czterdziestu ludzi nie dośpi w domu następnej nocy. Prawdziwy postęp! I to geo­met­­ryczny.

Tego dnia Wołodia był w dobrym humorze. "Ty wiesz, Polak, że ja mógłbym książkę napisać... - Ty, Wołodia? Książkę? - Książkę! Tysiąc, tysiąc pięćset stron, ile chcesz. Ale nikt mnie nie zrozumie. I Rosji nikt nie zrozumie. A jak zrozumie, nie przekaże innym. Jak w tej anegdocie, że w Rosji trzeba żyć pięć lat, żeby czegokolwiek się o niej dowiedzieć, ale po tym czasie już nie chce się tego opowiadać. Ty wiesz, Polak, że w naszej ruskiej historii zdarzali się ludzie, którzy mieli kontakt z niebem. - To "z niebem" wypowiedział konfidencjonalnie. - Na przykład Puszkin. Albo lepiej - Wysocki. Oni wiedzieli coś, o czym nikt inny nie miał pojęcia. Ludzie ich wyszydzali, ucinali sobie żarty na ich temat. A oni wiedzieli. I Bóg wiedział, że oni wiedzieli, dlatego zabrał ich wcześniej do siebie, żeby oszczędzić im kpin i udręki."


 
1 2 3 4 następna strona do góry