Egipt, Izrael
Autonomia Palestyńska
 
 Galerie:
Egipt
Kair
Muzeum kairskie
Miasto Umarłych
Jerozolima
Autonomia Palestyńska
Ramallah
Tel Aviv

 

 
  
Grzesiek
na Czarnym lądzie
 
Grzegorz Lewocki
 
Hong Kong,
Macau, Filipiny
 
Grzegorz Lewocki
 
Maroko 2002 
Grzegorz Lewocki
 
Lądem
do Kambodży
 
Grzegorz Lewocki
 
32 dni
w Indochinach
 
Grzegorz Lewocki
 
Ukraina - śladami polskich warowni 
Grzegorz Lewocki
 
Samochodem
na Krym
 
Grzegorz Lewocki
 
Włoskie wakacje 
Grzegorz Lewocki
 
Kanał Ostródzko-Elbląski 
Grzegorz Lewocki
 

 
Grzegorz Lewocki
Egipt, Izrael, Autonomia Palestyńska

Miałem tylko kilka dni urlopu. Był pomysł, aby pojechać na Kubę, ale odstraszyły mnie ceny na miejscu, więc wybrałem Izrael i Egipt.

Fot. Grzegorz Lewocki

 

Warszawa - Hurghaga - Suez
Dzień 1
Melduję się 2 godz. przed odlotem na lotnisku Okęcie. Tam też odbieram bilet na lot czarterowy do Hurghagy. Bilet w dwie strony kupiłem na dwa tygodnie przed datą wylotu. Koszt biletu w dwie strony to 250$ USA z opłatami, ale zazwyczaj kosztuje około 275$ USA. Linie Air Fischer. Kolejka do odprawy spora. Na Okęciu wbijają już do paszportu nowe pieczątki, standardowe jak dla całej UE. W sklepie wolnocłowym kupuję butelkę whiski, aby w razie jakichś problemów żołądkowych mieć czym się podleczyć. W samolocie Boeing 767 mało miejsca na nogi i można tylko odpłatnie kupić coś do jedzenia, bądź picia (w PLN, Euro lub $), bo jak to dyplomatycznie określiła pani stewardesa "firmy turystyczne czarterujące samolot nie wykupiły pakietu z wyżywieniem, aby za to móc zapewnić Państwu inne atrakcje w miejscu spędzania wakacji?"

Na lotnisku upał powala z nóg. Za 15$ można kupić znaczki, które po wklejeniu do paszportu służą za wizę. W Polsce ceny wiz uległy 3 dni temu zmianie i wiza kosztuje o wiele więcej. Tam gdzie kupuje się znaczki należy wymienić pieniądze, bo potem po przejściu poza kontrolę paszportową nie ma kantorów. Kurs 1$ - 5,76 Funta egipskiego. Wraz z turystami z samolotu opuszczam dworzec. Gdy się od nich odłączam i idę prosto, a nie z nimi na parking z autokarami arabowie proponują mi taxi za 40 - 50F do dworca autobusowego. W miarę normalna cena za tę trasę to 20F. Do głównej drogi z lotniska jest około 900 metrów. Najpierw około 450 m do ronda, a potem kolejne 450 m od ronda w lewo do głównej bramy. Arabscy taksówkarze próbują wmówić mi, iż przez bramę mnie nie przepuszczą, bo tylko samochodem można pokonać ten odcinek. Gdy idę do ronda zatrzymują się dwa samochody i proponują podwiezienie za 40F, ale ja komuś kto jedzie i tak w tym kierunku, a mnie ma zabrać przy okazji proponuje 10F.

Jeden taksówkarz się zgadza i jego pomocnik wrzuca mój plecak do bagażnika starego peugota 407. W trakcie drogi taksówkarz cały czas mówi, że chce jednak 15F, bo 10F na które się zgodził to jednak za mało. Całą drogę trwa dyskusja, raz nawet, udaje że będzie wracał na lotnisko. Wymyśla sobie w końcu koncepcje, że 10F to do dworca autobusowego, z którego dzisiaj już nie jadą autobusy do Suezu, a z tego co jadą to jednak 15F musze zapłacić. Staje przy głównej drodze koło jakichś restauracji i mówi, że to tutaj. Mówię do niego, że 10F to do dworca "Upper Egipt Bus Co". Nerwy go ponoszą i skręca w boczna uliczkę. Zaciągam mu natychmiast ręczny hamulec i trzymając na nim cały czas reką każę wyciągnąć mu mój plecak z bagażnika i dopiero, gdy to robi wysiadam i nic nie płacąc odchodzę. Na rondzie w pobliżu zaczepiam młodego Egipcjanina, który wskazuje mi właściwego busa, którym dojeżdżam 2km do dworca.

Autobus do Suezu ma być za jakieś 10 minut. Arabowie płacą za przejazd 21F, ale ode mnie żądają 30F, bo jak tłumaczą turyści płacą więcej. Wykłócam się podczas jazdy i płacę w końcu 25F i garść pestek, które wcześniej otrzymuje od sąsiadów po prawej - Samira i Mustafy. Są bardzo mili i na jednym z postojów zapraszają mnie na herbatę i chociaż jestem niepalący pociągam z nimi ze dwa razy fajkę wodną. W autobusie wciskają mi potem jeszcze na siłę puszkę fanty. Z Hurghady wyjeżdżam o 16.00. W Polsce jest 15.00, bo jest 1 godz. różnicy. Przed 22.00 docieram do Suezu. Dworzec jest kawałek od miasta. Samir wskazuje mi odpowiedniego busa docierającego do "Central Market", skąd jednak jeszcze dobre 600m spaceruje w rejon hoteli, gdzie się chcę zatrzymać. Towarzyszy mi Mark, którego poznałem po drodze w sklepie, gdzie pytałem się o drogę. Jest studentem, rok akademicki jeszcze się nie rozpoczął, więc spędza dziś czas z kolegą w sklepie jego ojca i mówi, że pokaże mi drogę. Magid vel Mark prowadzi mnie najpierw do White House Hotel na głównej drodze, gdzie pokój kosztuje 62F ze śniadaniem, co jest dla mnie za drogo. Przechodzimy przez dwupasmową ulice i najpierw docieramy do Hotelu Chahen, gdzie łóżko kosztuje tylko 10F, ale jest pełny i bardzo obskurny, potem El - Medena (El Madena Hotel - Talaat Harb St. Tel. 3224056) za 20F za 1 osobowy pokój z wiatrakiem na 3 piętrze. Jest godz. 22.50, wiec zostaje w nim. Mark się nudzi i proponuje mi, że pojedzie ze mną w nocy nad Kanał Sueski. Przystaje na jego propozycje. Idę jednak najpierw się wykapać.

Życie towarzysko - biznesowe ze względu na panujący w dzień upał rozpoczyna się dopiero o zmroku, a przybiera na sile między godz. 22.00, a 2.00. Czynne są wtedy wszystkie sklepy, ludzie jedzą kolację urządzaną pod latarniami na skwerach i trawnikach. Setki samochodów na ulicach, korki, nieustający dźwięk klaksonów samochodowych, wtedy wszystko się rozpoczyna. Jedziemy komunikacją miejską tj. busem, w których przeważnie kierowcom płaci się należność podczas jazdy. Jedziemy do Port Tafiq za 0,5F od osoby. Nad "Kanałem" jest deptak, a na nim na murku przesiaduje tłum ludzi. Są też przenośne knajpki i wielu spacerujących ludzi. Statki pływają na zmianę raz w jednym, raz w drugim kierunku. Nie ma miejsca, albo jest za płytko, aby się minęły, a w nocy łodzie z pilotami wskazują drogę dużym kontenerowcom, które gdyby nie warkot krążących wokół niech łodzie pilotów mogłyby przepłynąć prawie niezauważone. Duże wrażenie, gdy w odległości około 100m w ciemnościach sunie olbrzymi kontenerowiec. Port Tafiq jest trochę droższy od Suezu.

Suez
Dzień 2
Dzień rozpocząłem od herbatki z ochroniarzem z hotelu w knajpce na ulicy. Potem dołączył Mark, bo miał mnie zabrać na mszę do kościoła swojego wyznania. Docieramy tam około 10.00. Msza katolicka "kościoła ortodoksyjnego" odmienna od znanej mi do tej pory. Kobiety i mężczyźni stoją osobno. Ofiarę można złożyć 3 razy, bo chodzi trzech mężczyzn z drewnianymi skrzynkami jeden po drugim, a komunia wygląda tak, że każdemu do ust ksiądz wkłada kawałek chleba i usta zakrywa się potem materiałową chusteczką ze znakiem krzyża. Msza odprawiana po arabsku. Po mszy na ogrodzonym dziedzińcu odbywają się towarzyskie spotkania. Mark przedstawia mi swoich kolegów i dwie koleżanki, z których jedna mu się bardzo podoba.

Zostawiamy całe towarzystwo i jedziemy do Port Tafiq, aby przyjrzeć się "Kanałowi" w dzień. Mam szczęście, bo akurat wpływa wielki kontenerowiec, a za nim dwa mniejsze. Gdy fotografuje statki miejscowi policjanci machają do mnie, abym nie fotografował, ale gdy mówię że jestem turystą nie robią już problemów. Upał trochę daje się we znaki. Idziemy napić się czegoś zimnego i gramy w domino w tej kawiarni przeszło 2 godziny, a potem wracamy do Suezu. Mała drzemka, a wieczorem idę na kanapki z "see food" - ośmiornice i małże z sałatką w bułce. Jadę następnie na dworzec autobusowy, aby sprawdzić o której jutro odjeżdżają autobusy do Św. Katarzyny. Dojazd do dworca "East Delta Bus Station" trwa około 15 minut, bo bus krąży między dzielnicami. Trzeba jechać do "Ilmuszi", a stamtąd przejść pieszo 300 metrów przechodząc przez kanał ściekowy z mnóstwem śmieci i przez wyrwę w płocie.

Odjeżdżają stąd taksówki zbiorowe, mikrobusy oraz parę metrów dalej duże autobusy. Autobus ma być jutro o godz. 14.00, a bilet ma kosztować 25F. W/g informacji, jakie uzyskałem odnośnie innych połączeń z Suezu do Kairu zbiorowe taxi kosztuje 7,5F, do Taby 26-30F, Sharm al Shaik 30F. Ceny dla turystów podają czasem o 5F wyższe. Cena minibusa w jedną stronę na dworzec 0,5F. Za drugą noc w hotelu płacę 17F.

Suez - St. Katherina
Dzień 3
Przed 11.00 przyjechał Marek i poszliśmy parę uliczek od hotelu na falafele (1szt. 0,5F). Wypijamy w knajpce pod hotelem obowiązkową herbatę i chwilę po 12.00 jesteśmy już na dworcu autobusowym. Autobus ma być o 14.00. Popijamy znowu herbatę, tym razem jednak aż po 1,5F za szklaneczkę. O 13.45 jest już autobus, ale biletów nie można jednak kupić w kasie, tak jak wcześniej informowali, tylko muszę zrobić to w autobusie. O godz. 14.15 wyjeżdżam. Po przejechaniu tunelem pod Kanałem Sueskim i po dwóch kontrolach paszportów dojeżdżam do miejscowości Święta Katarzyna (St. Katherina). Obowiązkowo jeszcze przed wjazdem opłata "klimatyczna" za wjazd do "Saint Katherine’s Protectorate" w wysokości 3$ dla turystów lub 5F dla rezydentów i ja płacę tyle, bo moja wiza w paszporcie wygląda inaczej niż wklejone tylko znaczki, więc 2$ zostają przypadkowo w kieszeni.

Na dworcu autobusowym Arab w tradycyjnym beduińskim stroju proponuje nocleg (EL Malaga Beduin Camp Host Shaik Mousa Sheikmousa@yahoo.com www.sheikmousa.com) w swoim Bediun Camp w cenie od 10 do 30F. Z dworca jest około 300-400m, za stacją benzynową po prawej stronie ulicy trochę na wzgórzu. Za 10F od osoby jest dormitorium 6-8 osobowe, a za 30F 1os. pokój. Biorę dormitorium, w którym będę i tak sam, bo nikogo nie ma. Toalety i prysznice w każdym przypadku są na zewnątrz. Można skorzystać z kuchni, chociaż naczynia są strasznie brudne. Jest darmowy internet. Po kąpieli idę coś zjeść. Na prawo od wyjścia zjadam bułkę z wątróbką za 3F. Po zjedzeniu jednak żołądek podpowiada mi, że to mięso nie było świeże, więc wypijam szybko w sklepie 1L coca-coli, jako odtrutkę, jednak mój żołądek dziwnie się zachowuje, chociaż biegunka i ewentualne torsje mnie nie męczą. Gdy wracam z "kolacji" sprawdzam pocztę i z godzinę przy herbacie rozmawiam z Salemem, bo tak nazywa się właściciel oraz z jego kuzynem pijąc herbatkę i dyskutujemy na różne tematy, chociaż ich ulubiony to samotnie podróżujące turystki! Wyłączam się jednak szybko z dyskusji, bo robaczki z materaców na których leżymy pod rozgwieżdżonym, bezchmurnym niebem w otoczeniu gór nie dają mi spokoju i dotkliwie gryzą po nogach (pluskwy, wszy???).

Kładę się spać o godz. 23.00, ale komary w dormitorium nie dają mi pospać. Nieźle pogryziony budzę się o 0.30 wyciągam z plecaka moskitierę i dopiero wtedy spokojnie zasypiam. Ponieważ drzwi nie maja zamka od środka śpię obok plecaka, którym zastawiam drzwi, więc gdyby ktoś nieproszony chciał wejść musi przewrócić plecak na mnie. Budzik w komórce dzwoni nieubłaganie już o 2.00, bo w/g info. Salema o tej porze mam zacząć wspinaczkę, aby przed wschodem dotrzeć na szczyt.

St. Katherina - (Góra Synaj) - Dahab
Dzień 4
Ważne!!! Klasztor jest zamknięty dla turystów w piątki i niedziele. Zwiedzanie w środku jest wtedy niemożliwe.

O godz. 2.25 wychodzę z hotelu. Obsługa hotelowa śpi na materacach pod murem szczelnie przykryta kocami. Z hotelu idę najpierw w dół mijając po prawej stację paliw, potem na rozwidleniu w prawo i po około 1,5 km dociera się do ronda i w prawo, ale tam są już oznaczenia. Idąc od ronda dobiegają mnie w pewnym momencie dziwne odgłosy i z ciemności wyłaniają się 4 sylwetki jeźdźców na wielbłądach z włączonym radiem. Dochodzę potem do punktu kontrolnego, przy sklepie, gdzie sprawdzają mi plecak i idę dalej. Strażnik pyta się, którą z dwóch dróg wspinaczki wybieram i opisuje mi pierwszy odcinek drogi do klasztoru. Można iść prosto i gdy się zobaczy kamienny mostek to przez ten mostek w lewo i wzdłuż muru, ale ja idę mijając mostek po lewej w prawo, potem koło bramy i w następną bramę wyglądająca jak brama do hotelu ze stróżówką i w pewnym momencie przed moimi oczami wyrasta wejście do klasztoru. Skręcam w lewo i przez kamienną bramę idę w dół, a następnie w prawo wzdłuż muru klasztoru. Jest noc i często posiłkuję się latarką na dziurawej, kamienistej drodze, a jest jeszcze płasko! O godz. 3.05 byłem na punkcie kontrolnym, a o 3.25 zostawiam za plecami mury klasztorne i tłum poganiaczy wielbłądów, którzy oczekują w tym miejscu dużą grupą na turystów skłonnych wynająć ich "pojazdy".

Po przejściu około godziny napotykam około 6-7 domków, gdzie można się czegoś napić, ale ceny szczególnie napojów 5 razy wyższe. Ta sama coca-cola co na dole kosztuje 0,75 - 1F tutaj, aż 5F. Ja mam ze sobą 2 litry wody i 0,75L coca-coli i wystarczy mi w dwie strony. Na szczyt docieram równo po 2 godzinach o 5.25 idąc tzw. "Camel Track". Było ciężko szczególnie, iż wspinaczka to nie jest mój ulubiony sport. Można podjechać dłuższy odcinek drogi na wielbłądzie za około 50F. Wielbłądy oferowane są również w ciągu drogi, ale nie da się na nich dojechać do końca. Ostatnie około 30 minut trzeba się jeszcze wspinać po około 700 stopniach. Na szczycie są dwa budynki (kościółki), ale wejście do nich są zamknięte. Na szczycie za 5F od osoby można wypożyczyć koc i materac. Na szczycie jest 30 osobowa grupa Kolumbijczyków z księdzem, trzej Malezyjczycy, czterej Koreańczycy i trzech Egipcjan. Innych narodowości nie udało mi się rozpoznać. Wschód słońca będzie o godz. 6.30 i prawie godzinę siedzę cały mokry po ciężkim podejściu, skulony za skałą osłaniającą mnie trochę od chłodnego wiatru. Koca nie chciałem wypożyczać, bo bałem się ewentualnego pogryzienia przez jego mieszkańców.

Wschód słońca nie oszołamia mnie. Droga powrotna zajmuje 2 godziny. Schodzę z trzema Malezyjczykami, ale nie "Camel Track" tylko tzw. droga 3000 stopni. Po zejściu ze szczytu po 700 stopniach do pierwszej budki z napojami w prawo, potem w lewo mało widoczną w porównaniu z głównym szlakiem drużką. Ścieżka bardzo malownicza, napotyka się nawet kościół wśród gór, o którym w ogóle w przewodniku nie piszą. Droga jest bardzo interesującą drogą. Schodzimy prawie na wprost Klasztoru. Drogą tąktórą schodzimy raczej na pewno nie udałoby się mi wejść, bo jest stroma i o wiele cięższa od tej, którą wchodziłem i nie wiem, czy 4 godziny na wejście by mi wystarczyły???

Rady dotyczące wspinaczki!!!
Koniecznie potrzebna jest latarka, o ile nie chcecie kolan sobie poobijać w najlepszym przypadku. Weźcie sobie koszulę na zmianę i może drugą bluzę lub polar. Po podejściu moje rzeczy były kompletnie mokre, a wiatr był bardzo zimny! Jak ktoś ma to na czas oczekiwania na ciepłe wschodzące słońce śpiwór lub koc jest wskazany. Gdy ktoś nie chodzi za bardzo po górach lub nie należy do najszczuplejszych, jak ja to tylko w górę "Camel Track". Powrót w/g uznania, ale polecam drogę 3000 tyś. stopni, chociaż mięśnie nóg pod koniec schodzenia i tak będą drżeć ze zmęczenia.

Po zejściu na dół od klasztoru podjeżdżamy do punktu kontrolnego stopem (400m), tam rozstaję się z Malezyjczykami i dalej idę pieszo do ronda, a potem szambiarką w zadymionej nikotynowym dymem szoferce około 1,5 kilometra, prawie pod sam hotel. O godz. 9.00 jestem w hotelu. Prysznic, śniadanie i o 10.10 jestem już w sklepie na wprost dworca autobusowego i siedząc w cieniu próbuje złapać autostop do Dahab lub do skrzyżowania na drodze w tamtą stronę. Po zejściu z Góry Synaj postanowiłem się wykapać w morzu i chwile poleżeć na plaży. Do 12.00 zaczepiłem wszystkie prawie samochody, ale jeżdżą one tylko w obrębie miasteczka.

Pozostaje mi czekać na rejsowy autobus do Nuweiby zajeżdżający również do Dahab, który ma być o 13.00 (tylko jeden dziennie, o ile przyjedzie, bo podobno zdarza się, że nie dociera). O 12.05 jedzie busik, którym widziałem kilka minut wcześniej jechały dwie turystki. Jak się okazało wynajęły go z Nuweiby, a kierowca tam wraca i pyta się ile jestem skłonny mu zapłacić? Wyjaśniam mu, że chciałbym dojechać do Dahab i że chce do głównej drogi przynajmniej, a że za godzinę mam mieć autobus za 20F to mogę mu dać 10F, bo drugie 10F będę musiał przeznaczyć na odcinek do Dahab. Trochę się targuje, bo on chce 20F, ale w końcu daje mu 12F i jedziemy. Do Nuweiby jest 120 km, a do skrzyżowania z drogą na Dahab 80 km. Docieramy tam bardzo szybko, gdyż kierowca pędzi jak szalony. Ze skrzyżowania do Dahab jest 40 km. Jest tu kontrolny posterunek policji, więc siadam z policjantami na krzesełku i po 5 minutach trzeci samochód z kolei zabiera mnie ze sobą. Jadę klimatyzowanym jeepem jednego z drogich hoteli z Sharm. Kierowca przy punkcie kontrolnym do Dahab skręca do miasta i podwozi mnie do dzielnicy, która mnie interesuje. Na koniec płace mu 8,5F i 1 Euro, bo tyle mam w drobnych, a on chce 20F.

Dochodzę do głównej ulicy równoległej do linii brzegowej i idę w przeciwną stronę od centrum. Po drodze oferują pokoje po 50F. Po przejściu mostku na deptaku zaczepia mnie Arab, który prowadzi mnie do "Alaska Camp" (Dahab Alaska Camp e-mail: dahabescape@hotmail.com www.dahabvillage.com), gdzie dostaję w długim budynku pokój 1os. z wiatrakiem za 20F. Cena wyjściowa 25F, ale tylko dla formalności się targuje z menadżerem Jankiem z Holandii. Przyjechał on tutaj w podróży po Azji i Afryce na 2 dni i został pracując od miesięcy. Do końca dnia leżę na plaży i kapię się. Można wypożyczyć maskę z rurka i pływać podziwiając rafę niedaleko brzegu. Są też wycieczki na rafy położone dalej np. Blue Holl za 25F za dzień. Pomimo włączonego wiatraka pod sufitem i otwartego okna w pokoju strasznie gorąco.

Dahab - Taba - Jerozolima
Dzień 5
Dahab to wąski pas zabudowany wzdłuż brzegu z zielenią przy morzu, a tak to same skały. Woda w prysznicach i kranie w moim hotelu jest delikatnie słona. Do dworca z miejsca, w którym się zatrzymałem jest dwa do trzech kilometrów. Za przejazd miejscowi płacą około 2F. Turystom oferowany jest przejazd za 5-10F, ja targuje do 3F. Taxi to przede wszystkim półciężarówki. Po drodze dosiada się kilku policjantów. Autobus jest o godz. 10.30. Bilet do Taby sprzedawany jest w momencie przyjazdu autobusu. Cena 22F. Z Dahab jest jeden autobus dziennie do Św. Katarzyny o 8.30 za 16F. Do Suezu o godz. 8.00 rano za 35F i 10.00 za 47F. Do Kairu 8.30, 12.30, 14.30, za 62 F i o 22.00 za 75F. Do Sharm el Sheik jest dużo autobusów i zaczynają kursować od 8.00.

Autobus przyjeżdża o 10.50. Przed Tabą sprawdzają paszporty. Para z przodu ma polskie, więc ich zaczepiłem. Agnieszka i Cyprian przyjechali na 2-tyg. urlop do Sharm el Shaik i postanowili wybrać się do Jerozolimy na dwa dni plus dwa dni podróż. W ich hotelu dwudniowy wyjazd do Jerozolimy z 4 godzinnym zwiedzaniem to wydatek 170$ od osoby. Z dworca autobusowego do przejścia granicznego jest 400-500m. Taksówkarz żąda po 2F od osoby, idziemy więc pieszo. Na granicy nabywamy za 2F znaczki, które wklejamy do formularza wyjazdowego. Po przejściu na Izraelską stron prześwietlają nam bagaże, otwierają je, skanują pasek Cyprian i następnie odprawa paszportowa. Tam pytania dokąd, na ile, ile mamy pieniędzy, proszą pokazać i dziwią ich nasze płaskie (nie wypukłe) karty bankomatowe, pytają gdzie pracujemy i w jakim hotelu mamy zamiar się zatrzymać. Przychodzi potem jakaś przełożona i tłumaczą jej "wopistki" to co my im tłumaczyliśmy. Karzą nam poczekać i po 15 minutach oddają paszporty mówiąc ze smutkiem w głosie, że tylko na dwa tygodnie dali nam wizy. Wymieniamy pieniądze w kantorach w części wyjazdowej z Izraela (1$ - 4,29 szekla) i idziemy na autobus nr 15, którego przystanek jest obok przejścia granicznego. Autobus jedzie bezpośrednio na dworzec autobusowy. Koszt przejazdu 6,4 szekla od osoby. Taxi 25 szekli za kurs.

O 15.30 jesteśmy na dworcu. Obowiązuje ten sam czas co w Egipcie. Ostatni autobus do Jerozolimy odjeżdża o 16.30. Koszt 65 Nis (skrót szekli). O 21.00 po dwóch postojach 10-cio minutowych na stacjach benzynowych i jednym 20 minutowym w Ein Gedi nad Morzem Martwym, gdzie korzystają z okazji wskakuje do wody, docieramy do Jerozolimy. Autobusem nr 1 (po 21.00 jeździ co 20-30 minut) jedziemy do Starego Miasta - pod "Western Wall", a dokładnie pod Ścianę Płaczu po hebrajsku zwana "Kotel". Idziemy stamtąd trochę błądząc w stronę Bramy Damasceńskiej w poszukiwaniu hotelu. W jednym miejscu pytamy się ortodoksyjnego Izraelczyka w którą stronę mamy iść, pokazuje nam obejście drogi którą zamierzaliśmy wędrować, bo podobno w ostatnim tygodniu zabito tam jakiegoś żyda i jej nie poleca.

Idziemy dalej i trafiamy do "Petra Hotel" (Petra Hotel & Hostel Jaffa Gate, Old City, www.inisrael.co/petra e-mail: hostelpetra@hotmail.com), jak się okazało koło Bramy Jaffa, a ponieważ czytałem opis na internecie, że ktoś tam spał, więc wstępujemy. Warunki nie za ciekawe dormitorium 35 Nis , na dachu materac 25 Nis (jest więcej niż trochę brudno), połamana terakota na podłodze, ale jest przed godziną 23.00, więc postanawiamy zostać. Moi przemili towarzysze podróży pierwszy raz w życie śpią w dormitorium i nie mają uszczęśliwionych min. Kobiety i mężczyźni śpią w oddzielnych salach. W hotelu jest kilku obywateli USA, Rosji, Niemiec, 1 Francuz, 1 Irlandczyk, oraz 1 dziewczyna z Mauritiusa. Jest też jeden Polak Mariusz spędzający miesięczne wakacje w Izraelu. Wykańczamy we trzech przy pomocy Francuza i Irlandczyka litrowe whiski, które miałem jeszcze ze sklepu wolnocłowego i przed 2.00 kładziemy się spać.

Jerozolima
Dzień 6
Budzimy się przed godz. 8.00. Na śniadanie herbata, herbatniki i gorące kubki. W hotelu jest kuchnia, czajnik elektryczny, lodówka, wszystko trochę brudnawe. Na dole wymieniam dolary 1$-4,45 Nis i bierzemy w trojkę pokój za 105 Nis. Tyle samo płacimy za dormitorium, a mamy lepsze warunki.

Wyruszamy na zwiedzanie.
1. Ściana Płaczu - wejście przez bramki do wykrywania metalu oraz prześwietlanie bagaży. Oddzielnie podchodzą kobiety i mężczyźni. Bez problemu w nakryciu głowy i w spodenkach za kolana można podejść pod ścianę płaczu, robić zdjęcia;
2. Kościół Św. Anny - wstęp 7 Nis lub 1,5$, ale niekoniecznie warto wchodzić, bo nic ciekawego;
3. Góra Oliwna i zdjęcia z panoramą Starego Miasta;
4. Rosyjska Cerkiew Marii Magdaleny (wstęp bezpłatny) - mile widziany datek;
5. Bazylika Narodów i Ogród Gatsemanii, gdzie pojmano Pana Jezusa. Byliśmy tam na mszy włoskiej, która akurat trwała;
6. Grób Najświętszej Marii Panny;
7. Droga Krzyżowa - na podstawie przewodnika odprawiamy drogę krzyżową, którą kończymy w Bazylice Grobu Pańskiego w miejscu, gdzie Jezus został przybity do krzyża, umarł, został zdjęty i złożony do grobu. Bazylika jest czynna do 18.00. Aby wejść do grobu trzeba czasem czekać 10-20 minut, gdy jest duża kolejka. W środku zmieści się max 4-5 osób. Przed grobem zakonnik nadzoruje ruch. Nie wolno wnosić plecaków, zostawia się je koło zakonnika. Zdjęcia bez ograniczeń można robić w każdym z tych miejsc.

Około 16.00 idziemy do Nowego Miasta i w jakiejś knajpce jemy po kawałku pizzy plus 0,5 l pepsi - strasznie rozwodnionej, sałatka owocowa lub warzywna oraz rożek lodowy za 29,9 Nis od osoby. Zestaw w McDonaldzie kosztuje 32 Nis, falafel na ulicy po 10 Nis, kanapki duże po 20 Nis. Idziemy potem do hotelu na małą drzemkę i po godz. 20.00 raz jeszcze krótki spacer do Nowego Miasta. Wieczorem Mariusz częstuje nas alkoholem, który w/g napisów smakiem ma przypominać tequille, ale pachnie gumą do żucia i nie za bardzo nam smakuje.

Jerozolima - Betlejem - Jerozolima
Dzień 7
Jedziemy dzisiaj do Betlejem w Autonomii Palestyńskiej do Bazyliki Narodzenia Pańskiego. Dworzec autobusowy busików jest jakieś 100 metrów po wyjściu z Bramy Damasceńskiej w prawo po lewej stronie ulicy. Przejazd do punktu kontrolnego "Bejt Jalla" około 25 minut jazdy za 3,5 Szekli. Na punkcie kontrolnym, ponieważ sytuacja polityczna jest stabilna nie widać żadnych żołnierzy. Do Bazyliki idzie się około 30 minut, najpierw cały czas w dół i na rozwidleniu szerokim, gdzie ulica ostro skręca w prawo idziemy prosto, a potem trzeba stromo wspinać się pod górę i następnie delikatnie w dół. Wejście pod górę pokonaliśmy taksówką z uprzejmą arabką, która wsiadając do zatrzymanej przez nią taksówki zaproponowała nam bezpłatne podwiezienie kawałek.

W Bazylice można obejrzeć:
- grotę Narodzenia Pańskiego;
- mozaiki z IV wieku na podłodze ukryte pod drewnianymi klapami;
- kościół Franciszkanów.

Kopuła Bazyliki opiera się na słupach z czerwonego wapienia z IV wieku. Ściany i filary są mocno zatłuszczone i brudne. Interesujące jest wejście do Bazyliki, które jest bardzo wąskie i sięga do piersi. Jest takie specjalnie, ponieważ mnisi nie chcieli, aby nikt z najeźdźców często nawiedzających te strony wjeżdżał konno do środka. Gdy tam wchodzimy odbywa się właśnie pogrzeb. Po drugiej stronie "Placu Żłóbka", który jest przed Bazyliką jest Meczet Omara ibn-al Khatab, a po jego lewej stronie patrząc na front dwie małe knajpki sprzedające pieczone kurczaki. W drugiej z tych knajpek zjadamy we trójkę jednego kurczaka + 1,5L Pepsi + trzy sałatki i po dwie pitty na osobę za 35 Nis. Odwiedzamy jeszcze pocztę. Dwa znaczki na kartkę do Polski to wydatek 2 szekli, na poczcie brak kartek w sprzedaży. W drodze powrotnej zdecydowaliśmy się na kurs taksówką do punktu kontrolnego. Cena 2 szekle od osoby.

Z punktu kontrolnego wracamy busikiem tym razem za 5 Nis od osoby i podobno to oficjalna cena, bo 3,5 Nis płacą uczniowie? Wysiadamy pod bramą Dżaffy i chwilę odpoczywamy w pokoju, a następnie idziemy obejrzeć Wzgórze Świątynne z "Kopułą Skały". Nie jest to jednak możliwe, ponieważ nie muzułmanie wejść tam mogą tylko w godzinach od 7.30 do 11.00 i od 13.30 do 14.30. Agnieszka z Cyprianem są niepocieszeni, ale liczą, że jak pojadą jutro autobusem o 9.00 do Eliatu to jeszcze zdarzą obejrzeć. Idziemy następnie raz jeszcze do Bazyliki Grobu Pańskiego i po godzinie 18.00 lądujemy w hotelu. Ostatni nasz wspólny wieczór, bo moi towarzysze wracają jutro z samego rana do Egiptu. Cyprian idzie jeszcze wieczorem kupić bilety na dworzec na poranny autobus. W jedną stronę pieszo idzie się 38 min. Bilety do Eliatu należy kupować najlepiej dzień wcześniej, bo to deficytowy towar. W wieczornych wiadomościach podają, że w strefie Gazy został zabity brat Jassera Arafata

Jerozolima - Ramallach - Jerozolima
Dzień 8
Agnieszka z Cyprianem wstają przed 6.00. Nie udało się Cyprianowi kupić wczoraj biletów na godz. 9.00, bo już nie było miejsc i jadą o godz. 7.00. Ja wstaję po godzinie 8.00 i po lekkim śniadaniu idę do Kopuły Skały. Wstęp bezpłatny, ale jestem bardzo szczegółowo sprawdzany. Skanowany jest specjalnym przyrządem plecak, odkręcają i wąchają napój, jaki wnoszę. Na wzgórze świątynne z Kopułą Skały jest tylko jedno wejście i wchodzi się po drewnianym pomoście przy Ścianie Płaczu. Do Kopuły Skały wejść nie można. Meczetów w swoim życiu widziałem już kilka w związku z tym tak bardzo się nie martwię. Pospacerowałem chwile po Wzgórzu Świątynnym obszedłem kopułę i skierowałem się do Bramy Damasceńskiej.

Busiki nr 18 do Ramallach dokąd się udaję odjeżdżają z innego dworca, niż te do Betlejem. Z Bramy Damasceńskiej idę uliczką prosto około 150 metrów i po lewej stronie jest stacja tych busów. Koszt przejazdu 4,2 Nis.

Państwo w Państwie. Autonomia Palestyńska - Rammallch robi wrażenie. Sam punkt kontrolny odbiegający od jakichkolwiek standardów międzynarodowych i wysoki na kilka metrów betonowy mur dookoła, to dziwny jak na nasze czasy widok - sterty śmieci, gruzu i unoszący się spod kół samochodów kurz.

Z granicy do Ramallch jest około 3 do 4 km. Zbiorowe busy kosztują około 2,5 Nis od osoby. Internet w mieście 4 Nis, szawarma 8 Nis, woda 3 Nis. Ceny niższe niż w Jerozolimie. Pochodziłem ze trzy godziny ulicami wśród nie przebranego tłumu, wśród przyjaźnie nastawionych ludzi, a następnie wróciłem na granicę.

Po przejściu punktu kontrolnego zaczepia mnie jeden Palestyńczyk i rozmawiamy chwilę o sytuacji politycznej. Okazuje się, że jest on z NGO zajmującym się między innymi edukacją palestyńskich kobiet, co do przysługującym im prawom wyborczym. Mówię mu, że ja mam wiele wspólnego z prawami człowieka i że byłem ostatni na dwóch misjach EID i być może podczas styczniowych wyborów przyjadę do Palestyny. Namawia mnie abym z nim pojechał, bo właśnie jedzie do odległego około 30 min jazdy z przesiadką ośrodka w wiosce, gdzie ma spotkanie z grupą około 30 kobiet.

Jadę z nim do "ośrodka gminnego" i po jego wykładzie wygłaszam pierwsze w życiu prelekcję o wyborach i przypadkach naruszeń, jakie ostatnio w misji EID zarejestrowano. Odpowiadam na kilka pytań i po wypiciu wspólnej herbaty i pamiątkowych zdjęciach wracam na punkt kontrolny, gdzie żegnam się z Abedem i wracam do Jerozolimy.

Miałem po wizycie w Ramallach jechać do Tel Aviv-u, ale jest już trochę za późno. Po raz ostatni idę raz jeszcze do Bazyliki Grobu Pańskiego. W Bazylice spotykam poznaną w hostelu Niemkę Ewę, która mówi mi o znaczniej bardziej przyjemnym i tańszym hostelu. Jest to Hebron Hostel (dawny Tabasco 8 Aqabat Etkia, Souk Khan El Zeit, ashraftabasco@hotmail.com ), gdzie dormitorium kosztuje 25 Nis, 2 osobowy pokój bez łazienki - 80 Nis, a 110 Nis z łazienką. Ponieważ rano przed wyjściem wymeldowałem się z hotelu, zostawiając bezpłatnie tylko plecak, przenoszę się więc do Hebronu. W Hebronie nie ma tylko kuchni, ani czajnika do gotowania wody, ale jest sto razy czyściej i schludniej, ładne kanapy oraz stół bilardowy, a na dole za 10 Nis można zjeść spaghetti. W hotelu można też zamówić miejsce na popularną bardzo wycieczkę, w programie której jest: Morze Martwe - wschód słońca i kąpiel + Ein Gedi Natura Reservat (1,5 godz.) + przystanki na zdjęcia w: Qumran, Jericho, St. George Monaster, Wadi Kelt, Mount of Temptation i Mount of Olives. Cena imprezy od 100 do 130 Nis w zależności od naszego talentu w targowaniu. Wyjeżdża się godz. 3.00 rano, a powrót około 14.00.

Wieczorem robię sobie jeszcze spacer na dworzec autobusowy, aby dowiedzieć się o porannych autobusach do Tel Avivu i ewentualnym do Rafy w Strefie Gazy, bo myślę o powrocie do Egiptu tamtędy. Droga na dworzec zajmuje mi 45 minut marszu w jedna stronę. Z tego co dowiaduje się na dworcu nie ma bezpośrednich autobusów do Rafy. Wieczorem przy Bramie Damasceńskiej handlarze wyzbywają się trochę taniej owoców. Kupuje 8 dużych brzoskwiń i 10 słodkich, soczystych jabłek za 10 Nis. W hotelowym holu zagaduje mnie 50 letni Pan ze Sri Lancy, któremu wypełniam dwa przekazy Western Union, bo on chyba nie umie pisać??? Angielskiego prawie też nie zna. Dziwne jak on się tu znalazł??? Internet w hotelu 6 Nis.

Jerozolima - Tel Aviv
Dzień 10
O godz. 8.35 autobusem nr 1 z pod Ściany Płaczu jadę na dworzec autobusowy za 5,5 Nis. O godz. 9.00 wyjeżdżam do Tel Avivu za 17,17 Nis. Czas przejazdu 1 godz. Na Dworcu w Jerozolimie są bramki i maszyny do prześwietlania bagażu. W Tel Avivie jest ich brak i ochrona wkłada ręce głęboko do bagaży, które trzeba pokazać. Ponieważ nie jest jeszcze gorąco idę pieszo do wypatrzonego w internecie Hotel Mugraby na Alenby Street (Mugraby Hostel 30 Allenby St. www.mugraby-hostel.com e-mail: mugraby@zahav.net.il) niedaleko od plaży. Droga nie zajmuje 35 minut. Cena hotelu 43 Nis z wliczonym lekkim śniadaniem - 4 tosty, dżem, serek plus kawa lub herbata. Dostaję też ręcznik i prześcieradło, poszewkę na poduszkę i coś do przykrycia. Na dole jest internet 12Nis za 1 godz. W moim 8 osobowym pokoju jest jeden milczący Francuz i jeszcze 4 mieszkańców, ale ich wcale nie widać. Jest gniazdko, gdzie można naładować komórkę lub zagotować grzałką wodę. Warunki ok. jest też sejf, gdzie można zostawić wartościowe rzeczy, a w pokoju metalowe szafki zamykane na kłódkę, do których można zapakować cały dobytek.

Przebieram się w strój kąpielowy i idę na plażę. Plaża bardzo ładna, biały piasek, czysta błękitna woda. Słońce spiekło mnie przez ten czas porządnie. Odpoczywam w hotelu, wypijam ze trzy herbatki i schodząc na dół widzę, że w telewizji wyświetlają trzecią część Władcy Pierścieni, więc przysiadam na chwilę i oglądam konicówkę.

W międzyczasie wchodzi do hotelu Zed - Amerykanin poznany w Bazylice Grobu Pańskiego, któremu Agnieszka opowiadała wszystko o Bazylice, bo chłopak był mało zorientowany. Zed jest nauczycielem pływania w Kalifornii. Przyjechał na ślub swojej siostry do Grecji, a ponieważ miał trochę czasu to na pięć dni przyleciał do Izraela. W nocy ma powrotny samolot i chce zostawić gdzieś bagaż do wieczora. Umawiamy się na 20.00, aby pogadać, a ja teraz idę na spacer wzdłuż wybrzeża.

O 20.00 idziemy na falafele po 12 Nis, kupujemy trzy tanie piwka -12 Nis za 3 sztuki (0,5L niemieckie). Siedzimy tak na promenadzie do 23.00. Znajduje potem taksówkę dla niego. Taksówkarz chce na początku 150 Nis, ale gdy zaczynam z nimi rozmawiać po rosyjsku, bo okazuje się Rosjaninem, to jednak zgadza się na 90 Nis, bo tyle Zedowi zostało.

Tel Aviv
Dzień 10
Po śniadaniu idę na dworzec autobusowy, ale w soboty otwierają go dopiero o godz.15.00. W hotelu potwierdzają, iż przejście graniczne w Rafie jest zamknięte, tak samo mówią kierowcy service taxi pod dworcem, więc decyduję się wracać przez Eliat.

Z dworca autobusowego robię sobie 40 minutowy spacer do Jaffy, do portu i na wzgórze. Bardzo ładny widok na Tel Aviv z murów Jaffy. Spedzam tam czas do popołudnia i na 15.00 wracam na dworzec autobusowy. Kasy biletowe powinny być już otwarte od 15.00, ale dzisiaj mają opóźnienie, aż do godz. 15.35. Kupuję bilet na godz. 00.30 za 65 Nis. Autobusy do Eliatu są jeszcze w sobotę o 16.00, 17.00 i 20.00. W piątki ostatni autobus do Eliatu odjeżdża o godz. 16.00, a z Jerozolimy o 14.00.

Wracam do hotelu. Oglądam film w TV, biorę prysznic, robię zakupy w sklepie "24:12" i wlokę się przez 1 godzinę z plecakiem do dworca. Można też dojechać autobusem nr 4 za 5 Nis, ale ja mam dużo czasu. Zachodzę na godz. 20.00, jem na IV piętrze w knajpce bagietkę z mięsem i warzywami za 5 Nis i czekam 4 godziny na autobus robiąc notatki i czytając przewodnik. Autobus odjeżdża punktualnie i nie jest tylko jeden, ale aż 6-ść i robi w Tel Avivie jeszcze gdzieś na peryferiach przystanek, na którym dosiadają się pasażerowie.

Tel Aviv - Eljat - Taba - Suez - Kair
Dzień 11
O godz. 4.55 dojeżdżam do Eljatu. Autobusy do granicy jeżdżą dopiero od godziny 9.00. Idę 500 metrów na drogę wiodącą bezpośrednio do przejścia i próbuję złapać autostop. Staje po około 20 minutach jakaś taksówka (już się rozwidniło). Ja mu tłumaczę, iż mam 6,4 Nis - tylko na bilet autobusowy, on na to, iż nie ma problemu, wiec jedziemy. Bierzemy jeszcze jakąś parę Rosjan izraelskich, która nagle wyszła z bocznej drogi. Na koniec ja daje mu 6,4 szekla, a od tej pary bierze 30 szekli, które oni bez słowa sprzeciwu płacą. Opłata wyjazdowa z Izraela 70 szekli. Uiszczają ją wszyscy, nawet Izraelczycy. Po egipskiej stronie brak formularzy wyjazdowych i strasznie długa kolejka, bo trzy autobusy turystów właśnie się odprawiają. Omijam umiejętnie tą kolejkę i o 7.00 jestem już na dworcu autobusowym. Stoi tam już autobus do Suezu, który za 20 min. ma odjechać. Cena 25F, ale ode mnie chcą 35F. Płacę w końcu 28F. O godz. 7.20 autobus rusza. Po chwili wchodzi jakiś policjant i żąda opłatę wjazdowej do Egiptu w wysokości 35 F. W autobusie 6 osób, i jest zimno, chociaż nie włączono klimatyzacji. Przed godz. 9.00 budzi mnie huk, łapiemy gumę na jednym z podwójnych tylnich kół, ale jedziemy dalej.

Całą drogę jedziemy z przebitą oponą. Co jakiś czas jej kawałek obrywa się i głośno uderza w podwozie. Parę minut po godz. 12:00 jestem już w Suezie. Na skrzyżowaniu przed miastem musimy wysiąść, bo autobus zjeżdżał do warsztatu. Wsiadam do innego tej samej firmy, który zaraz nadjeżdżai tak docieram do stacji.

Busy do Kairu są po 7,5F, ale kierowca marudzi, że gdy będzie miał bagaż na dachu to zaraz go policja do kontroli zatrzyma, a w środku nie ma miejsca na mój plecak. Jadę innym busem, nie rejsowym, ale właściciel jedzie do Kairu i zbiera ludzi. Za 7F o godz. 12:55 ruszam do Kairu. Siedzę zaraz za kierowcą. Silnik w podłodze grzeje mnie w stopy, a słońce z lewej strony w ramię. Busy jeżdżą do czterech miejsc w Kairze. Ten który wybrałem jedzie pod dworzec kolejowy Ramses.

Idę najpierw do hotelu, gdzie mieszkałem w 1998r. - "Magy Hotel" zaraz koło dworca ("Magy Hotel" magyegypt@hotmail.com www.magyhotelegypt.com.) Pokój z łazienką 50F, bez 40F, ale ja szukam czegoś tańszego. Na wprost dworca za ulica jest meczet i po jego lewej stronie odchodzą wąskie uliczki. Na środkowej są trzy tanie hotele. W jednym cena 22F, w drugim 35F, a w trzecim 30F, ale we wszystkich nie ma miejsc. Idę więc dalej w głąb tej uliczki, ale tam już nie widać żadnych hoteli. Głód mi zaczyna doskwierać, a ponieważ w pobliżu są tanie restauracje i zapach pieczonego mięsa pobudza mój apetyt zjadam pół kurczaka (wersja egipska kurczaka to jak pół naszego) z sałatką i dwoma pittami za 5,5F. Tanio, ale warunki w jakich prosperuje ta restauracja bardzo skromne. Z pełnym brzuchem wracam i idę na ulicę Talaat Harb. Są tam różne hotele, a ceny 50-60F np: Big Ben na Emad Rel Din Street nr 33 kosztuje 25-30F, ale nie ma miejsc. Trafiam nawet do takiego za 38 $. Hotel Luna 60F. Wreszcie trafiam na Blue Bird Hotel - 42 Talaat Harb - 6 piętro. Pokój jest za 40F z trzema łóżkami, ale udaje mi się wytargować na 30F. Pod prysznicem jest tylko gorąca woda. Po szybkiej kąpieli idę pod Muzeum Egipskie. W pobliżu wejścia sprawdzają mi paszport. Muzeum czynne od godz. 09:00 do 19:30. Wstęp 40F, studenci 20F. Idę dalej nad Nil, do mostu Tahrir i z niego jadę za 0,75F autobusem do dzielnicy Giza, a po przesiadce za 1F pod piramidy. Wysiadam na głównej drodze i idę drogą Sakkary około 12 min, aby wejść pod piramidy od strony Sfinksa. Pod piramidy można się dostać od godz. 07:30 rano do 16:30. Jest godz. 18:40 zachodzi słońce. Spod wejścia słońce jest widoczne jak się chowa za środkową piramidą, a w lewo od wejścia za placem jest już trochę lepszy widok. Za 1F z głównej drogi jadę bezpośrednio pod stację kolejową Ramses. Obok mnie jedzie najpierw młody adept akademii policyjnej. W wieku 16 lat zaczyna się akademię, a kończy w wieku 20 lat, po czterech latach nauki. W tym czasie nie można wstępować w związek małżeński, a po szkole dostaje się wynagrodzenie od 800F do 1000F.

Potem siedzi obok mnie Mustaffa - muzułmanin śpiewający pieśni z Koranu. Gdy kończy zagaduje mnie i tłumaczy, że w jego meczecie widział prawosławnych rosyjskich obywateli, którzy zmienili wiarę na Islam i mówi, abym porównał sobie zapisy Koranu i Biblii i przemyślał, czy nie chcę zostać muzułmaninem. Chłopak właśnie skończył odpowiednik naszej politechniki specjalizacja - budownictwo i za trzy miesiące bierze ślub. Ma nadzieję, że jego żona będzie dobrą i przykładną muzułmanką. Wracam do hotelu. Internet w okolicy od 3F do 5F za jedną godzinę. Zaglądam do McDonalds na loda za 1,5F. Zestawy są po 13F.

Kair
Dzień 12
Gdy się budzę ciemność w pokoju nieprzenikniona, gdyż okna wyposażone są w bardzo gęste żaluzje. Łóżko trochę za miękkie, chyba ze starości, bo porządnie się pode mną zapadło. Opatruję korzystając z mojej podręcznej apteczki skaleczony palec pani kucharce i zjadam śniadanie wliczone w cenę, na które składa się 3 rogale francuskie, 1 jajko na twardo, dżem i kawałek topionego sera.

Około godz. 11.00 docieram do Placu Tahrir i jadę autobusem nr 235 pod Cytadelę na Plac Salah ad Din do dzielnicy Al. - Helmiya. Idę najpierw ulicą Abdel Meguid Seliba do meczetu Tulun (wstęp bezpłatny), buty chowam do plecaka, bo pan co przechowuje prosi o datek w wysokości 5F. Wracam następnie pod mury Cytadeli. Oglądam z zewnątrz dwa piękne meczety Sułtana Hassana oraz Mahomeda Mashy i spory kawałek kierując się w prawo stojąc twarzą do Cytadeli obchodzę ją (około 800m) naokoło, aby dostać się do wnętrza. W środku w niektórych miejscach trwają prace remontowe i stoją poustawiane rusztowania. Meczet Mahmeda Aliego przypomina mi bardzo Błękitny Meczet ze Stambułu. Po wyjściu kieruję się w lewo na Salah Salem. Idę jakieś 500 metrów, przechodzę ruchliwą ulicę i łapię autostop do odległego około 1,5 kilometra Cmentarza Północnego zw. Miastem Umarłych. Pan, który mnie podwoził chciał za tę przysługę 5F, tyle co taksówkarz, a ja daję mu 1F. Moje dotychczasowe wyobrażenie o "Mieście Umarłych" to grobowce, wśród których porozwieszana jest na krzyżach bielizna i pranie i ludzie używający płyt nagrobnych jako blatów stołowych.

Trzeba zdać sobie jednak sprawę jak wyglądają egipskie współczesne grobowce. Nie ma płyty nagrobnej w większości grobów, tylko zamiast krzyża płyta pionowa z wypisaną na niej po arabsku informacją. Grobowce te otoczone są murkami, a te których właściciele byli zamożniejsi stanowią coś w stylu placu otoczonego 3-4 metrowym murem do którego wejście prowadzi przez dwuskrzydłową metalową bramę. Właśnie w takich ogrodzonych przestrzeniach w niektórych miejscach mieszkają ludzie, nie jest to jednak takie dziwne lub odrażające - umarli dzielą się z żyjącymi swoim miejscem. Chodzę tam około dwóch godzin. Odwiedzam Meczet i Mauzoleum Ibn Barquq. Wstęp bezpłatny, a pan otworzy zamkniętą na kłódkę bramę do mauzoleum za drobny bakszysz lub bezpłatnie. Jest też tutaj w pobliżu cmentarz wojenny z 1967r., ale gdyby nie opis w przewodniku, to myślałbym, że jest to jakiś ogród lub szkoła koraniczna.

Ludzie tutaj są mili i uśmiechają się. W jednym miejscu częstują mnie butelką 7UP i robię im kilka zdjęć, które po powrocie do Polski im wysyłam. Zapisują mi w tym celu adres po arabsku i angielsku. Z Miasta Umarłych przechodzę przez dwupasmową ulicą i koło koszar policji idę w stroną Al. - Aznar i Khan Al. - Khalili. Idę około 1,5 km, wstępując po drodze do kawiarenki internetowej (1 godz. - 2F). Dochodzę do Meczetu Sayyidna Al. - Husseina, gdzie w środku jest wielu muzułmanów, a potem zagłębiam się w uliczki bazaru kairskiego. Jest tu dużo turystów i tłum sprzedających. Z daleka podziwiam Meczet Al. - Azhar i idę strasznie zakorkowanymi ulicami do miejsca, z którego w/g informacji miejscowych mogę podjechać autobusem w okolice stacji kolejowej, bo zamierzam powtórzyć mój wczorajszy posiłek z kurczaka. Po drodze widzę ciekawostkę kulinarną, tj. sprzedawcę małych pieczonych ptaszków przypominające wróble, choć na początku myślę, iż są to gotowane serca. Po kolacji, gdy już jestem w hotelu otrzymuje sms od Marka, poznanego w Suezie, że przyjechał do Kairu i jak chce to możemy się spotkać. Wysyłam mu namiary na hotel i przed 22.00 się spotykamy. Idziemy na herbatę i domino. Tym razem przegrywam 153:120.

Kair
Dzień 13
Hotelowe śniadanie takie jak wczoraj. O 11.00 jestem już pod Muzeum Egipskim. Dwukrotna kontrola plecaka. Po prawej stronie od wejścia kupuję bilety, a po lewej jest przechowalnia bagażu dla chętnych. Ja wchodzę z plecakiem. Bilety są po 40F i po 20F dla studentów. Trzymając w ręku paszport w okładce proszę o studencki. Nikt teraz, ani potem nie weryfikuje, czy jestem studentem. Po wejściu do Muzeum wyjmuję aparat i robię zdjęcia. Gdy je robię zaczynam się zastanawiać, dlaczego nikt wokoło ich nie robi??? Nie widać błysków flesza? Okazuje się, iż w środku jest to zabronione i obowiązuje zakaz wnoszenia do środka aparatów fotograficznych. Podbiega do mnie strażnik i każe schować do plecaka aparat. Niektórzy turyści radzą sobie znakomicie wykorzystując aparaty w telefonach komórkowych - zwłaszcza w części Tutenhamuna. Jego dwa sarkofagi oraz złota maska robią wrażenie! Aż dreszcz przechodzi, gdy wyobrażam sobie straszne legendy jakie o nim krążą. W niektórych gablotach są zdjęcia z momentu odkrycia danej rzeczy, co bardzo dobrze obrazuje w jakim stanie i jak przedmiot ten prezentował się wcześniej.

Eksponaty zwłaszcza biżuteria i wszystkie, które są ze złota robią wrażenie i są pilnie strzeżone, inne zaś są trochę zszarzałe, a gabloty w których są eksponowane mają już po kilkanaście lat, a każda jest zamknięta tylko na kłódkę i opatrzona plombą. W muzeum byłem równo dwie godziny. Trochę duszno, bo klimatyzacji z wyjątkiem części Tutenhamuna nie działała lub wcale nie było. W muzeum dodatkowo płatny jest wstęp do części z mumiami 35F i 70F.

Po wyjściu z Muzeum idę mostem "6-go października" do Wieży Kairskiej. Wjazd na górę, aż 60F, a 110F z wliczonym posiłkiem. Uważam, że cena za wysoka! Z ronda Saad Zaghloul jadę za 0,5F do ZOO w Gizie. Gdy jechałem przedwczoraj obok widziałem stado flamingów, które przywołało bardzo miłe wspomnienia z Jeziora Bogoria, wiec postanowiłem wejść. Wstęp dla wszystkich tylko 0,25F. Przy niektórych wybiegach dozorcy pozwalają podchodzić pod klatki i robić na tle zwierzaka zdjęcia. Nie ważne, czy lew, czy struś, czy tygrys lub kot perski, bo i takie są w klatkach.

Żal mi tych zwierzaków, bo ludzie strasznie głośno się zachowują. W ogóle zoo to miejsce pikników. Ludzie rozkładają się w cieniu, a dzieci grają w piłkę, bawią się w berka istny plac zabaw! Żal jest szczególnie patrzeć na lwy i tygrysy, które w małych klatkach 3m na 3m chodziły w kółko ogłuszone krzykami, śmiechem i nawoływaniami ludzi kłębiących się pod klatkami w odległości 2 metrów od nich. Gwar jaki tam panuje jest nie do przyjęcia. Na terenie Zoo, przy wejściu dziadek mówiący dobrze po angielsku proponuje mi zakup zagubionego lub ukradzionego jakimś turystom cyfrowego aparatu fotograficznego, ale nie korzystam. Wcześniej obok klatek z dzikimi kotami jakiś facet proponował mi po zamknięciu ogrodu, że będą mógł sobie zrobić zdjęcia i pobawić się z 2-3 miesięcznymi tygryskami. Kusząca to była dla mnie propozycja, bo lubię bardzo "koty", ale na początku odmawiam, a potem już facet ten ginie mi z oczu.

Z Zoo idę pod gmach Uniwersytetu Kairskiego, a następnie jadę na dworzec autobusowy, aby zorientować się o której mam jutro autobus do Hurghady. Z Dworca Turgoman skad kursują autobusy East Delta i Super Jet w stronę Morza Czerwonego i na Synaj są następujące autobusy:
Super Jet:
Hurghada - godz. 7.30, 14.30, 23.00 za 60F.

East Delta:
Hurghaga - godz. 7.00, 9.00, 12.00, 15.00, 18.30 za 58F;
Dahab - godz. 7.15, 13.00, 17.00 za 55F i 0.15 za 75F;
Sharm el Sheikh - godz. 7.15, 13.00, 17.00 za 45F i 0.15 za 65F;
Taba - godz. 6.00, 9.30 za 55F i 22.15 za 75F;
Nuweiba - godz. 6.00, 9.30 za 55F i 22.15 za 75F;
St. Katherina 1 godz. 0.30 - 37F.

Trochę drogo kosztuje bezpośredni przejazd do Hurghagy, więc decyduję się na przejazd łączony. Pojadę najpierw do Suezu za 8F, a potem do Hurghady za 25-30F. Idę jeszcze potem na tradycyjnego kurczaka do "mojej" knajpki, na internet za 3F za godzinę. Dopiero dziś wpadłem też na pomysł, aby kupować za 2F w szklanej, zwrotnej, litrowej butelce napoje gazowane typu cola, fanta itd. i przelewać do plastiku, ale lepiej późno niż wcale, jak mówi przysłowie.

Kair - Hurghaga
Dzień 14
Komary trochę w nocy mi dokuczają i jest gorąco. Ponieważ panie co przygotowują śniadanie przychodzą dopiero o godz. 9.00, więc recepcjonista robi mi tylko herbatę. O godz. 8.10 po 17 minutach marszu docieram do dworca Turgomen. Od razu jest autobus do Suezu. Autobusy rano odjeżdżają w tym kierunku co 20 minut. Bilet do Suezu 7,5F. Wyjazd o godz. 8.25 z 5 minutowym opóźnieniem i o godz. 10.30 jestem już na miejscu. W autobusie działa klimatyzacja i jest chłodno. Dobre 30 minut autobus przebija się przez kairskie korki.

Prawie też od razu jest autobus do Hurghady, ale pełny. Następny, co prawda nie klimatyzowany będzie o 11.00. Problem jest tylko z ceną biletu. Kosztuje 31F dla turystów, a dla miejscowych 21F. Taka niesprawiedliwość trochę mnie wkurza, ale podobno menadżer taką przyjął politykę. Proponuje w kasie, iż zapłacę 25F, ale się nie zgadzają. Gdy przyjeżdża autobus rozpoczynający trasa w Suezie wchodzę z plecakiem do środka, twardo zajmuje miejsce i czekam co będzie. Myślę, iż sobie odpuszczą, ale ponieważ w kasie narobiłem trochę zamieszania wszyscy wiedzą o co chodzi. Chwilę przed odjazdem przychodzi menadżer z ochroniarzem z dworca, policjantem po cywilnemu, szefem stacji oraz z jakimś facetem z wielka blizna na policzku, który pełni funkcje tłumacza. Pytają się mnie o bilet, ja im pokazuje 25F i mówię, że pieniądze to mój bilet. Oni, że 31F przejazd kosztuje, a ja do nich, że i tak chcę zapłacić 4F więcej niż płacą miejscowi i że jestem takim samym pasażerem i od innych niczym się nie różnie! Po 10 min. dyskusji i po użyciu jeszcze innych argumentów i udziale w dyskusji pasażerów z autobusu menadżer bierze ode mnie 21F, a nie nawet 25F, które proponowałem, mówiąc iż to dlatego, gdyż autobus jest nie klimatyzowany i po sprawie.

Wyjazd o godz. 11.10 i na 16.50 jestem już na miejscu. Bardzo wolny autobus jak mówią współpasażerowie. Do granic Hurghagy włącznie są trzy kontrole z czego dwie dokumentów i jedna biletów (około 50 minut za Suezem). Po kontrolach dokumentów kilku pasażerów opuszcza autobus. Jest tu bowiem tak, iż jeżeli ktoś nie pochodzi z rejonu Hurghagy lub tam nie pracuje to nie może wjechać do miasta, chyba że ma jakiś dokument, informujący że jedzie do kogoś w gości. Trzeba też mieć ze sobą dokumenty potwierdzające odbycie służby wojskowej. Po wyjściu z dworca odwiedzam hotel zaraz po prawej stronie, ale jest pełny. Idę więc do Hotelu Shunshine (Hurghaga - Sunshiune Diving Center www.sunshinediving.com) opisanego w internecie. Jest jednak nieczynny przez 10 dni, bo trwa właśnie remont w celu podniesienia standardu. Odwiedzam za namową chłopaków z Sunshine trzy hotele z tyłu - Sosna 40F 1osoba, Ramosa 25F 1 os i Pyramids 25F 1os i w tym ostatnim zostaje płacąc 15F za obskurny trochę pokoik, bez śniadania z toaletą i prysznicem na korytarzu.

Internet jest 50 metrów od hotelu. Z hotelu od razu w lewo i pierwsza w prawo "Cybernet" 3F za godzinę. Na kolację trafiam do knajpki około 300 metrów za dworcem autobusowym w dzielnicy warsztatów mechanicznych. Zjadam za 11F polówkę kurczaka z sałatką, zupą, ryżem oraz gotowanymi warzywami, ale do obrusów można było się przykleić, miski metalowe i brud niesamowity!

Mam tu też śmieszne zdarzenie. Na wprost mnie siedzi około 30 letni Egipcjanin, który najpierw pyta się mnie, czy nie poszedłbym z nim napić się herbaty. Mówię, iż możemy, ale nie do kawiarni dla turystów o której on wspomina, ale do sąsiedniej, gdzie tradycyjną herbatę podają i palą fajki wodne. Kończy jednak przede mną i znika. Gdy po kolacji wracam do hotelu podjeżdża samochodem i pyta się raz jeszcze, a gdy mówię, iż idę do "Cybernet", to proponuje mi randkę??? Wybrałem internet?.

Ponieważ w pokoju mam słabe światło siedzę na dole w recepcji robię notatki i popijam herbatki po 0,5F za szklaneczkę oraz oglądam "Powrót do przyszłości III". Po filmie gram w domino z recepcjonistą, ale przegrywam w partiach 1:2.

Hurghaga
Dzień 15
Ostatni dzień pobytu. Idę z hotelu do ulicy najbliżej morza i podjeżdżam stamtąd około 500 metrów do publicznej plaży. Chciałem jechać na plaże "Merits", ale w busiku mówią abym tu wysiadł, że niby to ta plaża. Okazuje się jednak, iż to nie ta, ale postanawiam zostać. Wstęp jest płatny 5F, leżak 3F. Ja chce jednak poleżeć i popluskać się tylko 2 godziny, więc idę parę metrów do nie ogrodzonej części. Tam obok pana wypożyczającego maski, płetwy i napompowane samochodowe dętki rozkładam się na piasku pomiędzy kamieniami. Te dwie godziny w zupełności mi wystarczą, ponieważ podpiekam się na słońcu nieźle, kapiąc się ze względu na kamienie w wodzie w sandałach.

Wieczorem idę na połówkę kurczaka za 8F z sałatkę (kurczak w Hurghadzie droższy niż w Kairze tu 16F) do knajpki obok tej lepiącej z dnia wczorajszego, bo tam jest komplet "gości". Po powrocie z kolacji gram rewanżowe spotkanie w domino, ale przy stanie 1:1 recepcjonista rezygnuje, bo musi coś załatwić.

Hurghaga - Warszawa
Dzień 16
Po godz. 1.00 wychodzę z hotelu i podjeżdżam za 0,5F 2 km busikiem do ronda, na którym pierwszego dnia w Egipcie rozstałem się z nieuczciwym taksówkarzem. Próbując się dowiedzieć, który bus jedzie w stronę lotniska zaczepiony przeze mnie Egipcjanin mówi, iż jedzie w tamtym kierunku i że bez problemu mnie bezpłatnie podwiezie.

Wysiadam przy bramie wjazdowej na lotnisko, gdzie strażnicy mówią, iż to strefa wojskowa (droga do budynku portu lotniczego) i że samochodem trzeba ja przemierzyć, bo mogą postrzelić, gdy ktoś pieszo się porusza. Mówię im żeby sobie ze mnie nie żartowali. Oni się śmieją, ściskamy sobie dłonie i idę w chłodną noc asfaltową drogą. Jest 1.30 gdy docieram do budynku portu lotniczego. Rozkładam sobie w rogu na podłodze karimatę i idę drzemać. O godz. 3.30 wtaczają się "nasi" i od razu budzi mnie gwar, pakuje się wiec i idę do odprawy. Sklep wolnocłowy raczej drogi. Wylot opóźnia się o około godzinę, ale się nie nudzę bo rozmawiam z Anią, która przyleciała do swojej koleżanki. Przed godz. 7.00 opuszczam Egipt

Podsumowanie:

Całkowity koszt wyjazdu z biletem lotniczym to 583$ z czego na hotele wydałem 71,5$ (15 noclegów z czego 6 w Izraelu i 9 w Egipcie). Przejazdy wyniosły 70$. W Polsce wydałem 83$ (wiza dwukrotna 185zł, ubezpieczenie 43 zł i inne). Bilet lotniczy 250$. Na zakupy prywatne z tej sumy przeznaczyłem 19,5$.

Ogólne wrażenia bardzo dobre. Nic nie miłego mi się nie przytrafiło. Ludzie bardzo sympatyczni, szczególnie w Egipcie. Jak wiedzieli o co pytam, to bez problemu tłumaczyli, jak dojść, a gdy nie wiedzieli jak wytłumaczyć to brali za rękę i prowadzili.

Przed wyjazdem miałem trochę mieszane uczucia co do Izraela, szczególnie co do jego mieszkańców, z którymi już miałem sposobność się zetknąć w różnych częściach świata, a szczególnie w Azji i tam nie byli najmilsi. Widocznie jednak tylko ci trzymali nosy powyżej głowy, bo Izraelczycy u siebie są przyjaźni i chętnie odpowiadali i grzecznie, jak zwracałem się do nich z jakimś pytaniem. Nie czułem się też w żaden sposób zagrożony. W Jerozolimie bardzo dużo patroli z długą bronią w mundurach, ale również i po cywilnemu.

Autonomia Palestyńska to typowe arabskie gwarne miasta, ze swoją specyficzną atmosferą, która spowodowała to że najbardziej mi się podobała. Ludzie odnosili się przyjaźnie, pozdrawiali, uśmiechali się. Nie było w tym momencie czuć napięcia politycznego jakie tu istnieje i gdyby nie mury betonowe i społeczne oraz punkty kontrolne odgradzające te dwa narody mogłoby się wydawać, iż wszystko jest na dobrej drodze do normalizacji.

W Izraelu i Autonomii Palestyńskiej byłem w sumie bardzo krótko, więc moje odczucia są tak jak opisane powyżej. Nie wiem, czy jednak nie uległyby zmianie, gdybym był tam dłużej.

Trasa: Cena przejazdu: Czas przejazdu: Środek transportu:
Waluta miejscowa: Dolary USA $
1. Warszawa - Hurghaga 820 złotych w dwie strony z opłatami 250 4 godz. Samolot
2. Hurghaga - Suez 25 F 4,35 6 godz. Autobus
3. Suez - St. Katherina 25 F 4,35 5 godz. Autobus
4. St. Katherina - skrzyżowanie 40km od Dahab 12 F 2,1 50 minut Bus
5. skrzyżowanie - Dahab 8,5 F + 1 EU 2,7 35 minut Jeep
6. Dahab - Taba 22 F 3,8 3 godz. Autobus
7. Taba granica - Eljat miasto 6,4 NIS 1,5 15 minut Autobus miejski
8. Eljat - Jerozolima 65 NIS 15,2 4,5 godz. Autobus
9. Jerozolima - Betlejem 3,5 NIS 0,8 25 minut Bus
10. Betlejem - Jerozolima 5 NIS 1,1 25 minut Bus
11. Jerozolima - Ramallach 4,2 NIS 0,9 20 minut Bus
12. Ramallach punkt kontrolny - Miasto Pieszo + autostop
13. Miasto - Ramallach punkt kontrolny 2,5 NIS 0,6 10 minut Bus
14. Ramallach - Jerozolima 4,2 NIS 0,9 25 minut Bus
15. Jerozolima - Tel Aviv 17,7 NIS 3,8 1 godz. Autobus
16. Tel Aviv - Eljat 65 NIS 15,2 4,5 godz. Autobus
17. Eljat - granica w Tabie 6,4 NIS 1,5 patrz opis taxi
18. Taba - Suez 28 F 4,9 5 godz. Autobus
19. Suez - Kair 7 F 1,2 1,4 godz. Bus
20. Kair - Suez 7,5 F 1,3 2,05 godz. Autobus
21. Suez - Hurghada 21 F 3,6 5,4 godz. Autobus

Łączny koszt przejazdów 320$ (250$ bilet lotniczy + 70$ transport na miejscu).

Ceny:
EGIPT: (ceny w funtach egipskich)
2,5 - kanapka z podłużnej bułki z owocami morza (Suez),
4,0 do 4,5 - napój 1,5 L (pepsi, 7up, cola itd.) czasami w ośrodkach turystycznych Dahab Sharm itd. Sprzedawcy mówią 8 F,
0,75 do 1,0 - napój 0,2 L w szklanej butelce (pepsi, 7up, cola itd.),
1 do 1,5 - napój 0,35 L w szklanej butelce (pepsi, 7up, cola itd.),
1,5 do 2 - 1,5L woda nie gazowana np. Baraka, Delta, Hayat, AquaMin,
0,5 do 1,5 - herbata w herbaciarni gdzie również za 1F można zapalić fajkę wodną,
2 do 5 - 1 godz. Internetu (4-5 w Dahab) (2-5 Kair),
13,5 - 14,5 - zestaw w McDonaldzie,
5 - 5L woda w Dahab,
4,5 - ciasto pakowane,
10 - cały pieczony kurczak (16 Hurghaga),
1,5 - lód w McDonaldzie,
1,75 do 3 - napój w puszce,
14 do 16 - zestaw w KFC.

ISRAEL: (ceny podane w szeklach izraelskich)
32 - zestaw w McDonaldzie,
30 - zestaw kawałek pizzy + sałatka owocowa lub warzywna + 0,4L napoju + rożek lodowy,
3 do 5 - 1,5L wody nie gazowanej,
5 - 2L fanta (Betlejem),
5,9 - 1,5L napój (cola, fanta, sprite) (Tel Aviv sklep 12:24),
2 - bułka sezamowa,
8 - szawarma,
10 - 8 brzoskwiń i 10 jabłek słodkich (Jerozolima - Brama Damasceńska po zmroku)


 
do góry