cz. 1
cz. 2
cz. 3
cz. 4
cz. 5
Galeria

 

 
 
Nadzieja na końcu świata  
Weronika Milewska
 
Palladą
na Wschód
 

Weronika Milewska
 
Kamczatka 2003 
Cezary Bugajczyk
 
Kamczatka 2002 
Maciej Kania
 
Moja Syberia 
Krzysztof Zajkowski
 
Syberyjska Północ 
Tomasz Nasiółkowski
 
Syberia Wschodnia 2002 
Sylwia Jeziorko
 

 
Maria Minasowicz
C H I N Y  2005
Trzy tygodnie po wybranych krainach

Podróż do Chin planowaliśmy dość dawno, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie - inne propozycje, brak towarzystwa, brak urlopu itp. Inspiracją był artykuł w Gazecie Wyborczej, zatytułowany "YUNNAN - czyli rozkosz dla oczu", opowiadający o miastach i wioskach Yunnanu i Syczuanu, które zachowały swoją architekturę i kulturę, stroje ludowe i pieśni, przetrwały rewolucję kulturalną a teraz na skutek rewolucji ekonomicznej mogą utracić te swoje niepowtarzalne cechy. Jeśli do tego dodamy urzekające krajobrazy - przełom Yangcy przez góry Mian Mian Shan , wspaniałe kaniony, ośnieżone szczyty, malownicze pola ryżowe to wiadomo było, że trzeba tam pojechać i w dodatku trzeba się spieszyć.

 

Na początku 2005 roku decyzja zapadła. Zebrała się 12 osobowa grupa doświadczonych choć już nie najmłodszych podróżników. Większość z nas indywidualnie lub wspólnie podróżowała już po świecie, znamy swoje możliwości, zainteresowania i aspiracje. Wróży to podróż ciekawą, pouczającą, pełną wrażeń a równocześnie bezkonfliktową. Obecność w grupie aż pięciu lekarzy daje poczucie pełnego bezpieczeństwa. O dokumentację fotograficzną i filmową dbają wszyscy, ale głównie polegamy na doświadczeniu Andrzeja K., który jest już autorem kilku albumów m.in. z Birmy, Indii, Sri Lanki, Etiopii, Ameryki Południowej i wystawiał swoje fotograficzne reportaże w kilku klubach w Warszawie. Filmowania wyprawy podejmuje się mój mąż Andrzej M. - autor kilku filmów z naszych podróży, w tym bardzo zgrabnie opracowanych reportaży z Nepalu, Meksyku i Norwegii. Ogromną wiedzą o kulturze, poezji, religii, sztuce tego rejonu Azji dysponuje Janusz K. - nieoficjalny szef wyprawy i Klaudiusz J. Liczymy, że będą się z nami nią dzielić. Ja podejmuję się pisania Dziennika Podróży. Dla podkreślenia faktu, że jesteśmy dobrze zorganizowaną grupą sprawiamy sobie stroje organizacyjne. Firma TISZERT zaopatruje nas w eleganckie koszulki z napisem POLSKA EKSPEDYCJA WARSZAWA - YUNNAN LUTY 2005. Plan wyprawy zrobiliśmy sami - zdecydowaliśmy o wyborze rejonów, miejsc pobytu, rodzaju transportu oraz programu zwiedzania, zostawiając sobie dodatkowo pewne dni wolne do zagospodarowania na miejscu. Głównym celem wyprawy były miasta Dali i Lijiang a dodatkowo wielki Budda w Leshan, Święta Góra Emeishan i już dla relaksu - spływ rzeką Li z Guilinu do Yang Shuo.Wybrane biuro podróży - CT Poland - zajęło się organizacją tj. biletami, rezerwacją hoteli, częściowo posiłków, a także środków transportu i przewodników z językiem angielskim. Trzeba przyznać, że zorganizowano nam pobyt profesjonalnie, a roztaczana nad nam opieka czasem nam nawet doskwierała.

8.02.2005 - wtorek

Z Warszawy do Londynu wylatujemy LOT-em z opóźnieniem ponad pół godziny, co niestety wróży, że bagaże nie zostaną przeładowane do samolotu Cathay-Pacific, który ma nas zawieźć do Hong-Kongu. Mimo to humory nam dopisują, kupujemy trochę whisky na zapas i na frasunek i okazuje się, że wszystko się poukładało: Pani kapitan Adelejda nadgoniła trochę stracony czas, Cathay-Pacific się opóźnił i nagle mamy jeszcze godzinę zapasu. Janusz K. zarządza jeszcze wzięcie Acardu, bo brak ruchu podczas 12 godzinnego lotu sprzyja zakrzepom i tak "wzmocnieni" odlatujemy do Hong-Kongu. Lot jest dość męczący, mimo bardzo grzecznej i troskliwej obsługi. Niektórym udaje się skorzystać z wolnych miejsc i ułożyć się do spania na dwóch a nawet na trzech fotelach, ale to tylko nieliczni-sprytni, inni muszą zadowolić się rozkładanym fotelami i klapkami na oczy. Andrzej M. wymyślił, że powinni wprowadzić samoloty z miejscami sypialnym, ułożonymi piętrowo - trochę tak, jak w Japońskich "kapsułowych" hotelach. Może to nie jest taki abstrakcyjny pomysł. Jeśli ktoś kiedyś to wprowadzi - to proszę pamiętać, że to pomysł mojego męża.

9.02.2005 - środa

Na lotniku w Hong-Kongu czeka na nas przewodniczka, która stale mówi "O.K." i od razu autokarem wiezie nas do EATON HOTEL na wyspie Kowloon. Oszołomieni zmianą czasu i niewyspaniem oglądamy futurystyczny obraz miasta-molocha. Wspaniałe autostrady, mosty wiszące i tunele, las wieżowców kilkudziesięciopiętrowych, w których ludzie nie tylko pracują (banki, agencje handlowe, biura) ale również mieszkają. Czy można bez skazy psychicznej mieszkać na pięćdziesiątym piętrze mrówkowca z widokiem na sąsiedni sześćdziesięciopiętrowy mrówkowiec? A do tego pracować przez 10-12 godzin dziennie na np. pięćdziesiątym piątym? Po krótkim wypoczynku wyruszamy w miasto, bo to przecież Chiński Nowy Rok - Rok Koguta. W mieście szykowana jest specjalna parada, oświetlone są wszystkie wieżowce, na ulicach tłumy turystów, wszystkie domy i sklepy udekorowane czerwonymi lampionami (czerwony to kolor szczęścia i pomyślności), miliony kolorowych reklam. Wszędzie witają nas słowa KUNG HEI FAT CHOI co znaczy Szczęśliwego Nowego Roku. Prom dowozi nas na wyspę Hong-Kong. Parada jest imponująca, ale niestety nie w stylu chińskim - nie ma smoków ani latawców tylko myszka Miki i inne postacie rodem raczej z Hollywood. Ale wszystko jest bajkowo kolorowe i błyszczące, a sztuczne ognie wystrzelają w niebo raz po raz. Nieco oszołomieni tym pokazem a także zmianą czasu wracamy na Kawloon. Po niezłej kolacji zwiedzamy jeszcze nocny bazar Stanleya, gdzie pierwszy raz stykamy się z "prawdziwymi kopiami" różnych firmowych produktów a także z chińskimi wyrobami takimi jak jedwabne haftowane torebki, kimona, sandałki wysadzane błyszczącymi kamieniami, parasolki i tysiące innych przedmiotów tanich i niepotrzebnych. Po powrocie do hotelu, dla zmylenia zegara, musimy zaaplikować sobie trochę whisky. Pomaga na pół nocy. Rano znów jesteśmy niewyspani.

10.02.2005 - czwartek

Wstaje nowy dzień. Hotel za dnia okazuje się jeszcze ładniejszy niż wieczorem. Ma piękne przeszklone windy, wyjeżdżające na zewnątrz budynku, a na parterze mały ale ze smakiem urządzony ogródek, który niektórzy szybko wykorzystują jako palarnię. Jadalnia bardzo elegancka, obsługa miła i profesjonalna. Autobus z przewodniczką oczekuje na nas w pobliżu. Mamy cały dzień na obejrzenie miasta. Hong-Kong ma ponad 7 mln mieszkańców na niecałych 1100 km2 powierzchni. Jest bardzo ciasno. Brak terenów pod zabudowę z konieczności wymusił budowę wieżowców i dwupoziomowych jezdni i autostrad. Mamy szczęście, że z powodu Nowego Roku większość mieszkańców przebywa na tygodniowych wakacjach - podobno jedynych w roku. Obcokrajowcy, pracujący w Hong-Kongu pojechali do swoich rodzin za granicę, inni do ciepłych krajów, jeszcze inni skorzystali z okazji, aby posiedzieć w domu i nacieszyć się życiem rodzinnym. Stąd na ulicach nie ma tłoku, bez korków udaje na się objechać cały Hong-Kong. Zaczynamy od Wzgórza Wiktorii wysokości 540 m (Victoria Pick), gdzie wjeżdżamy kolejką linowo-szynową i skąd roztacza się wspaniały widok na las wieżowców, lazurowe morze, skaliste wyspy zabudowane i połączone z lądem niesamowitymi mostami. W tym centrum nowoczesności można czasem dostrzec kolorową łódeczkę, ozdobioną tradycyjnymi chorągiewkami - relikt przeszłości - sunącą nieśmiało między gigantycznymi frachtowcami. Na szczycie Wzgórza Wiktorii stoi niedawno wybudowany pawilon w kształcie pagody, w którym znajdują się sale ekspozycyjne sztuki współczesnej oraz drugi budynek z restauracjami i butikami. Wszędzie czysto, dużo kwiatów, dekoracji noworocznych, sporo turystów, ale przede wszystkim piękny rozległy widok na miasto. Mimo tak ogromnej ilości wieżowców w okolicy Wzgórza Wiktorii widać sporo zieleni. Tutaj zresztą położone są najdroższe nieruchomości. Ponownie przejeżdżamy wśród betonowych wież i iglic, nie mogąc się nadziwić ile tu jest biur, prestiżowych banków, międzynarodowych agencji handlowych, luksusowych hoteli a równocześnie jak tu się trudno żyje i pracuje. Autokar wiezie nas nieco poza miasto, gdzie z bliska możemy obejrzeć te kolorowe łódeczki, które okazały się turystycznymi stateczkami, z których można oglądać panoramę wielkiego nowoczesnego miasta no i wspaniałe mosty . Dalej można podjechać na plaże, gdzie o tej porze roku niewiele się dzieje, ale które dają nadzieję na to, że nawet w Hong-Kongu można życie uczynić bardziej ludzkim. Oczywiście nasza przewodniczka rozszerza nasz program i wiezie nas także do fabryki wyrobów jubilerskich, w tym wspaniałych ozdób z jadelitu. Takie wizyty są zawsze w programie biur podróży i nie należy się im dziwić. Dość długo szukamy odpowiedniego miejsca na lunch , który nam się należy, ale nikt nie chce go nam dać. Towarzystwo marzy o tym, żeby zjeść coś smacznie, ładnie ale niedrogo i okazuje się to trudne do pogodzenia. W taniej, egzotycznej jadłodajni dziewczyny ostro protestują przeciwko zupie z pływającym jednym listkiem szpinaku no i prawie wybucha awantura. Ale to nie problem - w Hong-Kongu w końcu udaje sięnam coś zjeść nawet w Nowy Rok.

Po południu odlot do Czeng-du. Lotnisko w Hong-Kongu jest wspaniałe. Piękna lekka architektura, strop z pół przeźroczystych białych płyt, przypominających papier ryżowy, kryje w sobie jedno z największych lotnisk na świecie. Już po powrocie do Warszawy widzieliśmy film o jego budowie - jak zlikwidowano góry na dwóch wyspach, zasypano tymi skałami morze pomiędzy nim, usuwając uprzednio z dna morskiego muł i piasek przy pomocy gigantycznych odkurzaczy. Na tym usytuowano pasy startowe i lotnisko. Całość została połączona z lądem najdłuższym na świecie mostem wiszącym dwupoziomowym a także tunelami itp. Lot do Czeng-du przebiega wygodnie i sprawnie. Na miejscu czeka na nas sympatyczna, ładna, młoda Syczuanka o imieniu Swallow z płynnym angielskim. Zabiera nas prosto do dość eleganckiego ale bezstylowego hotelu. Po drodze nie możemy się nadziwić, jakie to "małe" miasto, liczące sobie ok. 5 mln mieszkańców jest nowoczesne, zabudowane nowoczesną architekturą. Wielkie bloki, szerokie ulice przypominają trochę dawną socjalistyczną Moskwę. Z zapamiętaniem wyburza się tu stare dzielnice, zastępując je nowoczesnymi, przytłaczającymi budowlami bez charakteru. Za fasadami tych głównych ulic kryje się jeszcze chiński bałagan. Ostra kolacja w hotelu i spać, bo miasto - nie do zwiedzania.


 
1 2 3 4 5 6 następna strona do góry