|
Na początku 2005 roku decyzja zapadła. Zebrała się 12 osobowa grupa doświadczonych choć już nie najmłodszych podróżników. Większość z nas indywidualnie lub wspólnie podróżowała już po świecie, znamy swoje możliwości, zainteresowania i aspiracje. Wróży to podróż ciekawą, pouczającą, pełną wrażeń a równocześnie bezkonfliktową.
Obecność w grupie aż pięciu lekarzy daje poczucie pełnego bezpieczeństwa. O dokumentację fotograficzną i filmową dbają wszyscy, ale głównie polegamy na doświadczeniu Andrzeja K., który jest już autorem kilku albumów m.in. z Birmy, Indii, Sri Lanki, Etiopii, Ameryki Południowej i wystawiał swoje fotograficzne reportaże w kilku klubach w Warszawie. Filmowania wyprawy podejmuje się mój mąż Andrzej M. - autor kilku filmów z naszych podróży, w tym bardzo zgrabnie opracowanych reportaży z Nepalu, Meksyku i Norwegii. Ogromną wiedzą o kulturze, poezji, religii, sztuce tego rejonu Azji dysponuje Janusz K. - nieoficjalny szef wyprawy i Klaudiusz J. Liczymy, że będą się z nami nią dzielić. Ja podejmuję się pisania Dziennika Podróży.
Dla podkreślenia faktu, że jesteśmy dobrze zorganizowaną grupą sprawiamy sobie stroje organizacyjne. Firma TISZERT zaopatruje nas w eleganckie koszulki z napisem POLSKA EKSPEDYCJA WARSZAWA - YUNNAN LUTY 2005.
Plan wyprawy zrobiliśmy sami - zdecydowaliśmy o wyborze rejonów, miejsc pobytu, rodzaju transportu oraz programu zwiedzania, zostawiając sobie dodatkowo pewne dni wolne do zagospodarowania na miejscu. Głównym celem wyprawy były miasta Dali i Lijiang a dodatkowo wielki Budda w Leshan, Święta Góra Emeishan i już dla relaksu - spływ rzeką Li z Guilinu do Yang Shuo.Wybrane biuro podróży - CT Poland - zajęło się organizacją tj. biletami, rezerwacją hoteli, częściowo posiłków, a także środków transportu i przewodników z językiem angielskim. Trzeba przyznać, że zorganizowano nam pobyt profesjonalnie, a roztaczana nad nam opieka czasem nam nawet doskwierała.
8.02.2005 - wtorek
Z Warszawy do Londynu wylatujemy LOT-em z opóźnieniem ponad pół godziny, co niestety wróży, że bagaże nie zostaną przeładowane do samolotu Cathay-Pacific, który ma nas zawieźć do Hong-Kongu. Mimo to humory nam dopisują, kupujemy trochę whisky na zapas i na frasunek i okazuje się, że wszystko się poukładało: Pani kapitan Adelejda nadgoniła trochę stracony czas, Cathay-Pacific się opóźnił i nagle mamy jeszcze godzinę zapasu. Janusz K. zarządza jeszcze wzięcie Acardu, bo brak ruchu podczas 12 godzinnego lotu sprzyja zakrzepom i tak "wzmocnieni" odlatujemy do Hong-Kongu.
Lot jest dość męczący, mimo bardzo grzecznej i troskliwej obsługi. Niektórym udaje się skorzystać z wolnych miejsc i ułożyć się do spania na dwóch a nawet na trzech fotelach, ale to tylko nieliczni-sprytni, inni muszą zadowolić się rozkładanym fotelami i klapkami na oczy.
Andrzej M. wymyślił, że powinni wprowadzić samoloty z miejscami sypialnym, ułożonymi piętrowo - trochę tak, jak w Japońskich "kapsułowych" hotelach. Może to nie jest taki abstrakcyjny pomysł. Jeśli ktoś kiedyś to wprowadzi - to proszę pamiętać, że to pomysł mojego męża.
9.02.2005 - środa
Na lotniku w Hong-Kongu czeka na nas przewodniczka, która stale mówi "O.K." i od razu autokarem wiezie nas do EATON HOTEL na wyspie Kowloon. Oszołomieni zmianą czasu i niewyspaniem oglądamy futurystyczny obraz miasta-molocha. Wspaniałe autostrady, mosty wiszące i tunele, las wieżowców kilkudziesięciopiętrowych, w których ludzie nie tylko pracują (banki, agencje handlowe, biura) ale również mieszkają. Czy można bez skazy psychicznej mieszkać na pięćdziesiątym piętrze mrówkowca z widokiem na sąsiedni sześćdziesięciopiętrowy mrówkowiec? A do tego pracować przez 10-12 godzin dziennie na np. pięćdziesiątym piątym?
Po krótkim wypoczynku wyruszamy w miasto, bo to przecież Chiński Nowy Rok - Rok Koguta. W mieście szykowana jest specjalna parada, oświetlone są wszystkie wieżowce, na ulicach tłumy turystów, wszystkie domy i sklepy udekorowane czerwonymi lampionami (czerwony to kolor szczęścia i pomyślności), miliony kolorowych reklam. Wszędzie witają nas słowa KUNG HEI FAT CHOI co znaczy Szczęśliwego Nowego Roku. Prom dowozi nas na wyspę Hong-Kong. Parada jest imponująca, ale niestety nie w stylu chińskim - nie ma smoków ani latawców tylko myszka Miki i inne postacie rodem raczej z Hollywood. Ale wszystko jest bajkowo kolorowe i błyszczące, a sztuczne ognie wystrzelają w niebo raz po raz. Nieco oszołomieni tym pokazem a także zmianą czasu wracamy na Kawloon.
Po niezłej kolacji zwiedzamy jeszcze nocny bazar Stanleya, gdzie pierwszy raz stykamy się z "prawdziwymi kopiami" różnych firmowych produktów a także z chińskimi wyrobami takimi jak jedwabne haftowane torebki, kimona, sandałki wysadzane błyszczącymi kamieniami, parasolki i tysiące innych przedmiotów tanich i niepotrzebnych.
Po powrocie do hotelu, dla zmylenia zegara, musimy zaaplikować sobie trochę whisky. Pomaga na pół nocy. Rano znów jesteśmy niewyspani.
10.02.2005 - czwartek
Wstaje nowy dzień. Hotel za dnia okazuje się jeszcze ładniejszy niż wieczorem. Ma piękne przeszklone windy, wyjeżdżające na zewnątrz budynku, a na parterze mały ale ze smakiem urządzony ogródek, który niektórzy szybko wykorzystują jako palarnię. Jadalnia bardzo elegancka, obsługa miła i profesjonalna.
Autobus z przewodniczką oczekuje na nas w pobliżu. Mamy cały dzień na obejrzenie miasta. Hong-Kong ma ponad 7 mln mieszkańców na niecałych 1100 km2 powierzchni. Jest bardzo ciasno. Brak terenów pod zabudowę z konieczności wymusił budowę wieżowców i dwupoziomowych jezdni i autostrad. Mamy szczęście, że z powodu Nowego Roku większość mieszkańców przebywa na tygodniowych wakacjach - podobno jedynych w roku. Obcokrajowcy, pracujący w Hong-Kongu pojechali do swoich rodzin za granicę, inni do ciepłych krajów, jeszcze inni skorzystali z okazji, aby posiedzieć w domu i nacieszyć się życiem rodzinnym. Stąd na ulicach nie ma tłoku, bez korków udaje na się objechać cały Hong-Kong.
Zaczynamy od Wzgórza Wiktorii wysokości 540 m (Victoria Pick), gdzie wjeżdżamy kolejką linowo-szynową i skąd roztacza się wspaniały widok na las wieżowców, lazurowe morze, skaliste wyspy zabudowane i połączone z lądem niesamowitymi mostami. W tym centrum nowoczesności można czasem dostrzec kolorową łódeczkę, ozdobioną tradycyjnymi chorągiewkami - relikt przeszłości - sunącą nieśmiało między gigantycznymi frachtowcami.
Na szczycie Wzgórza Wiktorii stoi niedawno wybudowany pawilon w kształcie pagody, w którym znajdują się sale ekspozycyjne sztuki współczesnej oraz drugi budynek z restauracjami i butikami. Wszędzie czysto, dużo kwiatów, dekoracji noworocznych, sporo turystów, ale przede wszystkim piękny rozległy widok na miasto. Mimo tak ogromnej ilości wieżowców w okolicy Wzgórza Wiktorii widać sporo zieleni. Tutaj zresztą położone są najdroższe nieruchomości. Ponownie przejeżdżamy wśród betonowych wież i iglic, nie mogąc się nadziwić ile tu jest biur, prestiżowych banków, międzynarodowych agencji handlowych, luksusowych hoteli a równocześnie jak tu się trudno żyje i pracuje. Autokar wiezie nas nieco poza miasto, gdzie z bliska możemy obejrzeć te kolorowe łódeczki, które okazały się turystycznymi stateczkami, z których można oglądać panoramę wielkiego nowoczesnego miasta no i wspaniałe mosty . Dalej można podjechać na plaże, gdzie o tej porze roku niewiele się dzieje, ale które dają nadzieję na to, że nawet w Hong-Kongu można życie uczynić bardziej ludzkim.
Oczywiście nasza przewodniczka rozszerza nasz program i wiezie nas także do fabryki wyrobów jubilerskich, w tym wspaniałych ozdób z jadelitu. Takie wizyty są zawsze w programie biur podróży i nie należy się im dziwić.
Dość długo szukamy odpowiedniego miejsca na lunch , który nam się należy, ale nikt nie chce go nam dać. Towarzystwo marzy o tym, żeby zjeść coś smacznie, ładnie ale niedrogo i okazuje się to trudne do pogodzenia. W taniej, egzotycznej jadłodajni dziewczyny ostro protestują przeciwko zupie z pływającym jednym listkiem szpinaku no i prawie wybucha awantura. Ale to nie problem - w Hong-Kongu w końcu udaje sięnam coś zjeść nawet w Nowy Rok.
Po południu odlot do Czeng-du. Lotnisko w Hong-Kongu jest wspaniałe. Piękna lekka architektura, strop z pół przeźroczystych białych płyt, przypominających papier ryżowy, kryje w sobie jedno z największych lotnisk na świecie. Już po powrocie do Warszawy widzieliśmy film o jego budowie - jak zlikwidowano góry na dwóch wyspach, zasypano tymi skałami morze pomiędzy nim, usuwając uprzednio z dna morskiego muł i piasek przy pomocy gigantycznych odkurzaczy. Na tym usytuowano pasy startowe i lotnisko. Całość została połączona z lądem najdłuższym na świecie mostem wiszącym dwupoziomowym a także tunelami itp.
Lot do Czeng-du przebiega wygodnie i sprawnie. Na miejscu czeka na nas sympatyczna, ładna, młoda Syczuanka o imieniu Swallow z płynnym angielskim. Zabiera nas prosto do dość eleganckiego ale bezstylowego hotelu. Po drodze nie możemy się nadziwić, jakie to "małe" miasto, liczące sobie ok. 5 mln mieszkańców jest nowoczesne, zabudowane nowoczesną architekturą. Wielkie bloki, szerokie ulice przypominają trochę dawną socjalistyczną Moskwę. Z zapamiętaniem wyburza się tu stare dzielnice, zastępując je nowoczesnymi, przytłaczającymi budowlami bez charakteru. Za fasadami tych głównych ulic kryje się jeszcze chiński bałagan.
Ostra kolacja w hotelu i spać, bo miasto - nie do zwiedzania.
|