|
23.02.2005 - środa
Rano samolotem lecimy do Khunmingu. Tak - tak, już tu byliśmy, ale stąd można najlepiej samolotem przemieścić się do Guilinu. Na lotnisku w Lijiangu kontrola ostrzejsza niż na liniach międzynarodowych, nie pozwalają nawet zabrać otwartej butelki wina i to ani do bagażu ani do kabiny - czy ktoś umie to wytłumaczyć?
W Khunmingu, w oczekiwaniu na dalszy lot, zwiedzamy HUA TING TEMPLE. W planie była co prawda Bambusowa Świątynia, ale przewodniczka stwierdziła, że to wszystko jedno, bo i w tej i w tej jest 500 Arahatów. HUA TING leży na zboczu jednej z pięciu otaczających miasto gór. Jest otoczona pięknym parkiem, w którym biją źródła czystej i zdrowej wody. Ogrody pełne są kwitnących magnolii, kamelii i mimoz. Przed świątynią, w sztucznym basenie-jeziorku rosną nenufary i lotosy a na kamieniach wygrzewają się w słońcu żółwie.
Budda w świątni jest złoty i gruby ale uśmiechnięty, a ilość wyrzeźbionych na ścianach drewnianych Arahatów nieco deprymuje. Jest tu dość ładnie, ale brak nastroju tamtych Yunnańskich świątyń.
Po lunchu jedziemy jeszcze na targ kwiatowy, gdzie oprócz ogromnej ilości różnych kwiatów ciętych, zielonych, sadzonek i nasion można dostać pawie pióra i wykonane z nich wachlarze. Teraz już prosto na lotnisko i po bardzo niespokojnym locie, przy znacznych turbulencjach, lądujemy w eleganckim, nowoczesnym porcie lotniczym w Guilin.
Guilin wita nas straszną mgłą, wilgotność 90%, temperatura 10 stopni. Z dziewiątego piętra naszego eleganckiego hotelu niemal nie widać ulicy. Jest to dzień zakończenia festiwalu wiosennego i tuż przed naszym hotelem, nad rzeką odbywa się pokaz sztucznych ogni.
24.02.2005 - czwartek
Rano, po europejskim śniadaniu jedziemy prosto na statek, którym mamy popłynąć w dół rzeki Li. Mnóstwo turystów, głównie Europejczyków, bo dla Chińczyków cena tej wycieczki jest ponoć zaporowa. Martwi nas wisząca nadal nad miastem mgła. Okazuje się jednak, że w tej scenerii, jaką obserwujemy po obu stronach rzeki, mgła jest dodatkowym elementem scenografii.
To jest niezapomniana podróż. Płyniemy dość szybko w dół rzeki. Zamglone obrazy przesuwające się przed naszymi oczami są jakby nie z tego świata. Cienie skalistych kopców, zachodzące na siebie, tworzące szereg coraz jaśniejszych, jakby zanikających planów wydają się nierealne. Zza jednego wyraźniejszego pasma górek wyłania się i przesuwa drugie, bledsze, a dalej jeszcze jedno jeszcze jaśniejsze. Jakby ktoś w ten sposób chciał udowodnić istnienie trzeciego wymiaru. Wszystko w różnych odcieniach szarości.
Te dziwne góry o dość nieoczekiwanych kształtach rozrzucone po obu stronach rzeki Li towarzyszą nam, podczas całej czterogodzinnej podróży.
Po rzece snują się rybacy na maleńkich bambusowych czółnach, a ich pochylone sylwetki, wsparte o wiosła odbijają się w wodzie. Gdy nasza łódź zbliża się do nich, gwałtownie przyspieszają i niezwykle zgrabnie dopływają do burty, oferując turystom różne pamiątki. Po czym równie nagle odbijają od burty i wracają na swój brzeg.
Brzegi rzeki są na ogół płaskie, ozdobione ciemnoszarymi kreskami bambusów i delikatnym rysunkiem drzew. Wśród tych malarskich pejzaży widać tradycyjne piętrowe domy - dziś niezamieszkałe. Czasami rzekę przegradza nagle wysoka stroma skała, która również przegląda się w wodzie. Wtedy rzeka gwałtownie skręca. Wiele z tych skał ma swoje nazwy, trzeba tylko trochę wysilić wyobraźnię, aby w ich kształtach doszukać się form, potwierdzających trafność nadanych nazw.
Te romantyczne widoczki znad rzeki Li były często inspiracją dla artystów malujących na porcelanie lub na jedwabiu chińskie krajobrazy.
Na statku dostajemy znakomity lunch, spotykamy turystów z Europy: z Włoch, Francji, Anglii. Miło nam, że możemy porozumieć się w różnych językach i udowodnić swoją znajomość świata.
Tak dopływamy do YANG SHUO, bardzo ładnego, małego, turystycznego miasteczka, otoczonego tymi samymi formami skalnymi w kształcie kopców. Na starym mieście kilka uliczek, w tym dwie Ulice Cudzoziemców z kafejkami w lekko zachodnim stylu. Pełno kramów z wyrobami rzemiosła chińskiego, malowidła na papierze i na jedwabiu, wspaniałe rzeźby w kamieniu, wykonywane przez artystów na zapleczu sklepików, mnóstwo wyrobów z jedwabiu, hafty, chińskie bluzeczki i serdaczki itp.
Wspinamy się na Księżycowe Wzgórze, żeby zobaczyć z góry perspektywę tej księżycowej okolicy i Księżycowy Łuk na szczycie. Po 800 wysokich stopniach zasapani docieramy na szczyt. Razem z nami idzie grupa chińskich staruszek z wodą dla nas , gdybyśmy zasłabli. Dotarły na górę mniej zasapane od nas. Każda pilnuje swojego klienta. Nie potrzebujemy wody, ale żeby ich wyprawa nie poszła na marne, płacimy im za pozowanie do kilku zdjęć.
Widok ze szczytu wzgórza jest równie bajkowy jak ze statku. Skąpane we mgłach rozrzucone bezładnie skaliste kopce, cienie drzew, jasne smugi przedzierających się przez chmury promieni słonecznych to obrazek jak ilustracja z chińskiej bajki. A szeroki Księżycowy Łuk skalny stanowi piękne obramowanie do tego obrazka.
Późnym wieczorem, po zachodzie słońca część grupy wraz z naszą przewodniczką Moo, wypływa łodzią na połów ryb z kormoranami. Rybacy zawiązują na szyi ptaka opaskę, która nie pozwala mu połknąć złowionej ryby i puszczają ptaki na rzekę. Już po chwili ptaki nurkują jeden po drugim i zbierają w szyi swoje zdobycze. Wtedy rybak wyciąga kormorana i wytrząsa z niego ryby do koszyka. Kormorany są tresowane i nie wyglądają na nieszczęśliwe, bo nie uciekają.
Znacznie większy problem robi się z rybakiem, który nie potrafi ustawić się do romantycznego zdjęcia. Stożkowaty kapelusz ma na głowie tylko przez chwilę, na swojej pięknej smukłej bambusowej łodzi ma trochę bałaganu no i nie ma latarni, która oświetliłaby całą scenkę. A przede wszystkim tuż obok, po rzece kręcą się inne łodzie uniemożliwiając złapanie ładnego tła.
Nasi obaj reporterzy są zdegustowani i nie poprawiają im humoru ani sztuczne ognie na wyspie, zorganizowane specjalnie dla nas, ani pozowanie rybaka do zdjęcia z kormoranem na ramieniu.
Nasza miła Moo kochana
Chciała pokazać nam kormorana
Lecz rybak do zdjęcia się nie ustawiał,
zdjął kapelusz, a potem nawiał.
Mogliśmy tak pływać do rana.
Pan Andrzej po zmianie zajęcia
Zaczął robić piękne zdjęcia
Lecz czasem zrozumienia nie mają
Obiekty - i mu uciekają
Wtedy krzyczy: To nie do przyjęcia!
25.02.2005 - piątek
Rano wracamy autokarem do Guilinu, gdzie zostały nasze rzeczy. Po drodze znów te same kopce różnej wielkości i kształtu, rozrzucone wzdłuż całej trasy, widoczne aż po horyzont. Nie wiadomo, jakie były przyczyny powstania takich form skalnych akurat w tym miejscu. Czy są to pozostałości po silnych działaniach wody, która wypłukała bardziej miękkie skały, czy częstych wiatrów, które spowodowały zwietrzenia. A może są to wypiętrzenia naturalne skorupy ziemskiej?
Nasza przewodniczka Moo dobrze mówi po angielsku, ale zabawnie zaczyna każde zdanie od "How to say?" Jest bardzo zaangażowana, w autokarze bez przerwy gada
Dzisiaj jedziemy jeszcze na północ, do LONGSHENG, w dość dzikie, niedostępne, wysoko położone tereny, zamieszkałe przez mniejszości MIAO i DONG. Podróż trwa około 2 godzin i wiedzie bardzo krętymi drogami. Wokół na stokach gór widać pola ryżowe, zbudowane mozolnie, ręcznie, ponad 700 lat temu i przez setki lat odtwarzane, umacniane kamieniami. Cóż to za katorżnicza praca!
Dalej, na szczyt do PING'AN VILLAGE wspinamy się na piechotę. Można oczywiście dać się wnieść w lektyce, ale to wbrew naszym zasadom. Bardzo ciekawie i kolorowo wyglądają karawany lektyk, wijące się między ryżowymi polami, ale młodzi Chińczycy niosący grubych, ciężkich gości są bardzo zmęczeni i budzą litość.
Kobiety z plemienia DONG mają chyba najdłuższe włosy na świecie. Mają one długość od półtora do dwóch metrów. Zawijają je zgrabnie wokół głowy, wplatając w nie dodatkowo grube pasma obciętych wcześniej włosów. Tak zwinięte włosy tworzą coś na kształt turbana. Kobiety chętnie, za parę yuanów rozplatają swoje fryzury, rozczesują grube, czarne, błyszczące pasma i prezentują je do kamer. Za pozowanie do zdjęć dostają też od nas kasę i nagle uśmiechnięte rozśpiewują się donośnym głosem jak góralki na hali.
Miło jest w ciepły słoneczny dzień zjeść lunch nie w miejskim hotelu ale wśród pól ryżowych na werandzie pensjonatu. Teren, który odwiedzamy dzisiaj jest znanym kurortem, w pobliżu znajdują się ciepłe źródła a w okolicy jest sporo hotelików i pensjonatów, przyczepionych do górskich zboczy.
26.02.005 - sobota
Dziś jest wolny dzień, co nie znaczy, że nic nie robimy.
Autokar obwozi nas po mieście Guilin. Najpierw na Wzgórze Słoniowej Trąby. Trzeba wspiąć się po kilkuset stopniach na szczyt skały w kształcie słonia, topiącego trąbę w rzece. Z góry jest ładny widok na miasto i szeroką, spokojną rzekę a także oczywiście na kopce, które otaczają miasto a nawet wyrastają w jego centrum. Skała słoniowa jest zwietrzała i w jej wnętrzu są jaskinie.
Drugi przystanek to wzgórze Seven Star Hill. Z tej góry jest podobny widok na miasto, rzekę i okolice. Na wodzie widać dżonki, leniwie przemieszczające się popychane wiosłem rybaka, a na horyzoncie we mgłach góry-kopce. We wnętrzu tego wzgórza znajduje się jaskinia - świątynia, w której wykuto w skale ponad 800 posągów Buddy różnej wielkości i w różnym czasie. Niektóre z nich mają nawet 600 lat i są bardzo zwietrzałe. Jest w tym jakiś klimat.
Następny punkt programu to fabryka jedwabiu no i oczywiście sklep. Kokony larw jedwabników rozplątywane są tutaj ręcznie. Aby stworzyć jedną cieniutką niteczkę jedwabną do wykonania tkaniny potrzeba połączyć i spleść niteczki aż z ośmiu pojedyńczych kokonów.
Jeśli zdarza się, że kokony dwóch larw poplączą się razem i nie można ich rozpleść to takie nici wykorzystuje się do wykonania kołder. Larwy się wyjmuje (nadają się do jedzenia), kokon parzy wrzątkiem a następnie dwie dziewczyny rozciągają nici, tworząc cieniutką jak mgiełka siateczkę jedwabną o wymiarach kołdry. Ileś takich warstw tworzy wspaniałą, lekką, przeciwalergiczną kołderkę.
Moo jest wzruszona ilością zrobionych przez nas zakupów. W sklepie są oczywiści tysiące szali, szaliczków, apaszek, bluzeczek, męskich koszul, wdzianek, wszystko tanie i nadające się na prezenty.
No to teraz do wytwórni wyrobów z pereł. Tu przynajmniej jest pewność, że się kupi prawdziwe. Te perły są tzw. słonowodne tzn. są hodowane, ale w słonej wodzie co podobno ma jakieś znaczenie, jeśli chodzi o ich jakość, blask i cenę. W gablotach są tysiące różnych sznurów pereł małych i dużych, różowych, białych i żółtych a nawet czarnych. Są perły okrągłe i nieforemne. Są też wyroby ze złota i srebra stanowiącego oprawę dla pojedyńczych sztuk najpiękniejszych pereł. Tu również zostawiliśmy trochę yuanów. Wszędzie można i należy się targować.
Pora odpocząć przy pokazie parzenia herbaty. W szkole rolniczej, w centrum dzielnicy rządowej, jest specjalny instytut, gdzie studenci zdobywają wiedzę o uprawie i przetwarzaniu różnych gatunków herbat, ich smakach i aromatach, a także o sposobach ich parzenia i podawania. Najbardziej smakowała nam herbatka królowej angielskiej, czerwona. Chyba zielonej mamy już dość.
Czas już na dworzec kolejowy skąd elegancki, pociąg z wagonami sypialnymi zabierze nas do Kantonu. Podróż nocą zaoszczędzi nam czas.
27.02.2005 - niedziela
W deszczu autokarem zwiedzamy trochę Kanton. Wielkie nowoczesne miasto, powstające wśród i na miejsce wyburzanych slumsów. Dość duże centrum z hotelami, bankami, wieżowcami i sklepami.
Najbardziej jednak interesuje nas stara Świątynia Przodków Klanu Chen, zbudowana w XIX wieku, przekształcona najpierw w Chen Klan Academy a następnie w Folk Art. Museum i szkołę plastyczną. W pięknych starych pawilonach, bogato zdobionych kolorowymi rzeźbami i malowidłami wystawione są arcydzieła rękodzieła chińskiego, symbole cierpliwości, precyzji i pracowitości tych artystów i rzemieślników. Są tu wspaniałe, koronkowe wyroby z kości słoniowej, super delikatne i precyzyjne hafty jedwabne, tworzące obrazy ogrodów, roślin i zwierząt, malowidła na jedwabiu i porcelanie, ceramika, elementy rzeżbiarskie w drewnie i wszystko to, co widzieliśmy wcześniej w naszej podróży, tylko w znacznie lepszym wydaniu. Konkurencyjne też są ceny. Znów więc musieliśmy dopakować do naszych puchnących już walizek trochę towaru.
Interesujący był artysta, który dłonią, maczaną w tuszu, tworzył na poczekaniu bardzo precyzyjne, romantyczne obrazki, przedstawiające takie widoczki jak wokół Guilin.
Czeka nas jeszcze wizyta na starym bazarze medycyny chińskiej, gdzie można dostać różne zioła np.żeń szeń ale także skorpiony, z których wywar pomaga na gorączkę, lub morskie koniki, które też coś tam leczą. Obok tych medycznych akcesoriów są tu też rybki do akwarium, małe pieski, żółwie i oczywiście "bardzo stare" pamiątki. Bardzo egzotyczny bałagan.
Pani przewodniczka musi jeszcze zawieźć nas do sklepu firmowego fabryki porcelany. Jest tu rzeczywiście co podziwiać i co kupić. Filiżanki delikatne i przeźroczyste jak alabaster, cudownie zdobione, wspaniałe wazy, misy, donice, dzbany no i oczywiście całe serwisy. Naprawdę piękne, eleganckie i niedrogie.
Z Kantonu, który tutaj nazywa się GUANG DONG, szybką koleją wracamy do Hong Kongu. Wagony przypominają kabinę odrzutowca, lotnicze fotele, stoliczki na napoje, stewardessy, bardzo wygodnie. Z dworca autokarem prosto na lotnisko i przez Londyn do Warszawy.
Wszystko się kiedyś kończy. Również nasza podróż.
Udało nam się zobaczyć takie Chiny, jakich za parę lat może już nie być. Niezwykle dynamiczny choć trochę chaotyczny rozwój tego kraju z pewnością pociągnie za sobą jakieś straty. Czy ludzie tam będą pamiętać o ochronie tego, co najcenniejsze, dowodów kilku tysięcy lat cywilizacji i kultury? Czy w pogoni za pieniędzmi i dobrami współczesności nie zagubią własnej tożsamości, języka, muzyki, sztuki, architektury? Czy za kilka lat będzie po co tam jechać, czy będzie można zobaczyć tam coś charakterystycznego, innego niż w USA, Europie i wysoko rozwiniętych krajach Azji.
Może zostanie tylko Chiński Mur i terakotowa armia, a Dali i Lijiang zostaną zdominowane przez restauracje Mc Donalds i KFC, przez pizze i hot dogi, przez dżinsy i tiszerty, a z głośników turyści będą słyszeć piosenki ze światowych list przebojów. Bai, Naxi czy Mosu będzie można zobaczyć tylko w Etnic Village
My wracamy usatysfakcjonowani i nieco oszołomieni ilością wrażeń. Pozostawimy sobie w pamięci na zawsze nasz obraz Chin. Grupa zdała egzamin z koleżeństwa, poczucia humoru i zgodności.
Raz, dwaj towarzysze podróży
Dali nam, paniom, po jednej róży
Potem wszystkim chińskiej wódki stakanek.
Toż to całe pasmo niespodzianek!
Czemu to nie może trwać dłużej?
No to dokąd i kiedy następnym razem?
Pewni Państwo w grudniu - tak, wtedy!
Rzucili: "Może by tak do Chin od biedy?"
Byli, zachwycili się Lijiang i Dali,
W pamięci to zapisali,
Więc mówią: "To dokąd teraz i kiedy?"
|