cz. 1
cz. 2
cz. 3
cz. 4
cz. 5
Galeria

 

 
 
Nadzieja na końcu świata  
Weronika Milewska
 
Palladą
na Wschód
 

Weronika Milewska
 
Kamczatka 2003 
Cezary Bugajczyk
 
Kamczatka 2002 
Maciej Kania
 
Moja Syberia 
Krzysztof Zajkowski
 
Syberyjska Północ 
Tomasz Nasiółkowski
 
Syberia Wschodnia 2002 
Sylwia Jeziorko
 

 

C H I N Y  2005
cz. 3

 

16.02.2005 - środa

Silny wiatr nie pozwala nam zrealizować planu, więc zamiast łodzią na wyspę jedziemy do świątyni GUANYIN, bogini miłosierdzia. Postać ta jest dla BAI bardzo ważna, bo jak głosi legenda, uratowała ona swój ulubiony naród przed najazdem wielkiej armii Hanów. Zeszła na ziemię jako staruszka, założyła sobie na plecy ogromny głaz i wyszła na spotkanie z Hanami. A gdy oni zdumieli się, że taka staruszka ma siłę dźwigać taki ciężar, ona odpowiedziała, że młodzi Baiowie w osadzie są oczywiście o wiele silniejsi, oni góry przenoszą, bo są młodzi. I tak Hanowie przestraszyli się spotkania z niezwykłymi siłaczami i odeszli. Znów mała, ale urocza świątynia, gdzie znajduje się ów słynny głaz. Na nim wyrzeźbiona jest postać staruszki - bogini miłosierdzia. Przed świątynią stoją dwie wysokie pagody z granitu z milionami wyrzeźbionych maleńkich Buddów. Wyżej jest główna świątynia, w której posąg bogini otoczony jest przez 18 Arhatów. Postacie Arhatów są zawsze bardzo dziwne, wyobrażają jakieś uczucia, silne emocje. Z wyglądu podobne są do charakterystycznych aktorów teatru japońskiego ( a może chińskiego), z silnym makijażem i niezwykłymi minami.

Bardzo ciekawa okazała się wizyta w sąsiedniej wiosce XIZHOU, oddalonej od Dali o kilkanaście kilometrów. Wioska jest dość zaniedbana, ale pozostała tu do dziś stara architektura, tak charakterystyczna dla BAI. W domach dawnych kupców mieszkają teraz bardzo biedni ludzie, którzy nie tylko nie mają na konserwację budynków, ale nawet nie potrafią ich posprzątać. A szkoda! W tradycyjnym domu BAI są co najmniej dwa dziedzińce. Najważniejszy jest ten pierwszy, w którym koncentrowało się życie rodziny. Jedna biała ściana atrium była bogato ozdobiona i zazwyczaj była po wschodniej stronie tak, aby odbijała promienie zachodzącego słońca. Po przeciwnej stronie była główna izba, gdzie byli przyjmowani ważni goście. Równocześnie był to pokój seniora rodu. Po jego dwóch stronach znajdowały się sypialnie jego synów. Reszta rodziny, dzieci, kuzyni musieli się zadowolić drugim dziedzińcem lub pięterkiem. Wiele domów w tej wiosce jest opuszczonych i niedługo zniszczeją ostatecznie, ale ciągle jeszcze można dostrzec wiele wspaniałych detali, marmurowych balustrad, rzeźbionych okiennic, fantazyjnych bram malowanych we wspaniałe widoczki, daszków, kapliczek, studni. Szkoda, że to wkrótce zginie. W XIZHOU oglądamy jeszcze przygotowany dla turystów występ zespołu ludowego BAI z tańcami, spektaklem tradycyjnego wesela no i przygotowaniem i piciem harbaty. Podano nam 3 herbaty: gorzką - na ciężkie i gorzkie życie człowieka pracującego, słodką - dla tych co już czerpią korzyści z owoców swej pracy i aromatyczną - dla osób starszych, wspominających smaki swojego życia, wypoczywających w spokoju i rozkoszujących się wspomnieniami. Całe popołudnie włóczymy się po Dali. Jest to urokliwe miasteczko, pełne turystów, handlu ulicznego, kafejek, muzyki itp. Do miasta przyjeżdżają często z towarami mieszkańcy innych mniejszości narodowych w regionalnych strojach, co znacznie wzbogaca obraz ulicy. Domy odnowione lub odbudowane w stylu BAI, białe z ornamentami i malowidłami. Czerwono-złote dekoracje noworoczne dodają miastu egzotyki. Ulica Cudzoziemców tętni życiem do późnej nocy. Im dalej od Centrum tym knajpki cichsze, mniej "europejskie" i tańsze. Kramy kuszą różnymi starociami, pięknym rękodziełem, haftami, jest co oglądać i jest co kupić. Na ulicach sporo dziewczyn w ludowych strojach BAI. Są to białe spodnie i bluzka, bogato haftowane w czerwone, niebieskie lub żółte kwiaty, na to fartuszek w tym samym kolorze no i wspaniałe nakrycie głowy - wysoki wieniec z kilku rzędów kolorowych kwiatów obejmujący upięte włosy. Zawsze najwyższy rząd kwiatów jest biały jak ośnieżone szczyty gór, najniżej nad czołem czepiec zdobią wiszące frędzelki. Wieczorem w miejscowej knajpce na ulicy cudzoziemców zasiadamy przy naleśnikach z bananem i Irish cofee. Jest super!

17.02.2005 - czwartek

Rano udało się mimo dość silnego wiatru popłynąć na jezioro ERHAI na wyspę SUO. Tam wita nas kolorowy targ rybny, na którym obok ryb sprzedaje się różne żyjątka wodne, jakieś krabiki, poczwarki i inne frykasy. Wioska jest bardzo biedna, ale za to ma swój koloryt. Etniczne stroje, kolorowe kramy, na których można kupić wiele ciekawych starych druków, zwojów malowanych na jedwabiu obrazków, wyrobów z metalu i starej porcelany, haftowanych stroików, pasków i torebek. A przede wszystkim księgi stare, oprawione w płótno, pięknie ilustrowane, wyglądające jak dzieła filozoficzne. A są to często bajki, legendy a nawet całkiem śmiałe frywolne, ilustrowane opowiadania.

Pewien Pan , imiennik Janusza
Wpadł w fotel z księgą i się nie poruszał
Oglądał sprośne rysunki
I nieprzystojne malunki
Mówiąc, że studiuje Konfucjusza.

Po wąskich uliczkach biegają piękne, uśmiechnięte dzieci, psy, kury i kaczki. W środku wsi znajduje się mała bardzo stara świątynka, stale czynna i odwiedzana przez wiernych, którzy składają ofiary i zapalają trociczki. Poza tym nie ma tu nic takiego, czego nie można zobaczyć w Dali - takie same białe domy tylko w gorszym stanie i bardziej zaniedbana zieleń. Wracamy do Dali. Wyciągiem krzesełkowym wjeżdżamy na wzgórze, do świątyni bogini pokoju ZHONGHE. Jest jakieś święto, bo tłumy ludzi podążają w tym samym kierunku. Na górze atmosfera jak na odpuście. Całe rodziny odświętnie ubrane, często w regionalne stroje, modlą się, palą świeczki i kadzidełka, jedzą przyniesione ze sobą wałówki. Po południu mała włóczęga po Dali - trochę zakupów, trochę zdjęć, trochę spaceru, kawka na tarasie jakiejś kafejki na ulicy Cudzoziemców, a potem mury obronne, z których można obejrzeć dachy całej starówki a także jezioro i góry Czang Szau w blasku chylącego się ku zachodowi słońca. Do hotelu wracamy kolorowym wózkiem ciągniętym przez konika. Ostatni wieczór w Dali czcimy wspólną kolacją na mieście : pizze, naleśniki itp. europejskie dania. Strasznie długi czas oczekiwania na wymarzone potrawy nie mąci naszego dobrego humoru.

Pan Adam and friends w Dali goszczą
On, widząc przyjaciół jak poszczą,
Sam wsuwa naleśnik smażony
Lodami suto zdobiony
mrucząc: "A niech mi zazdroszczą!"

18.02.2005 - piątek

Wyjazd naszym autobusem do Lijiangu. Droga piękna, biegnąca przez szereg pasm górskich - zaczynając od 2070 m a kończąc na 2450m. Na takiej wysokości leży Lijiang. Pogoda słoneczna z lekkimi deszczykami, dość ciepło 10-12 stopni. Po drodze mijamy wsie jak z XIX wieku, otoczone zielonymi tarasami, na których rośnie ryż i warzywa. Wioski są na ogół zwartym zespołem zabudowań, otoczonych murem lub raczej tylnymi ścianami domów. Do wnętrza wsi prowadzą bramy ozdobne, z okazji Nowego Roku udekorowane czerwonymi lampionami - kiełbaskami oraz napisami wyrażającymi pozdrowienia. Domy są częściowo z kamienia a częściowo z drewna, dachy ceramiczne, szare, bardzo stylowe. Do Lijiangu przyjeżdżamy prosto na lunch w hotelu. Nasza przewodniczka, Wendy, ładna i sympatyczna dziewczyna pochodzi z plemienia NAXI i jest bardzo dumna z tego, że ta mniejszość narodowa, która liczy obecnie około 200 000 osób, potrafiła zachować swoją odrębność kulturową. Wendy mówi o sobie zabawnie w trzeciej osobie. Jak będziecie czegoś potrzebowali to zapytajcie Wendy, Wendy Wam pomoże, Wendy postara się załatwić dla Was wszystko co chcecie. Bardzo dba o nasze posiłki, zawsze są zamówione w odpowiednim miejscu i odpowiedniej porze. Nie bardzo może zrozumieć, dlaczego dla nas posiłki nie są taką najważniejszą sprawą. Korzystając z ładnej pogody, jedziemy do Parku Czarnego Smoka - miejsca eksponowanego na wszystkich folderach reklamowych tego miasta. I trudno się dziwić. Piękne jezioro z czystą wodą, odbijające błękit nieba, na jeziorze biały łukowaty mostek, dalej wspaniała pagoda czerwonymi smukłymi słupkami i dachem z wywiniętymi narożnikami, wokół jeziora bladozielone drzewa i to wszystko na tle Śnieżnej Góry Nefrytowego Smoka. Można się zakochać! Jezioro w parku zasilane jest ze źródła, w przeźroczystej wodzie pływają złote rybki i na pewno spełniają życzenia wszystkich turystów. Dalej ta woda płynie do starego miasta kanałami, wzdłuż których mieszczą się tarasy kafejek. Dlatego miasto nazywane jest Yunnańską Wenecją.

Na estradzie w parku koncertują staruszkowie, grają starochińską muzykę sprzed 600 lat, która została całkowicie zapomniana w samych Chinach, a którą tylko tu w Yunnanie, w Lijiangu potrafi grać lud NAXI. Mniejszość narodowa NAXI stanowi bardzo ważną grupę etniczną, z całkowicie odrębną kulturą, językiem, pismem obrazkowym i religią. Ich religia nie ma charakteru podporządkowania się jakiemuś jednemu bogowi. NAXI składają ofiary różnym bogom, głównie oczywiście Buddzie - z uwagi na wpływy bliskiego Tybetu, ale tak naprawdę wierzą w harmonijną koegzystencję człowieka z naturą. Ta ich stara kultura nosi nazwę DONG BA i jest ciągle żywa. Języka i piktogramów dzieci uczą się w szkołach, a grupy NAXI muzykują w różnych miejscach, nie tylko w salach koncertowych. Kobiety noszą na co dzień swoje ludowe biało - niebieskie stroje i ciekawe nakrycia głowy. Popołudniowy spacer po pięknym starym mieście też jest przeżyciem. U bram miasta jest wielkie stare koło młyńskie, wzdłuż głównych ulic płyną czyste potoki ze złotymi rybkami, na obu ich brzegach, na tarasach kafejek rozsiadają się turyści, którzy mimo zmęczenia stale są nienasyceni widoku tego niezwykłego miasta. Szare kamienne domy z drewnianymi nadbudówkami, drewniane mostki, mnóstwo świeżej wiosennej zieleni, czerwone lampiony, otwarte szeroko okna i drzwi, zapraszające do wnętrz sklepów, pracowni artystów, hotelików i kafejek - to wszystko tworzy klimat miejsca, którego nie chce się opuścić. Na stare miasto warto wpaść o każdej porze, chociaż na dwie godziny. Zatrzymać wzrok na płynących potokiem światełkach z życzeniami lub wróżbami, jak podczas naszych wianków, albo na starych malowidłach na jedwabiu, sprzedawanych w miejscowych galeriach, albo na bogatych, kolorowych strojach starych chińskich mędrców, którzy chętnie pozują do zdjęć, albo wspiąć się wąską uliczką w górę ponad dachy miasta i spojrzeć na otaczające miasto pasmo pięciotysięczników ze Śnieżną Górą Nefrytowego Smoka. Można też potargować się w sklepie z pamiątkami, albo po prostu zamówić w jakiejś kafejce cappuccino i pogapić się na miejscowe mniejszości, na turystów i posłuchać muzyki. Lijiang został mocno dotknięty trzęsieniem ziemi w 1996 roku. Ogromne zniszczenia spowodowały lawinowy napływ funduszy na odbudowę. Skorzystano z tej okazji i wybudowano zupełnie nowe, nowoczesne miasto z szerokimi ulicami, hotelami, bankami i przestronnymi sklepami. Na szczęście nie zrównano wszystkiego z ziemią. Wydzielono dość duży, najlepiej zachowany fragment miasta i odtworzono i odnowiono stare kamieniczki i wąskie uliczki. Tak powstało a raczej ocalało stare miasto Lijiang. Szkoda, że akurat tutaj mieliśmy hotel w centrum nowego Lijiangu a nie na starym mieście. Hotel bardzo wygodny, elegancki, ale bez nastroju. Co prawda nie spędzaliśmy w nim dużo czasu. Basię intryguje uroda Chińczyków, głównie małych dzieci. Głośno podziwia ich subtelne rysy i delikatnie, kształtnie osadzone oczy.

Pani Basia mówi: Jest mi wszystko jedno,
Muszę wiedzieć, w czym urody Chińczyków jest sedno.
Ach te oczęta, te skośne
Przywodzą mi wręcz myśli sprośne.
Chciałabym mieć takie choćby jedno!


 
poprzednia strona 1 2 3 4 5 6 następna strona do góry