Barak
Nad Kanałem
Zona polarna
Galeria

 

 
  
Nadzieja na końcu świata  
Weronika Milewska
 
Palladą
na Wschód
 

Weronika Milewska
 
GONAM
- Jakucja 2004
 

Marcin T.
 
Kamczatka 2003 
Cezary Bugajczyk
 
Kamczatka 2002 
Maciej Kania
 
Kukaz 2003 
Mariusz Żelazny
 
W poszukiwaniu końca świata 
Cezary Bugajczyk
 
Moja Syberia 
Krzysztof Zajkowski
 
Syberyjska Północ 
Tomasz Nasiółkowski
 
Syberia Wschodnia 2002 
Sylwia Jeziorko
 
ROSYJSKIE WYMAGANIA WIZOWE 
 

 
Rafał Trzciński
Nad pięknym modrym Biełomorkanałem
Część druga


Tutaj, chłopcy, jest tylko jedno prawo - tajga.
Ale ludzie i tutaj żyją.
Aleksandr Sołżenicyn, Jeden dzień Iwana Denisowicza

fot. Rafał Trzciński

 

Niektóre drogi mają życie tak bogate, jak życie kurtyzany. Nie ma takiej pory dnia ani pory roku, żeby nie było na nich ruchu. W mżawce i we mgle, zimowym świtem i niewyraźnym jesiennym wieczorem ciągle coś po nich sunie, przemieszcza się, toczy. Dla przykładu - droga E26 z Berlina do Hamburga.

Droga do Morskiej Masielgi nie należała do tej kategorii. Była mokra od deszczu i pusta, niczym basen, z którego wypompowano wodę. Gapiąc się na nią, można było wpaść w trans albo w stan ociężałej hibernacji. Zmierzchało. Czy był sens czekać dłużej?

Wróciliśmy do najbliższego miejsca, gdzie byli jacyś ludzie. Do budki dla pracowników śluzy. Dwupiętrową konstrukcję dostrzegliśmy z daleka. Stała na krawędzi Kanału, między wrotami, które otwierały się dla statków, i długim basenem, wypełnionym wodą o konsystencji i kolorze atramentu. W górnym oknie twarz za firanką. Weszliśmy na piętro po żelaznych schodach. W pomieszczeniu czuć było smarem, cebulą, potem i fajkami. Dwóch mężczyzn. Jeden stał pod oknem i bawił się pustym, przezroczystym stakanem. Drugi siedział przy pulpicie sterowniczym. Pulpit był aktywny, mrugał światłami, rzucając zielone refleksy na twarz pochylonego mężczyzny. Kiedy już wymieniliśmy się słowem "zdrastwujtie", Patrycja opisała nasze położenie. "Wchodźcie. Napijemy się" - stwierdził ten przy stole. Usiedliśmy. Któryś z nich położył talerzyk z pociętymi w romby ogórkami. "Samochodem nie da rady. Zresztą już wiecie. Zostają barki. - Jak to... barki? To można tak... barką? - No nie można, ale nie macie wyjścia. Tyle że nie dzisiaj. Ciemno, widzicie, zmrok zapada. Chłopi pokradli boje z oświetleniem i barki w nocy nie chodzą. Osiadają na noc za cyplem, w onieżskim porcie. - A rano? - Rano to co innego. Ale do rana - ho, ho". "Kolia" - przedstawił się ten przy stole. "Alosza" - dorzucił drugi i dodał: "ja tu pracuję, a Kolia to rodzina. Właśnie wczoraj z wojska wrócił."

Z Argunu wrócił. Dziesięć lat temu, kiedy w Argunie mieszkało 27 tysięcy ludzi, mało kto wiedział o jego istnieniu. Była tam fabryka domów. Dzisiaj, kiedy nikt z tych ludzi już w Argunie nie mieszka i nie buduje się domów, o mieście wspomina się często. Kolia był nie tylko żołnierzem. Był żołnierzem zawodowym. Najemnikiem. Takich jak on Czeczeni nienawidzą.

Słowne opisy pasują raczej do kobiet. Do kobiet brzydkich i pięknych, dobrze i źle ubranych, pachnących wanilią bądź jaśminem. Do mężczyzn, zwłaszcza takich jak Kolia, lepiej pasują liczby. Życie Kolii to arytmetyka. Trzy wojny, trzy medale (jeden za długą służbę, dwa za skuteczność), dwie rany, pięć lat żołnierskiego kontraktu, 1500 dolarów miesięcznego zarobku (na północy Rosji zarabia się odpowiednik 20-30 dolarów), żadnej żony, żadnych dzieci, 118 zabitych na koncie, Afganów i Czecze­nów, w tym 24 od ostatniego urlopu. "Jaki masz karabin, Kolia? - zapytałem bez sensu, bo o co można pytać w obliczu takich faktów - AKSU? Ak-74? - Żaden z tych" - odpowiedział i spod koszuli wyciągnął nieśmiertelnik, składający się z trzech zdobnych blaszek. Pierwsza z nich to herb Rosji. Dwugłowy orzeł, który w parze szponów ściska berło i jabłko władzy, plus święty Jerzy w złotej obwódce włócznią godzący w smoka. Druga blaszka to numer identyfikacyjny żołnierza. Trzecia - symbol broni, srebrna kula z kropelką krwi. "Snajper" - powiedział nie bez dumy, obracając w palcach połyskliwy pocisk.

Wołodia w ogóle był maksymalistą. Jajecznicę przyrządzał pół godziny. Papierosa palił do oporu, razem z ustnikiem, póki żar nie podpełzł do żółto-brunatnych opuszków palców, w których już chyba stracił czucie. "Pójdziemy do cerkwi, a później po Sołowiecką." Taki pomysł miał. Chrześcijańskie i pogańskie misterium, jedno po drugim. Na koniec spytał z tym swoim rusko-ukrainnym akcentem: "lohiczne, Polak"? "Bardzo lohiczne" - odparłem.

Razem z Aloszą i Kolią spędziliśmy noc w barze "Złote runo". Złotego runa, co prawda, w nim nie było. Za to kilku facetów o przepitych biografiach i kobieta w dresie, która obudziła się nagle, poderwała głowę ze stolika i zaczęła wrzeszczeć. Nieludzko, przejmująco! Ktoś podleciał do niej z tyłu, złapał za kark i przygwoździł twarz do okrągłego blatu. Grała muzyka. Pito na śmierć. Kilku facetów przysiadło się do nas, ot tak, żeby poględzić przez chwilę. Jak na rozmowę, byli jednak zbyt skuci - piwem, koktajlami, samogonką. Nie mogli wykrztusić z siebie słowa. Było widać, jak bardzo pragną coś powiedzieć, jak ze swoich wnętrz wyciągają odpowiednie sylaby, jak te sylaby próbują się przecisnąć przez gardła. Ale nie mogą.

Bar jest wszystkim w Powieńcu. Od ósmej do osiemnastej jest sklepem, od osiemnastej do dwudziestej drugiej kawiarnią, od dwudziestej drugiej do pierwszej - właśnie barem, od pierwszej do ósmej - dyskoteką.

Na dyskotekę zeszła się cała powieniecka żulia. Prawie nikt nie tańczył. Puste twarze przy ścianach - inkrustowane błyskami kolorowych lamp afrykańskie maski...

Niewczesnym rankiem poszliśmy na śluzę. Niosłem reklamówkę z kartoszką i ogórkami. "Przydadzą się - powiedział Kolia - płyniecie na siewier." Bo tak się tu mówi - na siewier. Ruskie "siewier" ma przewagę nad naszą "północą". Oprócz kierunku geograficznego jest w nim srogość natury i ciężkie życie, i niebezpieczeństwo.

Z betonowego podbicia śluzy zeskoczyliśmy na statek. Był to prawie nowy drobnicowiec, przejęty od Niemców. Nieduży - dziewięć osób załogi (u Niemców pięć). Nazywał się "Kento". Przysiedliśmy na rufie. Wszystko było nagrzane, parzyło dłonie: barierki, drzwi do kajut, jakieś kominy - nie kominy. Przedpołudniowe słońce odbijało się w wypolerowanych elementach statku. Oślepiało. Był tak gorąco, jak w tamten lipcowy dzień 33 roku, kiedy po nieukończonym Kanale szedł parostatek "Anochin". Na jego pokładzie znajdowało się trzech wyjątkowych gości. Opalali się siedząc w wiklinowych fotelach. Przypłynęli na inspekcję Biełomoru, pierwszego na tak wielką skalę przedsięwzięcia budowlanego w pore­wo­lucyjnej Rosji.

Był wśród nich Kliment Woroszyłow, legendarny dowódca Czerwonej Armii, który przegrał więcej bitew niż wygrał. "Czerwony marszałku Woroszyłow, spójrz na kozackie bohaterskie pułki..." Jest mało prawdopodobne, aby podczas rejsu "Anochina" podjęli tę krasnoarmijną pieśń więźniowie wykończający Kanał. Marszałek miał wtedy 52 lata i żadnych talentów, a mimo to (a może właśnie dlatego) cieszył się zaufaniem Stalina. Sztywny, bardzo spokojny, odzywał się rzadko.

Z drugiej strony siedział Siergiej Kirow, pierwszy Sekretarz Leningradzkiego Komitetu Gubernialnego partii, kontrkandydat Stalina na stanowisko sekretarza generalnego. Kirow denerwował się, wiercił i zagryzał wargę, na pytania odpowiadał dyplomatycznie. I denerwowałby się jeszcze bardziej, gdyby wiedział, że Stalin wydał już na niego wyrok śmierci, który w grudniu 34 roku miał wykonać agent NKWD.

Trzecim pasażerem był Stalin.

Pykał fajkę, gładził szczotkę czarnych włosów i kręcił głową z niezadowoleniem. Powtarzał tylko trzy słowa, jakby przeniósł się na moskiewską trybunę i wykrzykiwał slogan na Święto Rewolucji: miełkij i uzkij. Miełkij i uzkij. Płytki i wąski.

Kanał nie spodobał mu się.

Czyżby od 50.000 (Czuchin) do 250.000 ludzi (Sołżenicyn) zginęło na próżno?

Istotnie Kanał jest za płytki, od trzech i pół do pięciu metrów. Nie można nim przerzucać floty wojennej z Morza Białego na Bałtyckie, a więc krótszą drogą z Pacyfiku na Atlantyk. (Z wyjątkiem małych jednostek, na przykład torpedowych kutrów. Ale już lotniskowce, niszczyciele i krążowniki nie przejdą!)

Więcej pożytku jest z żeglugi handlowej. Barki regularnie przewożą drewniane kloce do kombinatu celulozy w Siegieży. W kombinacie przerabia się drewno na tekturę i papier, który chętnie kupują Finowie.

Że to niewiele? Rzeczywiście. Dlatego w umyśle Stalina zrodził się nowy pomysł. Zbudować większy i głębszy (siedem i pół metra), równoległy do obecnego - Bolszoj Biełomorkanał.

Pewien marynarz doradził nam, żeby popłynąć nie na ósmą, a na dziewiątą śluzę. Mieszka tam Wiktor Aleksandrowicz Kuzniecow - traper, który od półwiecza penetruje tę okolicę i pomoże zorganizować wyprawę nad Konżoziero.

Na mapie Ruskiej Federacji miasteczka oznacza się pustymi w środku kółeczkami. Większe miasta to takie same kółka, ale z czarną kropką w środku. Wielkie ośrodki miejskie (w rodzaju Moskwy czy Petersburga) to koła wypełnione skośnymi kreskami. W miejscu, w którym wyszliśmy na brzeg, nie było ani kół, ani kółek z czarnymi kropkami, ani pustych w środku kółeczek. Jedynie wodny granat i leśna zieleń, ciągnąca się aż po Ural. Poza tym nie było nic. A czego nie ma na mapie Federacji, tego nie ma w ogóle.

A jednak coś jest. Betonowe magazyny, ośmioramienne krzyże cmentarne, chałupy z drewna i pylna droga zataczająca łuk i znikająca pod lasem. Dziewiąta śluza! Tak nazywa się posiołek i jedyna w tym posiołku uliczka. Dziewiątoślużanie - to pięćdziesięcioro mieszkańców, którzy żyją tu w odosobnieniu, pomagają sobie, sadzą kartoszkę, polują, chodzą na rybałku, suszą grzyby, leszcze i siomgi, robią konfitury z moroszki.

Teraz, kiedy wiedziałem, jak fałszywa jest mapa Federacji, nie zdziwiłem się, że nie było na niej również domu komandira roty. Nie szkodzi, na szczęście łatwo do niego trafić - sześć kilometrów od leśnego cmentarza, drogą na lewo. Mieszka sam. Powiadają o nim, że w czasie polowania zostawił na gałęzi okulary, czym wpędził siebie i kolegów w niezręczną sytuację. Kiedy obudzono niedźwiedzia i ten poderwał się z rykiem z zimowego leża, okazało się, że komandir roty nie może oddać strzału, bo widzi tylko mleczną mgłę (jakby patrzył przez rybi pęcherz), a potem także kopy śniegu i niewyraźne pnie, gdy heroicznie wycofywał się z pola walki.

Skoro mowa o niedźwiedziu, myśli kierują się w stronę chaty na uboczu, gdzie żyje Brzydki Stiepan. Odważny był z niego chłop i samotnie na niedźwiedzia wyruszył. Inna sprawa, że wrócił już nie sam, ale w grupie rybaków, a właściwie rybacy go przynieśli. Rzadko z chałupy wychodzi, bo na twarzy zostały mu bruzdy na pół kciuka głębokie. Bóg dał, że odwiedzają go chociaż przyjaciele. A to Misza, celnik spod Kaliningradu, a to Iwan, były zeka z Dalekiego Wschodu.

Iwan zasługuje na bliższą charakterystykę. Jest chudy i pomarszczony, ma szczupłą szyję oplątaną żyłami. Jego życie skończyło się w roku 79, w epoce Breżniewa. Wtedy wypuścili go z wojska. Jeszcze tej samej nocy spił się do nieprzytomności, a po pijaku zrobił burdę. Zesłano go pod Władywostok, nad Morze Japońskie. Iwan pierwszy raz był nad Morzem Japońskim. Dostał zapalenia płuc, którego nie wyleczył, i wrócił stamtąd z gruźlicą. Czasami pokazuje szramę na piersiach, zapewne ślad po chirurgicznym lancecie.

Bez trudu go odnaleźliśmy. Jego dom stał nad wodą. W ogrodzie żółte kwiaty, na płocie kalosze, na podwórzu czołg (tak, tak). Wiktor Aleksandrowicz Kuzniecow przywitał nas na ganku i sklął naszą głupotę. Opisał śmierć, jaka by nas spotkała, gdybyśmy poszli wedle swego planu. Terytorium między Kanałem a Konżozierem jest bowiem samotną wyspą (choć nie wszyscy potrafią to dostrzec na mapie). To prawda, że można dojść tam lasem, z północy bądź z południa, ale droga zajmuje dwa, trzy dni. Cała wyprawa trwałaby tydzień. A to już wielka wyprawa! Trzeba zabrać ze sobą żywność i wodę na tydzień (tylko jak ją nieść?) albo strzelbę, sieci i wędkę (tylko skąd je wziąć?). W naszym wypadku ani jedna, ani druga możliwość nie wchodziła w grę, o czym Kuzniecow doskonale wiedział. Miał inną propozycję - żeby zawrócić. "Tam ruski mużyk ledwie przejdzie, cóż dopiero Polak?" Nie ukrywam, że gdyby tego nie powiedział, pewnie i byśmy zawrócili. Ale teraz? Czy wypadało się wycofać? Zaparliśmy się, że idziemy. Kuzniecow wymruczał coś w rodzaju: "Poliaki, eto mnogo objasniajet" i zaczął rysować mapę. Ołówkiem, na żółtej, poplamionej kartce, która wyglądała jak wyrwana ze starodruku. Rozłożył mapę na ścianie. "Posłuchajcie, jutro rano, o dziewiątej, zabiorę was łodzią tu - i wskazał ołówkiem jakiś punkt - jak widać jest to przecinka. Zaprowadzi was ona nad jezioro. Nad jeziorem będą ruiny pierwszego łagru. Potem pójdziecie wzdłuż brzegu, aż dotrzecie tu - i pokazał kolejny bliżej nieokreślony punkt. - W tym miejscu będą resztki drugiego łagru i początek drugiej przecinki, równoległej do tamtej, którą wrócicie nad Kanał. - I po przerwie tak krótkiej, jak wypicie haustem kubka herbaty, dokończył - A teraz idźcie spać. Przenocuje was córka."

Kuzniecow poruszał sterem. Meandrowaliśmy między szkierami i większymi wyspami, które porosły lasem. W tym miejscu Kanał nie jest uregulowany, przeciwnie, rozpływa się swobodnie na kształt zalewu. Warczał motor. Za łodzią zostawała smuga po mieczu, wibrujący wodny tor. Wzdłuż jednej i drugiej burty wzbijała się piana, którą połykały fale. Wiktor Aleksandrowicz wydawał się w świetle dnia jedynie dobrodusznym staruszkiem, dobrym kompanem i gawędziarzem. Opuścił go mir surowego trapera. Z kieszeni bluzy wyciągnął paczkę biełomorów, najtańszych fajek, bez filtra. Co chwilę pstrykał czerwonymi ognikami, które przez sekundę szybowały w powietrzu, po czym gasły w chłodzie Kanału.

Silnik wygasł i nastała cisza, ale stary odezwał się głośno, jakby chciał przekrzyczeć pracującą maszynę: "jesteśmy!". Rozejrzeliśmy się dokoła. Nie wyglądało to dobrze. Między łodzią a lasem był dwustumetrowy pas łoziny, pałki i tataraku. Przez ostatni miesiąc dużo padało i poziom wody znacznie wzrósł. Trzeba by zanurzyć się po szyję i przedzierać przez gąszcz z plecakiem nad głową. "Nie przejdziecie - powiedział Kuzniecow. Zabrzmiało to jak rewolucyjne no pasaran - wysadzę was gdzie indziej."

Przybijaliśmy do zatoki o podmytym, wysokim na pół metra brzegu. Wyskoczyłem pierwszy i podprowadziłem łódź, aż osiadła na piachu. Wyrzuciłem plecaki na leśną ściółkę. Patrycja już wysiadła, a stary szperał jeszcze na dnie łodzi. Wyciągnął topór, osadzony na krótkim i grubym drzewcu, oraz kostur. Kostur był nabity od dołu żelazną igłą, tak ostrą, że w przewrócone pniaki wchodziła równie łatwo, jak w ziemię. "To dla was - na drogę. Kiedy tu wrócicie, narąbcie drew i rozpalcie ogień nad wodą. Będę szedł łodzią po Kanale. Jak zobaczę dym, podpłynę. Cała droga ma czterdzieści kilometrów, do Konżoziera jest dwanaście. - Dobra, rozumiem. Wrócimy tu rano, rozpalimy... - Jak rano? Jak rano! Przecież mówiłem, że cała droga to czterdzieści kilometrów - w tym momencie odczułem ciężar jego wzroku. - U nas nie les, u nas tajga. - Powiedział to mocno, akcentując ostatnią sylabę. - Wrócicie jutro wieczorem. Najwcześniej. Będę was szukał od siódmej do dziewiątej. Potem następnego dnia rano, potem wieczorem i tak aż do skutku. Powodzenia."

Pożegnaliśmy się i odeszliśmy kilkanaście kroków. "Poliaki - zawołał z tyłu. Zbliżył się i dopowiedział tonem usprawiedliwienia - Poszedłbym z wami, ale nie mogę, wybaczcie... Nie dlatego, że nie chcę. Nie mogę. Noga chora. Po lesie nie pójdę." I rzeczywiście, kiedy siedział na łodzi i spodnie opięły jego prawą nogę, było widać, jaka jest sucha, wygięta i martwa, niczym zwęglona gałąź.

Z turkotem odpływającej łodzi otworzyły się przed nami wrota tajgi.


 
1 2 3 4 następna strona do góry