Barak
Nad Kanałem
Zona polarna
Galeria

 

 
  
Nadzieja na końcu świata  
Weronika Milewska
 
Palladą
na Wschód
 

Weronika Milewska
 
GONAM
- Jakucja 2004
 

Marcin T.
 
Kamczatka 2003 
Cezary Bugajczyk
 
Kamczatka 2002 
Maciej Kania
 
Kukaz 2003 
Mariusz Żelazny
 
W poszukiwaniu końca świata 
Cezary Bugajczyk
 
Moja Syberia 
Krzysztof Zajkowski
 
Syberyjska Północ 
Tomasz Nasiółkowski
 
Syberia Wschodnia 2002 
Sylwia Jeziorko
 
ROSYJSKIE WYMAGANIA WIZOWE 
 

 
Rafał Trzciński
Nad pięknym modrym Biełomorkanałem
Część trzecia: ZONA POLARNA


Czy pan rozumie,
czy rozumie wielkoduszny pan,
co oznacza, że już nie ma dokąd iść?
Nie! Tego pan jeszcze nie rozumie...
Fiodor Dostojewski, Zbrodnia i kara

fot. Rafał Trzciński

 

Z turkotem odpływającej łodzi otwierają się przed nami wrota tajgi. Po minucie marszu zatrzaskują się ciszą. W przeciwieństwie do lasów tropikalnych, które grają polifonicznie - śpiewem ptaków, rykiem małp, szemraniem strumieni - tajga jest głucha. I jeśli usłyszy się czasem rzadki świst, jest to niespodziewane i nieprzyjemne, niby dźwięk klaksonu na pustej drodze.

Z pozoru tajga jest również monotonna. W literaturze pięknej wielokrotnie wyklinano tę monotonię, to ubóstwo ruskiego pejzażu. Kiedy wyjrzysz z pociągu sunącego po żelaznej drodze, kiedy spojrzysz na las z pokładu statku lub samolotu, twoje wrażenia będą niezmienne. Nuda! Dopiero gdy wsiąkniesz w tajgę, odkryjesz, że zmienia się ona co kilkaset metrów. Przestronny las pokryty suchym jagodnikiem przemieni się w bagnistą polanę. Polana w głazowisko porośnięte białym mchem - chrobotkiem reniferowym. Głazowisko w pola wysokich traw, w których chodzi się po omacku. Trawy - w gęsty, brzozowy młodnik.

No więc zanurzamy się w las, który z każdym krokiem staje się bardziej podmokły.

Z początku wyczuwa się pod darnią wodne pokłady, jakieś podziemne, pulsujące źródła. Później woda wydostaje się na powierzchnię. Zatapia buty, aż wreszcie sięga kolan. Żadnej drogi, przecinki ani tropy. Przecinka okazała się niedostępna. Kiedy stary wysadził nas w zatoce, wiedzieliśmy, że cały plan wziął w łeb, że może być ciężko. Ale kto mógł przypuszczać, że będzie aż tak źle.

Tymczasem bagna są już zbyt głębokie. Trzeba się cofnąć.

Nie udaje się przeciąć tajgi w najwęższym miejscu. W talii. Musimy kierować się na południe. Wzdłuż bagien, a zarazem wzdłuż Kanału i Konżoziera. Idziemy godzinę. Potem drugą, trzecią, czwartą... szóstą... i nic. Błota nie ustępują. Komary. Kępy mchu, białe i srebrne, seledynowe i ciemnozielone, żółte, czerwone i brunatne, niczym widmo tęczy rozpiętej na ściółce. Jakże zdradliwe to piękno! Co któraś kępa jest zapadnią, pułapką, wilczym dołem. Wygląda normalnie, jak każda inna. Ale wystarczy, że postawisz na niej stopę, aby noga do pachwiny ugrzęzła w norze. Pierwszy upadek jest najgorszy. Nieoczekiwanie zapada się świat, przychodzi mocny wstrząs i ból z nadwerężonego ścięgna. Przez połączenia nerwowe przepływa komunikat do mózgu: leżysz sparaliżowany w gęstej cieczy; jest ci zimno, ale z nogi strzelają już rozgrzewające iskry bólu.

Zaczynam stąpać ostrożniej. Żadnych przypadkowych kroków.

Powoli uczę się tajgi. Jakich lekcji udziela tajga?

Po pierwsze, zielone mchy są dobrodziejstwem. Ugniatają się pod ciężarem człowieka, zapadają, lecz tylko do pewnego poziomu, dalej są stabilne.

Po drugie, brunatne mchy nie są dobrodziejstwem. Rozrywają się jak lód na rzece, a kiedy noga wpada do przerębla, zamykają się nagle, z bulgotem, tak że trzeba ją wyszarpywać.

Po trzecie, wszelkie głazy są niebezpieczne. Gdy widzisz je wśród bagien, instynktownie zaczynasz iść w ich stronę. Kuszą oparciem w tym niestałym pejzażu. Ale instynkt cię zawodzi. Deszcz latami spływający po głazie tworzy wokół głęboki rów. Głęboki na metr albo dwa. Źle, jeśli zsuniesz się do niego z plecakiem.

Ani śladu człowieka. (Człowiek tutaj? Głupia myśl.) A jednak! Po sześciu godzinach marszu rozpoznajemy ślady ludzkiej obecności. Obecności historycznej czy nawet pre-historycznej. Płaskie pniaki, osmolone nacięcia na drzewach, drewniane trójnogi na polanach. Pochodzą one z czasów, kiedy niewolnicy budowali wielkie kanały, z czasów, kiedy rozłupywano kamienie, wytwarzano proste narzędzia, uczono się zaprzęgać do pracy konia. Z epoki kultu jednostki.

Nabieramy otuchy. Może zbliżamy się już do celu?

Jeszcze godzina bez pieredyszki.
Co to jest?
Rzeka? Rzeka chyba nie.
Droga? Droga chyba też nie.
Droga wijąca się nad rzeką? Co za chory um to wymyślił?

Leśny strumień, z którego wystają grube dechy, podobne do kolejowych podkładów. Tu i ówdzie resztki drewnianej płaszczyzny, oflankowanej barierkami. "To łatok" - domyślamy się po chwili. Kuzniecow nam o nim opowiadał. Siedemdziesiąt lat temu była to drewniana rynna, bardzo szczelna, bo dokładnie zbita i zasmołowana. Rynną płynęła woda z jeziora.

Łagry nad Konżozierem dostarczały drewna do budowy śluz Biełomoru. Więźniom nie uśmiechało się dźwigać pniaków na własnych barkach, i to przez błota. Zeka-inżynierowie wpadli na pomysł skonstruowania łatoku. Wiązano drewno w paczki i wrzucano do rynny, a woda niosła je nad Kanał. Za łatokiem płynie naturalna rzeka. Niestety, jest ona płytka, kamienista, pocięta skalnymi progami. Nie można nią spławiać drewna.

Zarówno łatoku, jak i rzeki nie wolno nam przekroczyć. Kuzniecow zabronił. Podobno dalej - już tylko las. Stary wie, co mówi. Porusza się bez mapy. Jego mapa to pamięć. Wie, że jak zobaczy kamień w kształcie człowieka, tę monstrualną pałubę bez rąk, z kosmiczną głową, musi skierować się na zachód. Jak usłyszy szum rzecznych kaskad, wie, że musi zawrócić. Innej mapy tajgi nie ma. Nie może być. Nawet zdjęcia z satelity szybko straciłyby aktualność. Tajga jest bowiem w nieustannym ruchu, raz wygląda tak, raz tak, raz jest jezioro, raz go nie ma, w zależności od pogody. I tylko pewne elementy, znaki przyrody, totemy żywiołów są stałe.

Gdy wedle rynny pójdzie się w prawo - osiągnie się brzeg Kanału, w lewo - pierwszy obóz nad Konżozierem. Idziemy w lewo. Jak łatwo, jak cudownie tak iść, mając pewność właściwego kierunku, bez tortury wahań, wpatrywania się w kompas. Bo w leśnej gęstwinie nie tak, jak w górach. Tu nie wybierzesz sobie punktu dla orientacji, samotnej limby, ostrej skały. Tu widoczność kończy się na kilkunastu metrach. Nie można spoglądać pod nogi. Trzeba śledzić ciągłe fochy magnetycznej igły.

Szósta trzydzieści - wysokie wzgórze, piaszczyste, gdzieniegdzie omszone i osypane sosnowymi gałązkami. W dole, w stromym parowie gnije łatok. Dobry widok. Na szczycie martwy dom. To wartownia enkawudzistów. Obserwowali, czy nikt nie ucieka z obozu. Za domem powinny być ruiny wyszki (wieży strażniczej). Nie możemy ich znaleźć. Może wcale tej wyszki nie było? Może nie była potrzebna? Czy zeka osłabieni katorżniczą pracą, niedożywieni, chorujący na cyngę (północną odmianę szkorbutu), mogli bieżyć z obozu? I gdzie - bez noża, bez strzelby, bez zapałek, bez jedzenia - w bagna? Nie, niemożliwe. Prawdę napisał Warłam Szałamow: dla Nich nie było już powrotu.

Tuż za wzgórzem dostrzegamy barak, zapowiedź pierwszego łagru! Jest piękna pora przed zmierzchem. Światło słońca przybiera odcień uralskiego złota, sprawiając, że przypadkowy zagajnik wygląda jak wnętrze soboru albo komnata carskiego pałacu. Wchodzimy do roboczej zony, gdzie żyli i pracowali stalinowscy zeka. Na drzewie siada nocny motyl. Szarość i czerń jego skrzydeł odcina się od brzozowej kory. Ten motyl - strażnik zapomnianego miasta...

W istocie obóz przypomina miasto. Średniowieczne. Siewierny Augsburg, Awinion, Asyż. Najpierw obwodnica murów i baszt. To drut kolczasty zapleciony między wyszkami. Potem rynek - plac apelowy, płaski jak ołtarz, choć zarośnięty krzewami. Zatem domy kupców. O, widać je wyraźnie! To baraki z ciężkich bierwion, ustawione rzędami. Jest też więzienie miejskie - chata z kratami w oknach, podzielona na pojedynki. Zeka mówili o niej różnie: karcer lub szizo, czyli karny izolator.

Miasto jest zniszczone, przegniłe, jakby przed chwilą wydobyte spod ziemi. Jak Pompeje... zasypane popiołem liści i sosnowych igieł. Tu, niestety, drewno. Tam marmur. Marmur trwalszy od drewna, drewno lichsze niż marmur. Za kilkadziesiąt lat po mieście nie będzie śladu. Już zapadły się dachy budynków i zdążyły wyrosnąć na nich brzózki. Baraki ledwie stoją. Wystarczy pchnąć jedną ze ścian, żeby wielki drewniany dom się przewrócił, a grube bale rozpadły w drzazgi.

Słoneczne złoto przetapia się w zmierzch. Opuszczamy zonę i wleczemy się nad jezioro. Cisza. Samotność. Las. Kamienie. Niebo. Cypel. Woda. Cypel w wodę... wychodzi. Rozkładamy pałatkę na końcu cypla, przegrodzonego w dwóch trzecich usy­pis­kiem kamieni. Myślę, że tak będzie bezpieczniej... Diabła tam! Ledwo przykładamy głowy do śpiworów, już zwierz jakiś podchodzi. Podchodzi i wącha, szeleści w trawie, potrąca poły pałatki. Wyciągam topór i zakładam blokadę na nóż. Kładziemy się. Kto by miał siłę wartować po takim dniu?

Nerwowa noc. Ilekroć się budzę, słyszę wciąż te same zwierzęce kroki. O świcie kroki ustają. Zwierz odchodzi.

Rano bliskie odgłosy burzy. Jak potężne turbiny, jak huczące wrzeciona! Wrzeciona burzy. Oplatają nas nici mgły i deszczu. Niebo zasnuwają chmury, w większości szare, wśród nich jedna czarna, niczym porwany przez wiatr wdowi welon. Idziemy brzegiem Konżoziera. Ciężka to droga. Brzeg jest nierówny, porżnięty cyplami i zatokami w kształcie klina. Patrzę na mapę Kuzniecowa - powinniśmy już dojść do przecinki i drugiego obozu. Ale nie dochodzimy.

To właśnie wtedy widziałem go po raz pierwszy. Spotkaliśmy się przy pompie. Chciałem nabrać wody na herbatę. On miał zamiar umyć zęby. Trochę nam nie szło. Pompa była zepsuta. Jak armatka wodna, siekła na wszystkie strony lodowatymi strumieniami. Wołodia się wkurzył: "Nic nie działa! - dalej kilka ostrych słów. - Byłeś na lotnisku? Od kilku lat tylko helikoptery tam siadają. Pas startowy trawą zarósł. Jeśliby ktoś teraz samolotem wylądował, to mogliby go z miejsca na stację MIR wysłać, bo da sobie radę w każdych warunkach. Za władzy radzieckiej tak nie było, o nie! Wszystko chodziło jak w zegarku. Ludzie pracowali. A dzisiaj? Ilu ma pracę na Sołówkach? Na tysiąc - może czterdziestu. No tak, człowieku - współzawodnictwo było, kolonizacja północy. Nowe fabryki, drogi żelazne, porty, miasta nawet. A dzisiaj - jakie masz współzawodnictwo? Chyba kto więcej wódki wypije..."

Na widok przecinki czuję radość i przerażenie. Radość - bo wreszcie jest! Nie trzeba już dłużej kluczyć, walczyć z niepewnością ani biedzić się nad tą cholerną mapą. Przerażenie - bo przecinka zarosła. Przygniotły ją drzewa, pocięły strumienie, zagęściła plątanina krzaków. Patrząc na nią od początku, od brzegu jeziora, można dostrzec delikatny prześwit w koronach drzew, a i kompas wskazuje dokładnie zachód. Lecz nie daj Boże zboczyć z niej kilka metrów, przestanie się odróżniać od lasu.
Skąd się wzięła?

Wycięły ją gąsienice czołgu Kuzniecowa! Wiktor Aleksandrowicz lubił samotność i każdy urlop spędzał w lesie. Na tankietkę, którą dostał do pracy w warunkach polarnych, ładował książki, żywność i wodę, kanistry z ropą, sieci i broń, i znikał na cztery miesiące. Ostatni raz przed dziesięcioleciem (po rozpadzie ZSRR nie miał na paliwo). Przecinka została sam na sam z tajgą. A tajga jest zaborcza i konsekwentna! Nawet jeżeli da się pokonać, rozdzielić przesmykami, myśli tylko o tym, jak te przesmyki na powrót pochłonąć, jak się odegrać, wrócić na stracone pozycje.

Monotonię ciszy przerywa krzyk Patrycji - "Jest"! Przy tej pogodzie nie widać prawie nic. Tylko cień baraku na skraju mgły. Wedle Kuzniecowa, koncłagier, który skrywa się za mgłą, miał być Ośrodkiem Wypoczynkowym (OP).

Oddaję głos Świadkom.

"...Lekarz, ku mojej nieopisanej radości, zakomunikował mi, że z uwagi na bardzo zły stan zdrowia, osłabienie i wycieńczenie zostanę skierowany do tak zwanego ozdrowieńczego punktu w skrócie OP... Badania lekarskie w tych sanatoriach ograniczały się do oglądania przez komisję stanu umięśnienia więźnia, czy nabrał już ciała i sił. Jeżeli pośladki delikwenta były jędrne i nabite, więzień nadawał się do katorżniczej pracy.

Wielu z przebywających w OP, wiedząc o sposobach i kryteriach, jakimi ocenia się przydatność więźnia do pracy, ograniczało jedzenie, wymieniając chleb i cukier na tytoń. W ten sposób nie poprawiał się ich stan fizyczny - przez długie miesiące byli wycieńczonymi szkieletami, niszczyli bezpowrotnie własne organizmy - ale nie musieli pracować. Żyli w cieple i względnym komforcie." (Marian Marek Bilewicz - "Wyszedłem z mroku").

"OP to rodzaj obozowego domu wczasowego. Dziesiątki lat zek haruje bez żadnego urlopu, więc naści - OP na dwa tygodnie. Jedzenie jest tam o wiele lepsze, nie trzeba chodzić do roboty poza zonę, a w samej zonie - tylko trzy, cztery godziny łatwej pracy: kruszenie żwiru, sprzątanie, remonty. Jeśli w obozie siedzi pięciuset ludzi - to OP obliczone jest na piętnastu. Gdyby postępowano sprawiedliwie - to w ciągu roku z górą - wszyscy by się przez ten OP przewinęli. Ale że w obozie nie ma żadnej sprawiedliwości, więc OP też nie jest wyjątkiem." (Aleksandr Sołżenicyn - "Archipelag GUŁag").

Niedługo będziemy u celu, kilka godzin przed czasem. Kuzniecow ma na nas czekać między siódmą a dziewiątą na końcu przecinki. Nazbieramy mu grzybów i czerników. Może rozbijemy namiot, zagotujemy wodę i zrobimy chwoji, aro­ma­tycznego naparu z sosnowych igieł, a potem położymy się w śpiworach i poczytamy "Ziemię planetę ludzi". A może przestanie padać i usiądziemy pod drzewem, na brzegu Kanału, patrząc na odbitą w wodzie tapetę chmur i błękitu. I rzeczywiście, rzeczywiście widzimy Kanał. Zaczynamy iść szybciej, truchtać prawie, żeby już być na miejscu, żeby napić się wody, żeby... Jezu! To nie Kanał, to bagienne jezioro, które wychynęło na wierzch po ostatnich deszczach. Błota, przed którymi stchórzyliśmy wczoraj, dzisiaj znowu przegrodziły nam drogę, jeszcze straszniejsze, rozleglejsze i głębsze. Wokół jeziora - polana ze sczerniałymi, wyzbytymi gałęzi brzozami... Przerażający widok! Jakby przeszła tędy armia Tamerlana...

Idę na przedzie, Patrycja kilka kroków z tyłu. Chowam kompas, bo widać przecinkę po drugiej stronie, więc na razie nie będzie potrzebny. Mam wolne ręce, Patrycja oddaje mi kostur. Przede mną czarna kałuża, porośnięta krótką, jadowicie zieloną trawą. Krzyk. To pierwsze wrażenie. Jeszcze nic nie czuć i nic nie widać, a już słychać krzyk. Mój własny krzyk. Zanurzam się w bagnie do pasa. Nie w wodzie, lecz w gęstej, oblepiającej mazi, w ciasnym torfie, w którym oprócz zgniłych roślin, są ostre gałęzie i splątane wiązadła korzeni. Zrzucam plecak. To najważniejsze, pozbyć się z pleców ciężaru. Ale jeszcze pas, pas biodrowy, zapomniałem o pasie, a on już w błocie... Udaje mi się go rozpiąć, a wszystko trwa bardzo krótko. Nie czuję nic poniżej bioder, nie mogę zgiąć nogi w kolanie ani ruszyć stopą. Jakbym był sparaliżowany! Czuję woń rozkładu i powoli, ale metodycznie zapadam się w głąb. Nie ma się czego złapać. Mech rozdarł się na wszystkie strony jak gwiazda, jak pęknięta szyba samochodu...

Błoto jest tak gęste, że Patrycja przesuwa po nim plecak i osadza go na kępie mchu. Kostur! Pierwsza i ostatnia szansa. Patrycja opiera się na nim całym ciężarem. Jest wbity płytko, na krawędzi czarnej kałuży. Odwracam się wolno i wolno - centymetr po centymetrze - trzymając go oburącz, wysuwam się z grzęzawiska. Leżę na mchach. Dość długo. Patrzę na spodnie - nasiąkły krwią. Coś tam wewnątrz, w bagnie, rozharatało mi genitalia...
Co teraz robić?

Zaryzykować i ruszyć jeszcze raz przed siebie, przecinając polanę i jezioro. To niemal pewna śmierć! Skoro czarna kałuża okazała się niebezpieczna, cóż mówić o czarnym jeziorze, nabrzmiałym błotnistą posoką?

Wrócić nad Konżoziero? I co to da? Siedzieć tam i zdychać z głodu? A zresztą - i tak nie doszlibyśmy przed zmierzchem, trzeba by rozbijać namiot. I gdzie go rozbić, na moczarach?

A może obejść polanę dookoła? Lecz przecież błota nie zatrzymują się na jej skraju. Rozlewają się również wokół niej, wśród drzew. Tyle tylko, że wśród drzew bezpieczniej, zawsze się można uchwycić gałęzi, podeprzeć o pień.

I jeszcze jedno - obchodząc polanę, tracimy z oczu przecinkę, prawdopodobnie już na zawsze. Do rachunku trzeba więc doliczyć stracony czas na chodzenie według kompasu.

Podejmujemy decyzję, żeby mimo wszystko trzymać się granicy lasu.

Iść przed siebie, omijać rdzawe mchy, obchodzić czarne kałuże, uwaga strumień, przewrócony pień, skok, gęstwina, plecakiem roztrącić gałęzie, nie widzę cię, gdzie jesteś, błoto, powoli, jedna noga, plusk wody, miąższ ziemi, druga noga, plusk wody, miąższ ziemi, wyszarpnąć lewą, przenieść ciężar, wyszarpnąć prawą, przenieść ciężar, czemu płaczesz, nie wolno płakać, usta spierzchnięte z braku wody, resztki śliny zaschniętej na ustach, krople na liściach i łodygach, zlizywać jak zwierzę, nie ma wody, a przecież woda jest wszędzie, pod stopami i w deszczu, i w ubraniach, dużo wody, ale nie można pić, i nie można krzyczeć, sucho w gardle, więc nie krzycz, wyszarpnąć lewą, przenieść ciężar, wyszarpnąć prawą, przenieść ciężar, wiem, skończyło się przed południem, damy radę i bez jedzenia, chociaż będzie lżej, po co tyle nosić, po co aparat, życie ma większą wartość, po co lornetka i zwały ubrań, kompas jest ważny, nie zgubić kompasu, mało brakuje, gałąź zaczepia o nić, ale się nie zrywa, wskazuje - żeby iść przed siebie.

Szliśmy leśną drogą w kierunku Wielkiej Muksałmy, jednej z wysp Sołowieckiego Archipelagu. Wołodia szedł daleko na przedzie. Tylko raz, punkt dwunasta, zatrzymał się, żeby na nas zaczekać. Kiedy go spostrzegliśmy, opierał się o pień brzozy i palił papierosa. Patrycja usiadła na powalonym i trochę przegniłym pniaku. Ja ległem w trawie. Przy drodze. Wołodia spojrzał na mnie, a w jego wzroku była pogarda. "Nie kładź się na ziemi. Ani teraz, ani nigdy. To mądrość narodów, które często się przemieszczają, które są ciągle w drodze. Weź Kazachów. Widziałeś kiedyś leżącego Kazacha? - Musiałem przyznać, że nie widziałem. - No właśnie. Jeśli Kazach chce odpocząć - kuca, nigdy nie siada, ani się nie kładzie. Bo ziemia lubi tych, którzy się do niej przytulają, i szybko zabiera ich do siebie".

Nie wiem, być może to działanie gazów błotnych, o których pisał Grudziński, opowiadano też o tym na statku, a może przez pomyłkę zjedliśmy borówkę bagienną, inaczej łochynię albo pijanicę, której owoce powleka trujący, odurzający pyłek - dość, że zaczynają dziać się dziwne, niepokojąco dziwne rzeczy.

Wariuje kompas. Dobrze pokazuje północ, ale zanim ustoi się igła magnetyczna, mija kilkanaście sekund.

Schizuje mój zegarek. Wskazówka zacina się, nie ma siły na więcej niż dwa wymachy. Raz, dwa, stop. Raz, dwa, stop. Dwie sekundy do przodu, dwie do tyłu, dwie do przodu, dwie do tyłu.

I jeszcze miraże, którymi karmi nas tajga. Co i rusz widzimy Kanał, rozpościera się na horyzoncie, idziemy do niego, zbaczając z kursu, lecz okazuje się, że to bagna. Znowu woda, znowu trawy, znowu mchy. Przychodzą złowrogie myśli. Co by się stało z ciałami, gdybyśmy teraz potonęli? Rozłożą się szybko, czy przeciwnie, zakonser­wują się w torfie, tak jak trupy zeka konserwowały się w lodach Kołymy?

Słyszymy helikopter. Helikopter to pomoc, to ratunek. Słyszymy go wyra­ź­nie i w tym samym momencie, ale z różnych stron. Co to wszystko może znaczyć?

Pewnie wysiadła nam psychika. Z krańcowego zmęczenia i ze strachu. Chwieję się na nogach. Muszę coraz więcej odpoczywać, na godzinę marszu dwadzieścia minut siedzę skulony, a czas odpoczynku ciągle się wydłuża.

No więc stało się - prawdopodobnie chodzimy w kółko. Bo tak: próbujemy kierować się na zachód, stają nam na drodze bagniste polany. Chcemy je obejść od południa - na południu jest to samo. Pozostaje tylko droga na wschód. To oznacza, że się cofamy. Cofamy się, a za godzinę, dwie zapadnie zmrok. Już niebo zachodzi szarościami.

Nie - tak iść nie można. Tak nigdzie się nie dojdzie. Trzeba trzymać się wytkniętego kursu. Bez względu na wszystko. To postanowienie stało się naszym prywatnym dogmatem. Prosta, filmowa religia. Wytrwałość w dążeniu do celu, która pokonuje strach, rozterki i zwidy.

Po raz kolejny widzimy Kanał. Staram się nie zwracać na niego uwagi. Po lewej stronie trójkątny prześwit. Niebo zachmurzone, acz nierównomiernie, tu i ówdzie spękane błękitem. Prześwit rozszerza się i w naszych oczach staje długo wyczekiwany landszaft. Granatowy ornat Biełomoru z zielonymi haftami ostrowów i drobnymi węzełkami szkierów.

Nie biegniemy, bo nie mamy sił. Ale najszybszym krokiem, na jaki nas stać, idziemy w kierunku wody. Rzucamy się jak psy, twarzami do Kanału.

Znowu helikopter. Nie, to nie helikopter, to łódź motorowa Wiktora Alek­san­drowicza. Zaczynamy krzyczeć i machać rękami, żeby nas dostrzegł. My widzimy go doskonale, ciemną sylwetkę na tle zachodzącego słońca. On nas nie widzi i nie słyszy. Wtopiliśmy się w ścianę lasu, a bliskość pracującego silnika wszystko mu zagłusza. Co zrobić, żeby nas zauważył? Czym rozpalić ognisko? Nazbierać suchych igieł? Za dwie minuty łódź zniknie z pola widzenia. A gdyby tak wyjąć matę do spania, którą z jednej strony pokryto odblaskiem. Słońce stoi nad przeciwległym brzegiem, więc... może...

Mata odbija słońce, blikuje, światłem wabi.
Łódź zaczyna skręcać. Na rufie uśmiechnięta twarz Wiktora Aleksandrowicza. Widać niebieskie okulary, z którymi się nie rozstaje, i wełnianą czapę, wywijaną na zewnątrz. Wygląda dostojnie, jak Santiago w wizji Hemingway'a.
Sława Bogu - krzyczy.
Silnik wygasł, łódź sunie siłą inercji...

Wtedy, na łodzi Kuzniecowa, myślałem, że to finisz, że nasze przygody się skończyły. Myliłem się. Dotarło to do mnie następnego dnia na pomoście. Próbowałem wywabić bagno z naszych rzeczy. Obok spała Patrycja. Nagle - z posiołka przybieżały baby w kwietnych chustach. Najodważniejsza wyrwała się do przodu i powiedziała szeptem: "priszli po waszu duszu"!
Dreszcz przeszedł mi wzdłuż kręgosłupa.
Kto po nas przyszedł? Mefistofeles?
Czarna skórzana kurtka, aktówka i czarny jeż na głowie. Podszedł bliżej i wyszarpnął legitymację z kieszeni kurtki. "Federalna Służba Bezpieczeństwa, możemy porozmawiać"?
Śledczy wyprosił Kuzniecowów z ich własnej chałupy. Pusty pokój, trzy krzesła. Trzy krzesła i my. Dialektyka przesłuchań nie zmieniła się od lat czterdziestych. Najpierw kwadrans dyskusji o pogodzie (zapytał Patrycję, jaki jest jej ulubiony kolor), a potem znienacka - kto was wsadził na statek? - w nadziei, że zdradzimy Aloszę i Kolię. Na koniec tłumaczył się, że przecież trwa wojna i że wystarczy wysadzić jedną ze śluz, a woda z Morza Białego zaleje pół Karelii.
Żadne statki nie szły na siewier. A jeśli nawet szły, marynarze ostrzeżeni przez FSB, że jesteśmy szpiegami, nie chcieli nas wziąć. Czekaliśmy trzy dni i trzy noce. Wreszcie pewien przekorny kapitan machnął ręką: "Szpiony? A dawajcie i szpionów". I tak, przemyceni na mostku kapitańskim holownika BTP-611, wróciliśmy do teraźniejszości.

PS Niewyrażalne podziękowania dla Wiktora Aleksandrowicza Kuzniecowa. Bez jego dobrego serca i poczucia obowiązku... No, szkoda gadać.


 
1 2 3 4 do góry