Hong Kong, Macau, Filipiny
Galeria z Hong Kongu
Galeria z Macau
Galeria z Filipin

 

 
  
Grzesiek
na Czarnym lądzie
 
Grzegorz Lewocki
 
Hong Kong,
Macau, Filipiny
 
Grzegorz Lewocki
 
Maroko 2002 
Grzegorz Lewocki
 
Lądem
do Kambodży
 
Grzegorz Lewocki
 
32 dni
w Indochinach
 
Grzegorz Lewocki
 
Ukraina - śladami polskich warowni 
Grzegorz Lewocki
 
Samochodem
na Krym
 
Grzegorz Lewocki
 
Włoskie wakacje 
Grzegorz Lewocki
 
Kanał Ostródzko-Elbląski 
Grzegorz Lewocki
 

 
Grzegorz Lewocki
Hong Kong, Macau, Filipiny
Wyprawa do trzech byłych kolonii.

Wyjazd na Filipiny wciągnąłem na listę "do realizacji" w moim notesie, zaraz po przeczytaniu opisu Moniki Witkowskiej w IV tomie "Przez Świat". Myślałem równocześnie o wyprawie do Etiopii lub Ameryki Środkowej, lecz powodem dla którego wybrałem się właśnie teraz na Filipiny była cena biletu lotniczego. Podróż odbyłem w pojedynkę.

Fot. Grzegorz Lewocki

 

Zawsze chciałem zobaczyć Hong Kong i Macau. Będąc dwukrotnie w Chinach nie miałem okazji tego zrobić, teraz jednak udało mi się te plany połączyć i zrealizować.
Bilet z opłatami lotniczymi liniami British Airways z Warszawy przez Londyn do Hong Kongu, z bezpłatną przerwą w podróży w Hong Kongu, a potem Cattay Pacyfic na Wyspę Cebu kosztował 585 USD. Powrót odbył się tą samą trasą, jednakże z wylotem z Manili i bez postoju w Hong Kongu. Wydało mi się to bardzo atrakcyjną ceną, więc w drogę!

Warszawa - Londyn - Hong Kong
Dzień 1, 2
Na lotnisko w Warszawie, jak zwykle docieram za wcześnie. Wylot o 17.15. Ponieważ przypadło mi miejsce w rzędzie za pierwszą klasą, ze względu na ciasnotę w klasie ekonomicznej przechodzę na wolne miejsce w pierwszej klasie. Lot do Londynu spędzam wiec miło, przez nikogo nie niepokojony, popijając ze szklanego kieliszka wino. Traktuję to jako dobrą wróżbę na dalszą wyprawę. Z Londynu do Hong Kongu olbrzymi samolot. Tłum Chińczyków. Zawsze wybieram miejsce koło przejścia ze względu na większą swobodę ruchów, a tym razem i miejsce z mojej drugiej strony jest puste, więc 12 godzin lotu mija bardzo przyjemnie i o dziwo niezauważalnie szybko. W czasie lotu oglądam trzy filmy i spożywam dwa dobre, gorące posiłki i drzemię. W Hong Kongu przed odprawą paszportową specjalna kamera stara się wykryć osoby o podwyższonej temperaturze, a niektórym wybrańcom jest ona mierzona termometrem przystawianym do ucha. Mnie ta przyjemność omija. Pakuję sprawnie na lotnisku do plecaka ciepłe rzeczy oraz dwie zakupione na Lotnisku Okęcie żubrówki i po wymianie dolarów $USA na dolary HK$ (kurs 1$USD = 7,16 do 7,73 HK$) udaję się na poszukiwania autobusu A-21. Kupuję bilet w specjalnym kiosku (można i u kierowcy, ale trzeba mieć odliczone 33HK$). Wysiadam na 11 przystanku na Tsim Tsa Tsui (elektroniczny wyświetlacz w autobusie powiadamia o kolejnych przystankach, czas przejazdu 1,1 godz., korki). Na lotnisku warto wziąć foldery reklamowe Hong Kongu z mapami, które bardzo mi się przydały. Czasami używałem ich zamiast przewodnika Lonely Planet.

Na przystanku po opuszczeniu autobusu zaczepia mnie hinduski naganiacz i prowadzi do Hostelu Lily Garden na piątym piętrze w Mirador Mension (budynek obok Chunging Mansion). Wsiadając do windy, trzeba zwrócić uwagę, czy wsiadamy do właściwej, ponieważ zatrzymują się one, na co drugim piętrze (dużo tutaj emigrantów - hindusów i czarnoskórych). Cena 60 HK$ w miniaturowym dormitorium, gdzie są 2 piętrowe łóżka, wąskie przejście miedzy nimi, toaleta z prysznicem zamykana na roletę i okno wychodzące na głośną Nathan Road. Pokój 1 osobowy 100 - 120HK$. Recepcja mieści się na trzecim piętrze, depozyt za klucz 100HK$. W dormitorium jest jeden Japończyk i dwie Norweżki. Na mój prawie sześciodniowy pobyt w Hong Kongu i Macau zabrałem większość żywności z Polski. Kupiłem odpowiednią zmieniarkę do prądu z kwadratowymi bolcami za 5HK$ i już mogę robić herbatę lub chińskie zupki. Japończyk z pokoju mieszka na stałe na Filipinach, otrzymuję garść aktualnych informacji o docelowym miejscu mojej podróży. Wieczorem spaceruję po nabrzeżu, trafiam na wiec przedwyborczy jakiejś partii demokratycznej. Późnym wieczorem, kiedy już zasypiam wracają Norweżki i robią trochę rumoru, ponieważ pakują plecaki przed porannym lotem do Bangkoku, ale to są uroki spania w dormitorium.

Hong Kong
Dzień 3
Zmiana czasu robi swoje. Budzę się o najpierw o 1.00, potem 3.00 i do 5.30 nie mogę zasnąć. Wstaję o 9.00. Przy porannym śniadaniu obserwuję przez okno ruch na ulicy i widzę jak człowiek przebiegający ulicę na czerwonym świetle potrącany jest przez samochód.

Będąc w Hong Kongu trzeba sobie zdać sprawę, że w jego skład wchodzi kilka wysp, połączonych mostami, tunelami lub transportem promowym i część kontynentalna granicząca z Chinami. Przeprawa promem z części kontynentalnej na Wyspę Hong Kong w zależności od pokładu (dolny/górny) kosztuje odpowiednio 1,7 i 2,2 HK$. Wyruszam na Wyspę Lantau, gdzie znajduje się 220 tonowy posąg Buddy z brązu. Z Wyspy Hong Kong "ordinary farry" za 10,5 HK$ płynie około 20-30 minut, "fast ferry" to wydatek 21HK$ (czas nieznany). Z przystani promowej na Wyspie Lantau odjeżdżają bezpośrednie autobusy za 16 HK$ do Po Lin Monastery, gdzie jest posąg Buddy. Pokonując duże różnice wysokości przejazd zajmuje 30 minut. Wstęp na górę po licznych schodach, aby z bliska przypatrzeć się posagowi jest bezpłatny. Powrotną drogę do stacji MTR Tung Chung (metro) pokonuję pieszo w dwie godziny po betonowej ścieżce, szlak słabo oznaczony. Koszt przejazdu MTR zależy od długości podróży. Do MTR Tsim Tsa Tsui 17 HK$. Automat w zależności od obranej docelowej stacji wyświetla cenę i po wrzuceniu monet drukuje bilet. Wędrówka męcząca, ze względu na duże tempo, jakie sobie narzuciłem. W metrze strasznie zimno. Wieczorem przechadzam się po Temple Night Market, gdzie można kupić dużo interesujących rzeczy, ale ich ceny są wyższe niż w Chinach, więc, jeżeli ktoś się tam wybiera to zakupy w Hong Kongu trzeba sobie darować. Na ulicy Nathan Road dużo sklepów z elektroniką, biżuterią i zegarkami. Cen nie sprawdzałem. W przewodnikach jest napisane, że nie należą do najniższych. Dzisiaj w metrze zobaczyłem po raz pierwszy i ostatni osobę z maseczką na twarzy (SARS). Internetowa kafejka w sąsiedztwie, to wydatek 13 HK$ od 12.00 do 24.00, 10 HK$ od 24.00 do 12.00 i 8 HK$ studenci, ale tylko miejscowi bez względu na porę (cena za 1 godzinę). Jeżeli ktoś korzysta 30 minut, płaci za 1 godzinę. Takie zasady, raczej są nie do obejścia.

Hong Kong
Dzień 4
Noc w dormitorium spędzam samotnie. Przybył, co prawda nowy mieszkaniec po wyprowadzce wcześniejszych, ale zniknął w kafejce internetowej po drugiej stornie ulicy o 22.00 i wrócił o 5.00 rano.

Dzisiejszy dzień to wędrówka po kontynentalnej części Hong Kongu, przynajmniej do wczesnego popołudnia. Wypisując z folderu zabranego z lotniska pt. "Hong Kong Walks" trasa moja prowadziła przez Tin Hau Temple - Ladies Market - Goldfish Market - Flower Market i Bird Market. Najbardziej podoba mi się ptasi rynek i sklepy z rybkami, które eksponowane są w akwariach i w plastikowych woreczkach napełnionych wodą. Wisiały one przed sklepami, jak kolorowe paczki chipsów. Na ptasim rynku, w większości wiekowi panowie oferują na sprzedaż w delikatnych bambusowych klatkach swoich śpiewających, skrzydlatych przyjaciół.

Po południu wyruszam na główną atrakcję Hong Kongu, Viktoria Peak. Najpierw przeprawa promem za 1,7HK$, potem autobus nr 15 za 8,2 KH$ do dolnej stacji kolejki (można iść pieszo) i 20HK$ na szczyt. Widok nie jest jednak najlepszy, ze względu na małą przejrzystość powietrza. Po powrocie na dół docieram jeszcze do Noonday Goon, z którego strzela się już tylko okazjonalnie lub dla celów charytatywnych za 3800 HK$, ale owinięte szczelnie przed deszczem nie prezentowało się interesująco. Aby dotrzeć do działa trzeba przejść pod ulicą tunelem, do którego wejście jest przez pobliski parking podziemny. Po całym dniu chodzenia, po powrocie do hotelu sen zmorzył mnie bardzo szybko.

Hong Kong - Macau
Dzień 5
Wczesnym rankiem zostawiam bagaż w hotelowej przechowalni (1 dzień - 10 HK$) i udaję się do biura Cattay Pacyfic potwierdzić mój lot na Cebu. Przepływam następnie na Wyspę Hong Kong i pieszo docieram do terminalu promowego skąd odpływają szybkie promy do Macau. Z Tsim Tsa Tsui koszt biletu do Macau to 141HK$, natomiast z Wyspy Hong Kong 131HK$, ale udało mi się wytargować na 120HK$ w jedna stronę, w jednym z biur turystycznych na terminalu. Czas podróży 1 godzina, dystans 60 kilometrów. Na promie fotele lotnicze. Promy pływają co pół godziny. Ceny w weekendy na tej trasie i po godzinie 17.00 są wyższe o 10 do 30 HK$ w jedna stronę. Przelot helikopterem na tej trasie to wydatek 1500 HK$. Czas przelotu 20 minut.
www.turbojet.com.hk - promy do Macau
www.tcm.com.mo - autobusy w Macau
www.hkkf.com.hk - promy w HK pomiędzy wyspami

Macau podoba mi się bardziej niż Hong Kong. Zachowało swoją portugalską architekturę, kolonialną atmosferę, niższą zabudowę. Kwateruję się na Rue de Felicidade, ulicy cukierni w hotelu San Va Hospedaria. Jednoosobowy pokój bez łazienki kosztuje 50 HK$. Cena wyjściowa 70 HK$. W Macau dolar Hong Kongu jest tak samo równorzędnym środkiem płatniczym jak Pataca, waluta Macau, więc jeżeli ktoś ma HK$ nie jest potrzeba wymiany. W Hong Kongu natomiast płacić walutą Macau nie można.

Zostawiam bagaż w hotelu i ruszam na zwiedzanie. Oglądam Largo de Sendo, Kościół Św. Dominika, pozostałą już tylko frontową, ale bardzo imponującą ścianę Kościoła Św. Pawła, Fort Monte, Kościół Św. Antoniego. Przerwę robię sobie dopiero w Ogrodach Camoes. Dalej Kościół Św. Augustyna, Dom Pedra V, Kościół Św. Laurentego. Odwiedzam Kasyno Lisboa. W środku tłumy, plecak podręczny zostawiam w przechowalni, obowiązuje zakaz fotografowania. Za kasynem i położonymi obok dużymi hotelami trafiam na ulicę, na której kilka dziewcząt proponuję przechodzącym panom "masaż". Na zakończenie docieram do "złotej" statuy "Kum Lam". Wieczorem 1 godzinę za 10 HK$ spędzam w kawiarence internetowej.

Macau - Hong Kong
Dzień 6
Trochę się nie wysypiam. Hotel ma pokoje pooddzielane cienkimi ścianami, które nie kończą się przy suficie, ale z metr od niego. Recepcja znajduje się blisko mojego pokoju, więc słychać rozmowy. Aby wziąć gorący prysznic, trzeba dać znać w recepcji, aby włączyli piecyk gazowy.

Wymeldowuję się z hotelu po 10.00. Ruszam raz jeszcze w okolice Largo do Sendo, potem statua "Kum Lam", a potem do kwiatu lotosu w rozkwicie, gdzie tłum chińskich turystów fotografuje się na jego tle. O 16.00 wypływam z Macau. Około 18.00 jestem już w hotelu. W dormitorium jest Szwajcar, który mieszkał w klasztorze Shaolin w Chinach (www.shaolins.com), i uczył się przez 6 miesięcy w grupie dla cudzoziemców chińskiej odmiany kick-boksu, Izraelitka podróżująca po Azji, po skończonej służbie wojskowej oraz Australijka mieszkająca na stałe w Japonii. Zapoznaję ich ze smakiem zakupionej na Okęciu żubrówki i wieczór spędzamy wesoło.

Hong Kong - Filipiny
Dzień 7
Po pięciu godzinach snu wstaję o 5.00. Szybko zbieram rzeczy, tak, aby nikogo nie obudzić z pokoju i półprzytomny idę na autobus. Jeździ on o tej porze co 30 minut. Pada deszcz, który na szczęście mnie rozbudza. Podróż na lotnisko, pomimo braku korków zajmuje 40 minut. Po oddaniu bagażu, kontrola graniczna, no i jestem w strefie wolnocłowej. Ceny jednak zarówno perfum, jak i alkoholi wyższe niż na lotniskach europejskich. Około jednej godziny drzemię na skórzanych fotelach do masażu.

Po ponad dwu godzinnym locie docieram do Cebu. Jest 33 stopnie Celsjusza. Miejscowe sieci komórkowe Smart i Global informują sms-em o kursie dolara amerykańskiego. Kurs na lotnisku 54,70 peso za 1 USD, dolar Hong Kongu - 6,9 peso. Taksówka do centrum miasta 150 peso. Nie udaje mi się znaleźć kogoś z kim bym mógł dotrzeć do centrum, a ponieważ mam lekki ból głowy nie mam ochoty na szukanie jeepnaya i jadę sam. Zatrzymuję się w hotelu YMCA za 200 peso - pokój jednoosobowy z łazienką. Mówią, że to najtańszy. Check in time = Check aut. Jest nawet basen. Nie posiadają przechowalni bagażu. Obok hotelu około 100 metrów w stronę portu jest kafejka internetowa, gdzie 1 godzina kosztuje 30 peso. Ponieważ jestem głodny wyruszam na poszukiwanie jakiejś knajpki. Napotykam McDonald i miłe zaskoczenie powiększony zestaw hamburger + cola + frytki tylko 52 peso. Miałem nadzieję, że schudnę trochę podczas tej wyprawy, jednak widzę, że się pomyliłem. Wyruszam pieszo w stronę Colon Street - najstarszej ulicy miasta, jednak różnica pomiędzy tą ulicą a innymi jest niezauważalna - wszędzie sklepy, restauracje. Odwiedzam Bazylikę Minore del Santo Nino, która zbudowana jest z korala. Historię tego miejsca poznaję dzięki Alfredowi, strażnikowi w tej świątyni, z którym uwieczniam się na pamiątkowym zdjęciu mając za plecami City Hall, a przed sobą Krzyż Magellana. Oryginalny krzyż jest umiejscowiony w środku obecnie stojącego. Został on w ten sposób zabezpieczony przed pielgrzymami, którzy nader chętnie próbowali zabrać, chociaż małą drzazgę na pamiątkę.

Obok kościoła znajduję się muzeum, w którym jest mi. in. skrzynia, w której przechowywana była figurka Jezusa, z posiadania, której szczyci się Bazylika. Obecnie Bazyliką opiekuje się 8 księży. Kilkaset metrów dalej znajduje się Fort San Pedro (wstęp 15 peso, studenci 12 peso), który jest miejscem wartym odwiedzenia. Porośnięte mchem grube mury ogląda się z przyjemnością. Nad wejściem jest małe muzeum pokazujące prace, finansowane przez National Geographic przy wydobywaniu fregaty, która zatonęła niedaleko wybrzeża. Część nadbrzeży Cebu, z których odpływają statki położona jest od siebie w odległości kilkuset metrów, ale jeżeli ktoś pragnie oszczędzać nogi, może podjechać wszędzie rowerową rikszą. Na nadbrzeżu dowiedziałem się tylko tyle, że szybkie promy na wyspę Bohol odpływają z przystani nr 1, a wolniejsze z nr 3. Na Palawan bo, tam chciałem płynąć w dalszej kolejności nie ma promu. Trzeba płynąć na Panay do Iloilo City, a stamtąd jest tylko 1 statek tygodniowo do Puerto Princesa na Palawanie, ale dzień i godziny, nawet na Bohol, każdy zapytany podawał inne.

Cebu - Wyspa Bohol - Tubigon - Carmen(Czekoladowe Wzgórza)
Dzień 8
Około 9.00 docieram jeepneyem za 4 peso z hotelu na 3 przystań (pierr 3). O 11.00 odpływam na Bohol wolnym promem za 60 peso + 10 peso opłata portowa. Po 2,2 godzinach docieram do Tubigon. W czasie podróży zjadam zupkę z makaronem serwowaną na promie za 20 peso (to moje śniadanie) i oglądam film o Zorro. Z przystani do dworca autobusowego jest około 600 metrów. Tak jak wszyscy podjeżdżam tricyclem za 5 peso. Jedziemy w 5 osób + kierowca. Obok mnie próbują posadzić mężczyznę w wieku około 40 lat, ale nasze "pupy" się nie mieszczą i podmieniają go na młodego chłopaka, z którym jakoś udaję się nam usadowić.
Miejsc siedzących w autobusie do Carmen już nie ma, więc jak czasami w Indiach siadam na dachu. Obok mnie podróżuję w piekącym słońcu kilku miejscowych mężczyzn, 2 opony, 4 kanistry i dywan. Na kolejnych przystankach dołącza parę worków ze zbożem i jakieś skrzynki wyglądające na wojskowe z napisami "Made in USA". Po około 1 godzinie jazdy słońce przykryły chmury i zaczęło porządnie padać, więc skryłem się w środku obok bezzębnej staruszki wcinającej orzeszki ziemne i matki z zaczepiającym mnie dzieckiem. Na Filipinach chyba nie straszą małych dzieci białymi, gdy są niegrzeczne, bo dzieciaki w Afryce dawno by już płakały.
Ponieważ rozpętała się poważna ulewa, a autobus nie miał wycieraczek i okna były zasuwane deskami przeczekaliśmy na postoju około 20 minut, aż deszcz osłabnie.

Po dotarciu do Carmen żołądek przypomniał o swoich prawach. Udałem się na pokaźną obiado-kolację do najbliższej wzbudzającej zaufanie knajpki. Obok przy dwóch stolikach starsi panowie popijali rum. Dostałem dwie szklaneczki na lepsze trawienie.

Po wydłużonym posiłku wybrałem z biesiadników najtrzeźwiejszego i za 30 peso odtransportował mnie do hotelu na Czekoladowych Wzgórzach. W książce meldunkowej zauważyłem polski wpis, niestety rodak rano się wyprowadził. Nocleg to wydatek 350 peso. Dormitorium, które istniało jest nadal, ale turystom nie jest udostępniane, ponieważ śpią w nim praktykanci ze szkoły hotelarskiej. Przekonałem jednak, po dłuższych wywodach recepcjonistkę, że i ja jako "student" mogę tam spać i towarzystwo praktykantów nie będzie dla mnie kłopotliwe. Cena (75 peso). Niedaleko jest podobno jeszcze inny hotel i jego cena to 250 peso. Widok na Czekoladowe Wzgórza obłędny. Oprócz mnie w hotelu są 2 Dunki, 2 Anglików. Jutro za 300 peso mam umówionego kierowcę na motorku na objazd wzgórz i inne atrakcje. Inni np. Dunki płacą 400 peso. Trzeba wcześniej dokładnie z kierowcą ustalić co się będzie oglądać, żeby potem nie było niedomówień.

Bohol (Czekoladowe Wzgórza) - Tagabilaran - Wyspa Panglao
Dzień 9
Ponieważ nie wyłączyłem telefonu o 4.00 budzi mnie sms. Miałem wstać o 5.30, ale już nie udaje mi się zasnąć. Ponad to, pod oknem ktoś odpala motor. Wschód słońca na osnutych mgłą wzgórzach przepiękny. Wzgórza są, co prawda zielone, a nie czekoladowe, ze względu na panującą porę deszczową, ale to dla mnie obojętne i tak jest pięknie. O 8.20 po śniadaniu w hotelowej restauracji (2 jajka + 4 tosty + herbata = 62 peso +10% serwis) jadę na objazd czekoladowych wzgórz (ślicznie), do mahoniowego lasu (nic ciekawego), bambusowego mostu, małych prześlicznych małpek (urzekające).

Tam gdzie ogląda się małpki są łodzie, którymi można dopłynąć do wodospadów. Koszt już 200 peso od łodzi. Ponieważ nie przejawiam ochoty na pokrycie kosztów wynajęci samodzielnie łodzi, czekam na poznane wczoraj dwie Dunki, które również wyruszyły tą samą trasą. Czekam 15 min i są. Płacimy 210 peso i płyniemy 15 minut w jedną stronę. Można jednak tę podróż sobie darować, wodospady bardzo małe tylko około 2 metrowe.

Po trzech i pół godzinie jestem już w hotelu. Zabieram plecak i jadę do Carmen na dworzec autobusowy (dojazd wliczony w te 300 peso). Autobus do Tagabilaran jedzie jednak drogą obok wzgórza na którym położony jest hotel, więc nie trzeba koniecznie jechać do miasteczka.

Autobus do Tagabilaran 30 peso, czas przejazdu 2 godziny. Jednoosobowy pokój w Hotelu Charisma Lodge w Tagabilaran od 135 do 160 peso. Łazienka na zewnątrz. Kafejka internetowa po drugiej stronie ulicy (20 peso 1 godzina), w centrum handlowym gdzie jest McDonald 30 peso. Tego dnia zostaje na noc w Tagabilaran. Robię jednak krótki wypad na Wyspę Panglao, aby sprawdzić ceny hoteli. Jeepnaye do Alona Beach jeżdżą, co 30 minut z przystanku miedzy "marketem", a "plazą", koszt 16 peso (czas przejazdu 40 min.). Nocleg na Alona Beach 200-400 peso, internet 75 peso za 1 godz. Nurkowanie z instruktorem 30-40 minut 40 $USA, snorkling 800-1000 peso za 2 do 8 osób za łódkę ze sprzętem. Plaża ładna, chociaż mnóstwo zakotwiczonych łodzi szkół nurkowania, których sznury kotwiczne wyciągnięte na plażę nie dodają uroku. Widzę około 20 turystów, a wśród nich kilku starszych panów z młodymi filipinkami. Sex turystyka jak w Tajlandii.

Ostatni jeepnay do Tagabilaran odjeżdża około 18.00. Ponieważ jest już po 18.00 jadę autostopem. Przekraczam cieśninę miedzy wyspą Bohol, a Panglao drugim mostem oddalonym bardziej od centrum Tagabilaran. Stamtąd za 4 peso dojazd do "Agora Market".

Spędzam 20 minut w internetowej kafejce, wysyłam jeden e-mail i wyłączono prąd w całym mieście. Dopóki nie uruchomiono generatorów spalinowych w większych sklepach strasznie ciemno. Podobno to standard od 4 dni. Tego wieczora już nie udaje mi się uzyskać połączenia. Zjadam kolacje w Lolibel - spaghetti z napojem za 40 peso, ale takich porcji, aby się najeść musiałbym zjeść ze 2-3.

Tagabilaran - Wyspa Panglao - Tagabilaran
Dzień 10
Rano jadę na plażę Alona na wyspie Panglao i wypoczywam do wieczora.

Tagabilaran - Manila
Dzień 11
Za 4 peso tricyclem z Hotelu docieram do portu. Chce płynąć na Palawan lub Panay. Ponieważ nie ma statku na Palawan i nikt nie wie, kiedy z Iloilo City na wyspie Panay odpływają statki na Palawan, niespodziewanie decyduję się płynąć do Manili, bo akurat za 1 godzinę odpływa statek linii Negros Navigation. Bilet Tagabilaran-Manila (100%) 1530 peso z wyżywieniem, 1324 peso bez wyżywienia. Studencki (85%) z wyżywieniem 1324 peso, bez wyżywienia 1166 peso. Kupuje ten ostatni, o legitymację się nie pytają. Dzieci do lat 12 płacą 50% ceny podstawowej. Wszystkie ceny w klasie ekonomicznej. Jeszcze tylko opłata portowa 11 peso. Próbują sprzedać mi ubezpieczenie za 69 peso, ale mam swoje z Polski. Przed wejściem sprawdzają bagaże, ale turystom raczej powierzchownie. Wypływam równo o 12.00, po 27 godzinach mam być w Manili. Klasa ekonomiczna "Budget" to wielkie pomieszczenie, jak sala gimnastyczna z piętrowymi łóżkami. Ponieważ przychodzę późno na statek, dostępne są już tylko miejsca na górze. Są wentylatory i odsłonięte "okna", ale jest duszno. Światło pali się dzień i noc, a telewizory grają do 24.00. Oglądam wieczorem 3 filmy po angielsku i idę spać. Na dole pode mną śpi Jim, Filipińczyk, który jedzie do Manili po wizę do ambasady Nowej Zelandii, cały czas studiuje biblie, ponieważ pragnie zostać księdzem oraz marynarz, który był w Szczecinie i Gdyni, gdyż pływa na statkach handlowych. Na statku są prysznice i wrzątek, w sklepie napoje, chińskie zupki i inne "przysmaki". Jestem jedynym turystą obcokrajowcem. W nocy delikatnie gryzą komary.

Manila
Dzień 12
Budzę się na chwilę o 3.30, bo zaczynają piać koguty przewożone obok w części dla zwierząt. Wstaje po 10.00. Do Manili dopływamy według planu o 15.00.

Ciężko jest wydostać się z portu. Kierowcy jeepneyów chcą 40 peso, czyli 10 razy więcej niż normalnie. W końcu udało się, ale w ciągu drogi wybucha awantura o cenę przejazdu. Kierowca chcę od każdego z Filipińczyków po 30 peso. Kobieta siedząca obok mnie wymyśla kierowcy i wyciąga jakąś rządowa legitymację. Wtedy ja wyjmuję moją dziennikarską (Made in Bangkok) mówiąc, że opiszę w gazecie tą sytuację z numerem jego licencji. Wyszło na to, że daję mu 10 peso i wysiadam. Łapiąc kolejnego jeepnaya docieram do Mabini Street i na skrzyżowaniu z ulicą Remedios wysiadam. Zakwaterowanie w "Juans Place" cena wyjściowa 180 peso za dormitorium, jednoosobowy pokój 250 peso, dwuosobowy 280 peso. Stargowałem do 160 peso za dormitorium i 50 peso z 70 peso na przechowalnie za tydzień.

Wieczorkiem idę na spacer po Roxas Boulevard przy nabrzeżu i po ulicy Adriatico, aż do domu towarowego Robinson's. Na Adriatico dużo japońskich i koreańskich restauracji, dużo punktów wymiany waluty. Internet na Adriatico 60 peso 1 godz. czynny 24 godziny. Dormitorium dzieli ze mną sympatyczny niemiecki emeryt, który opowiedział mi historie swojego życia i którego zawsze tu spotykałem ilekroć wracałem do Manili.

Manila - nocny przejazd do Banaue
Dzień 13
Rankiem odbywam godzinną rozmowę z właścicielem na temat umów cywilnych, bo towarzysz z dormitorium zdradził mu mój zawód i nieustannie, gdy go spotykałem poruszał ten temat. Po rozmowie idę w rejon ulicy Leon Guinto, aby wymienić zepsuty suwak w spodniach (45 peso). Zauważyłem tam na wysokości New Solania Hotel połączoną z restauracją Pink Star kafejkę internetową, gdzie 1 godzina kosztuję 25 peso.

Tego dnia za 257 peso na godzinę 22.00, kupuję bilet do Banaue linią "Auto Bus Transport" (dworzec to róg G. Tolentino z Espana Street - koło McDonalda, jeden autobus dziennie). O 11.50, gdy wykupuję bilet jest już tylko 7 miejsc w autobusie. Po zakupie biletu jadę na chiński cmentarz. Tego dnia krematorium nie ma żadnych "klientów", natomiast na dzień jutrzejszy zapowiedzianych jest ich aż trzech. Przyjemność kremacji kosztuje 8000 peso, czas 2 godziny. Kości, które nie ulegną spaleniu są mielone w specjalnej maszynie.

Niektóre alejki cmentarza przypominają osiedle domków, tylko że bez ludzi. Przewodnik proponuje swoje usługi za 450 peso. Jaka jest zniżka od tej kwoty zależy od naszych zdolności negocjacji. Ja nie wiem, nie korzystałem.

Tego dnia odwiedzam jeszcze Fort Santiago (wstęp 40 peso dorośli, studenci 15 peso), Katedrę Manili, Kościół Św. Augustyna oraz Rizal Park.

Przejazd "Metro Train" w Manili, czyli naziemnym metrem to koszt 12 peso i co ciekawe wagon pierwszy z przodu jest przeznaczony tylko dla kobiet i zawsze jest luźniejszy, natomiast drugi jest dla obu płci i panuje w nim straszny tłok. Odkryłem to jadąc w pierwszej części ku zdziwieniu pasażerek. Wysiadam na kolejnej stacji, a wsiąść do męskiej części udaję mi się dopiero, gdy przyjeżdża trzeci z kolei skład.

Przy wymianie nowych banknotów 100 dolarowych w punktach wymiany waluty na ulicy Adriatico banknoty z 1996r. mają niższą cenę ze względu na dużą liczbę falsyfikatów z tego rocznika. Nawet podobno niektóre banki ich nie wymieniają.

Jeżeli kogoś interesuję przedłużenie wizy z 21 dni do 90-ciu to w Urzędzie Emigracyjnym przy ulicy Magallanes Drive w Manili kosztuję to 2020 peso i nie wolno wejść w krótkich spodniach do budynku. Wypożyczenie odpowiednich spodni od kobiet przed wejściem to wydatek 50 peso.

Wieczorem dotarcie do dworca autobusowego, skąd odjeżdżał autobus do Banaue, ze względu na duże korki zajęło mi 1 godzinę i 15 minut.

Banaue - Batad
Dzień 14
O 7.55 po 10 godzinach jazdy z wliczonymi trzema postojami dojeżdżam do Banaue. W autobusie razem ze mną podróżuję grupa amerykanów pracujących charytatywnie na Filipinach. Jadą do znajomych mieszkających w okolicach Banaue na Święto Dziękczynienia. Odzwyczaiłem się od nocnych podróży i trochę obolały dotarłem do celu. Znalazłem jednoosobowy pokój za 120 peso, cena wyjściowa 150 peso. Po prysznicu i śniadaniu wyruszam do Batad. Wynajęcie tricycla do końca drogi w dwie strony z postojem to 200 peso. Ja jadę autostopem. Czas przejazdu 30 minut po piaszczysto-błotnistej drodze. Stąd 2 godziny pieszo. Najpierw 1 godzina pod górę, a potem 1 godzina w dół. Jeżeli ktoś wynajmie samochód to odcinek pod górę można nim pokonać, tricycle pod górę nie podjadą (droga w przebudowie, wylewany jest beton). Na czas wędrówki proponuje zabrać zapasy wody, ponieważ na szlaku ceny są 3 razy wyższe. Po obejrzeniu tarasów ryżowych w Batad, wdrapując się z powrotem pod górę spotykam trójkę Filipińczyków, z którymi z górnego odcinka wróciłem do Banaue wynajętym przez nich za 1300 peso w dwie strony jeepnayam (w cenę mieli wliczony również objazd okolicy). Ogólnie wycieczka miła, aczkolwiek męcząca, a tarasy ryżowe w Batad mniej imponujące niż te widoczne z punktu widokowego w Banaue.

Po powrocie do hotelu prysznic, zmiana ubrania i wycieczka do punktu widokowego. Docieram tam przejeżdżającym jeepnayam. Kierowcy wręczam 7 peso. Kierowcy tricyclów chcą od 50 do 100 peso w dwie strony. Dla miejscowych to wydatek 10 peso w jedną stronę.

Chociaż o tej porze roku tarasy nie są bardzo zielone, to jednak widok jest piękny. Obok można kupić różne ładne pamiątki z drewna (od 200 peso te ciekawsze) i koszulki (od 80-120 peso). W drodze powrotnej po przespacerowaniu około 1 kilometra dosiadam się za 5 peso do jadącego w dół tricycla do Banaue. Na kolację zjadam spaghetti - 30 peso, pomelon 10 peso i pół kilograma miejscowych pomarańczy.

Banaue - Bontoc - Sagada
Dzień 15
Wstaje o 7.00. Pierwszy jeepnay do Bontoc ma odjeżdżać o 7.30. Odjeżdża o 8.00. Jeżeli ktoś pragnie wcześniej wyruszyć to podobno już o 5.30 są przelotowe jeepnaye. Dzięki opóźnieniu idę jeszcze na śniadanie (kurczak + ryż). Po 2,2 godzinach jazdy (80 peso) po żwirowej, dziurawej drodze, poniżej której czasami wędrowały chmury docieram do Bontoc.

W międzyczasie na jednym z postoi zostaje namówiony przez poznanego dzień wcześniej Filipińczyka na zjedzenie "Baluna" tj. jajka z kurzym zarodkiem w środku. On kupuje pięć, ja jeden, no i nie mogę być gorszy muszę zjeść. Wody płodowe są słone, a wnętrze smakuje, jak ugotowane żółtko z wątróbką. Lepiej zaraz czymś popić, ale i tak czuję je do popołudnia.

Z Bontoc wyjazd o 11.00 kolejnym jeepnayam. Na 12.00 docieram do Sagady. Lokuje się w Sagada Guesthouse (1osoba - 100 peso). Po drodze widzę, jak dźwig wyciąga z przepaści roztrzaskany samochód, w którym wczoraj zginęły 4 osoby. Kierowca był pijany.

W Sagadzie dwie rzeczy są warte obejrzenia "Wielka Jaskinia" i jej penetracja obowiązkowo z przewodnikiem (300 peso dla grupy do 4 osób) oraz wiszące trumny w "Dolinie Echa". Opłata turystyczno-rejestracyjna 10 peso w Biurze Informacji, obok postoju autobusów. Do trumien wiszących na prostopadłym, płaskim zboczu ledwo dochodzę, po śliskiej, mało widocznej ścieżce, która chyba ostatnio jest mało uczęszczana. Podczas przedzierania się przez zarośla napotykam pod skałą, ale już trochę poniżej zbocza, gdzie wiszą trumny na ludzki szkielet, ale bez czaszki (żebra i miednica). Aby tam dotrzeć, idę drogą za kościołem, kieruję się po schodach i drogą w lewo, przechodzę przez środek cmentarza, a potem schodzę stromą ścieżką w dół. Trumny są również widoczne już z urwiska za cmentarzem, bez konieczności schodzenia. Ja jednak wolałem się przyjrzeć z bliska. Nastawiłem się, że zobaczę ich kilkadziesiąt lub jeszcze więcej, ale w tym miejscu jest ich około dwunastu.

Co do jaskini, wszyscy, z którymi rozmawiałem mówili, że jest bardzo ciekawa. Ja osobiście zszedłem do momentu, gdzie jeszcze docierało światło słoneczne i miałem obawy przed samotna wędrówką w ciemnozielonej wodzie, której ani głębokości, ani zawartości nie znałem.

Wieczór spędzam najpierw w towarzystwie Michaela (od "Baluna"), a potem z trójką innych Filipińczyków (2 chłopaków i dziewczyna), którzy wyjechali z Manili, mieszkają w wynajętym pokoju w Sagadzie i chyba się przed czymś lub kimś ukrywają.

Sagada - Baguito -Manila
Dzień 16
Wstaję przed 6.00. O godzinie 6.30 za 189 peso jest pierwszy autobus do Boguito. Droga prawie w całości żwirowa, w wielu miejscach remontowana i wylewana betonem. W dniu dzisiejszym została dopiero otwarta po dwóch dniach przerwy, ze względu na remont mostu. Piękna panorama gór, czasami chmury są poniżej drogi. Najwyższe wzniesienie, które pokonuję autobus to 2255 metrów. Do Boguito docieram o 13.50. Dworzec autobusowy, z którego odjeżdżają autobusy do Manili oddalony o 500 metrów od tego na którym kończy bieg autobus z Sagady. O 14.20 autobusem firmy Victoria Line za 285 peso (autobus klimatyzowany z TV) wyruszam do stolicy. Docieram tam o 22.00. Potem jeepneyam w okolice Taft Avenue i spacer do hotelu.

Manila
Dzień 17
Rano, po trzech przesiadkach docieram do portu do 4 przystani (Pierr 4). Kupuję na 21.00 bilet do Puero Princesa na Palawanie (Linia Super Ferry One) 1222,75 peso studencki (ISIC z Bangkoku). Normalny bilet 1415 peso bez jedzenia. Promy na Palawan pływają tylko w czwartki Linia "Negros Navigation" (statek o nazwie San Paulo wypływa o 14.00 i na 12.30 następnego dnia jest w Puerto Princesa) i w piątki Linia "Super Ferry One" (21.00 - 19.00). Innych nie ma! Przy kupnie biletu trochę musiałem im wyjaśniać, że ISIC to legitymacja studencka honorowana na całym świecie.
Przedzieram się następnie do dzielnicy Makati, gdzie potwierdzam rezerwację w British Airways. Dzielnica Makati, to drugie obliczę Manili. Warto się tam wybrać szczególnie wieczorem. Wracam w okolice hotelu i udaję się do supermarketu "Robinson's" na ulicy Adriatico, na zakupy przed podróżą. Kupuję na spróbowanie filipińskie piwo Red Horse i San Migel, ale Polskie lepsze! Wieczorem jeepneyam docieram pod Hotel Manila. Pierr 15 z którego wypływa prom jest usytuowany za hotelem. Trzeba iść uliczką na tyłach hotelu, bo tą od frontu się nie dojdzie, chyba, że ktoś pragnie się udać do komisariatu policji. O 21.00 wypływam. W klasie ekonomicznej w "Super Ferry One" gorsze warunki niż w "Negros Navigation". Mniej miejsca, ludzie bardziej ściśnięci. Przy wejściu na statek, poddany zostaję kontroli bagażowej i przechodzę przez bramkę do wykrywania metalu. Jest to standard, w każdym domu towarowym, banku, nawet stacji metra sprawdzane są przy wejściu bagaże i ludzie. Turystów zazwyczaj traktują ulgowo, tutaj jednak próbują mi zarekwirować nóż o szerokości ostrza mniejszej niż dłoń, ale się nie daje i stanowcze "Nie" pomaga. "Trzeba się po prostu nie przyznawać" mówi mi poznany na statku szwajcarski kucharz, który wniósł kilka wielkich kucharskich noży i dwa toporki do mięsa.

Prom na Palawan
Dzień 18
Na godzinę 19.00 prom ma dotrzeć do Puerto Princesa. W wyniku awarii jednego z dwóch silników dopływa na 3.00 z 8 godzinnym opóźnieniem. Wieczór na promie spędzam w barze z amerykańskim płetwonurkiem mieszkającym od 14 lat na Palawanie, szwajcarskim kucharzem, który miał wysiąść rano, gdy prom stawał na wyspie Culion, ale że przesadził z trunkami w barze ubiegłego wieczoru, to zaspał oraz filipińskim pisarzem. Panowie leczą ból głowy po wczorajszym wspólnym biesiadowaniu. Za rachunki zakupionego rumu bierzemy udział w "kole fortuny" i wygrywamy kilka gadżetów. I tak do 1.00. Na promie śpię do 5.00.

Palawan (Puerto Princesa) - Sabang
Dzień 19
Opuszczam statek o 5.30. Najpierw pieszo na drodze z portu sprawdzam, czy któryś z autobusów stojących w mini dworcach nie jedzie przypadkiem do Sabang. Okazuję się, że nie i na wysokości restauracji "Lolibel" łapię tricycla i za 10 peso do dworca San Hose oddalonego o jakieś 5 kilometrów. Pierwszy jeepnay do Sabang odjeżdża o 7.30 (100 peso i tym razem jest to mały autobus). Po 2,5 godzinach jazdy po drodze od drugiej godziny żwirowo-błotnej docieram do Sabang. Jeepnay (autobus) zatrzymuje się koło przystani, w miejscu, gdzie wykupuję się pozwolenie na zwiedzenie "Podziemnej Rzeki" (200 peso dorośli, 100 peso osoby do 20 lat) i wynajmuję łódź (500 peso).

Ponieważ właśnie dwóch Koreańczyków z dwoma Filipinkami wyrusza do "Rzeki", z marszu wykupuję pozwolenie i dokładam się 100 peso do łódki i płyniemy. Po 15 minutach docieramy do przepięknej piaszczystej plaży skąd po przejściu kilku metrów jest punkt startowy do "Podziemnej Rzeki". Oddajemy tam pozwolenia, dostajemy kaski i kamizelki ratunkowe i wsiadamy do łódki, którą kieruje przewodnik i wioślarz w jednej osobie. Lampa, którą ma przewodnik zasilana jest z akumulatora. Czas zwiedzania to około 45 minut.

"Podziemna Rzeka" to nic innego jak wysoka jaskinia, którą leniwie płynie rzeka. We wnętrzu podziwiać można bardzo różne formy skalne, które przypominają wielkie grzyby, autostradę, postacie zwierząt, figurki świętych. Najwyższy punkt jaskini odkrytej w XIX wieku ma 65 metrów wysokości. Jest tu dużo turystów zwłaszcza miejscowych. Obok miejsca piknikowego przy plaży jest sporo małp i wielkich jaszczurek.

Po powrocie do Sabang, kwateruję się w Villa Sabang Guest House, w przyzwoitym bambusowym domku z murowaną łazienką z widokiem na przepiękną plażę z palmami. Ze względu na brak klientów płacę zamiast 450 tylko 200 peso. Zostaję tu na 1 dzień, aby sobie trochę poleżeć na plaży, chociaż słońce dzisiejszego popołudnia nie jest intensywne.

Sabang - Puerto Princesa
Dzień 20
Rano włóczę się po okolicy. O 14.00 ostatnim jeepneyam z Sabang wyruszam do Puerto Princesa. Hotele w Puerto to - "Mangahan Inn" obok Lolibell na Rizal Avenue 125 peso, "Puerto Pension" na drodze z portu 225 peso (zdecydowanie lepszy). Wieczorem chodzę po miasteczku. Oglądam zawody kulturystyczne o mistrzostwo Palawanu, korzystam z Internetu 1 godzina 25 peso.

Puerto Princesa - Manila
Dzień 21
Rano o 7.30 jestem na lotnisku. Tricycl 5 peso. Codziennie latają do Manili 3 samoloty. Chociaż nie mam biletu jestem pewny, że na jakiś się dostanę. Udaje mi się już na ten pierwszy Linii Cebu Pacyfic o 9.00, cena 2314 peso + 40 peso opłata lotniskowa. Do Manili na krajowy terminal docieram po 1 godzinie. Przy wyjściu oddaję się kwitki bagażowe. Po zostawieniu bagażu w hotelu udaję się na zakupy. Kupuje różne ubrania, bo tanie i prezenty. Wieczór pożegnalny spędzam włócząc się po ulicy Adriatico i Roxas Boulevard.

Manila
Dzień 22
Wydaję ostatnie peso na zakupy. Zostawiam sobie 150 peso na taxi na lotnisko, bo z wielkim plecakiem nie mam ochoty pchać się w metrze.

Na lotnisku odprawa przebiega sprawnie. Plecak 23 kilogramy i duży podręczny przyjmują bez problemu. Jeszcze tylko "passenger service charge" 550 peso lub 10 $USA nie wliczona do biletu, bardzo szczegółowa kontrola bagażu podręcznego i osobista przed wejściem do samolotu i o 20.20 wylatuję do Hong Kongu. Potem zimny Londyn i chłodna Warszawa.

ZAKOŃCZENIE I UWAGI
Koszt wyprawy łącznie z biletem (585$USA) + ubezpieczeniem turystycznym (111 zł) + jedzenie na pierwsze 6 dni (52 zł) wyniósł mnie 898 $USA + 100 $USA zakupy (pamiątki, ubrania). Łącznie 998 $USD.

W mojej relacji nie zawarłem informacji, które można przeczytać w IV tomie "Przez Świat". Ceny za większość przejazdów i hoteli można znaleźć powyżej. Podróż odbyłem w pojedynkę na przełomie listopada i grudnia 2003 roku. Nie łykałem tabletek antymalarycznych, miałem własna moskitierę, którą zawsze starałem się rozwieszać na noc. Mam od kilku lat wszystkie szczepienia zalecane na Azję i Afrykę. Te, które trzeba powtórzyć, powtarzam według zaleceń lekarskich. Terminy wyjazdów ustalam zawsze bez względu na pogodę panującą w danym kraju. Dopasowuję je do moich finansów, dostępnych promocji lotniczych i czasu, jaki posiadam. Plecak 80 litrowy przewożę zawsze w materiałowym podróżnym worku, który można zapiąć u góry na kłódkę, nawet, gdy jest maksymalnie załadowany, gdy wracam do kraju. Nie brudzi się dzięki temu, na taśmach na lotniskach żaden pasek nie zostanie urwany i nie kusi złodziei. Ponad to plecak u góry zapinany jest również na kłódkę. Na Filipinach piłem i myłem zęby tylko woda przegotowaną lub mineralną, w Macau i Hong-Kongu wodą z kranu. Latarkę miałem czołówkę. Wziąłem buty za kostkę, sandały i japonki pod prysznic. Chodziłem głównie w sandałach. Zawsze mam również plecak podręczny, na przewodniki, notes, aparat, wodę i inne drobiazgi. Miałem również skromną podręczną apteczkę, z której tym razem nie korzystałem. Nie miałem śpiwora, tylko uszyty z ciemnego materiału worek, w którym spałem.

Hong Kong oprócz wielkiej ilości nagromadzonych obok siebie wieżowców nie urzekł mnie prawie wcale. Całkiem inaczej Macau, bardzo mi się podobało. Miało swój urok, klimat i nastrój. Filipiny i Filipińczycy mnie zachwycili, a jacy ludzie to taki i kraj. Okazali się najbardziej przyjaznym narodem, jaki kiedykolwiek do tej pory spotkałem, a było już ich kilkadziesiąt. Są niesamowicie mili, przyjaźnie nastawieni do turystów, skorzy do wskazania drogi, jakiejkolwiek innej pomocy i robią to bezpłatnie. Po doświadczeniach w innych krajach na początku byłem jak zawsze bardzo nieufny. Jednak po pierwszych dniach zdałem sobie sprawę, że moja zbytnia nieufność w stosunku do ludzi, z którymi przyszło mi się stykać jest przesadzona. Bardzo gorąco polecam Filipiny i ja na pewno kiedyś spróbuje tam wrócić.

Przykładowe ceny - Filipiny:
1,5 L coca-cola, sprite, fanta - 30 p.
1 L woda - 15 p.
2 L woda - 25,4 p.
0,330 ml napój w butelce coca-cola, sprite itd. - 10 p.
chleb tostowy najtańszy- 20 p.
6 L woda - 45,5 p.
2 L sprite - 39 p.
ananas 10 - 20 p.
0,330 ml puszka coca - coli 13 p.
0,330 ml piwo w puszce Red Horse - 17,75 p.
mała kłódka - 30 p.
0,375 ml rum - 28,5 p.
0.330 ketchup bananowy - 10,5 p.


 
poprzednia strona 1 2 3 4 do góry