Indochiny 2002
Informacje praktyczne
Galeria

 

 
  
Grzesiek
na Czarnym lądzie
 
Grzegorz Lewocki
 
Hong Kong,
Macau, Filipiny
 
Grzegorz Lewocki
 
Maroko 2002 
Grzegorz Lewocki
 
Lądem
do Kambodży
 
Grzegorz Lewocki
 
32 dni
w Indochinach
 
Grzegorz Lewocki
 
Ukraina - śladami polskich warowni 
Grzegorz Lewocki
 
Samochodem
na Krym
 
Grzegorz Lewocki
 
Włoskie wakacje 
Grzegorz Lewocki
 
Kanał Ostródzko-Elbląski 
Grzegorz Lewocki
 

 
Grzegorz Lewocki
32 dni w Indochinach
Singapur, Malezja, Tajlandia, Laos

Indochiny - ta geograficzna nazwa jeszcze kilka lat temu była mi zupełnie obca. Ktoś zadał mi pytanie? Po co tam jedziesz? Co cię tam ciągnie?

Fot. Grzegorz Lewocki

Odpowiedziałem - Wszystko to czego w naszym kraju nie ma, a wiec egzotyka, inne rysy ludzkich twarzy, które w Polsce można dojrzeć tylko na "Stadionie 10-Lecia" w Warszawie, woń niezidentyfikowanych czasami zapachów, błękit wody w zatokach, niskie ceny, specyficzny gwar i hałas ulicy, pogoda! Nie sposób jest wymienić wszystkiego. Ciągnie mnie po prostu w Świat, Azja i Afryka należą do moich ulubionych, a że tym razem jest to ten jego zakątek, to zasługa wakacji z 2000r., kiedy to urzekła mnie różnorodność Tajlandii.

 

Większość moich wypraw odbywam w pojedynkę, tym razem jednak towarzyszką mojej podróży jest moja partnerka Ania.

Warszawa - Istambuł - (międzylądowanie) Bangkok - (Singapur)
DZIEŃ 1

Podróż jest bardzo długa. Jedzenie w samolocie dobre, chociaż po którymś już z kolei posiłku mamy dosyć tego typu jedzenia. Fotele wygodne, pomimo to bolą nas pośladki. Jesteśmy zaskoczeni międzylądowaniem w Bangkoku, ponieważ nie mieliśmy o nim pojęcia.

Singapur
DZIEŃ 2

Bardzo zmęczeni wysiadamy w Singapurze. Różnica czasu 7 godzin. Lotnisko oczywiście klimatyzowane, ale po wyjściu na zewnątrz w poszukiwaniu autobusu żar uderza w nas straszny. Autobus w rejon ulicy Bancoolen kosztuje 1,5 $S (dolara singapurskiego). Bilety kupuję u kierowcy. Jedziemy, po szerokich otoczonych zielenią ulicach, wilgotność powietrza duża. Wysiadamy tuż za YMCA i wędrujemy ulicą Bancoolen. Jakoś za bardzo hotele nie rzucają nam się w oczy. Może to kwestia zmęczenia? Wreszcie udaje się znaleźć pokój bez okna, z klimatyzacją w Hawaii Hostel za 35 $S za 2 osoby. Toaleta jest na korytarzu. Pokój jest strasznie mały i oprócz łóżka są w nim dwa krzesła i mikroskopijny stolik. Podobno innych wolnych nie ma. Trochę drogo, ale to jest Singapur więc przystaję na cenę.

Po kąpieli i wypoczynku idziemy zwiedzać okolicę i odwiedzamy dwa centra handlowe, gdzie przeważa elektronika. Późnym wieczorem zjadamy kolację w częściowo otwartej na ulicę restauracji (zupa z wołowiną - 2,5 $S, ryż z kurczakiem - 3 $S). Sprawdzam jeszcze teraz hotele położone obok. Ceny dwu osobowych pokoi to 50, 60 i 77 $S . Cenami jestem zdziwiony, bo w przewodniku piszą trochę inaczej na ten temat. Po 23.00 idziemy spać.

Singapur
DZIEŃ 3

Zmiana czasu powoduję, że budzę się o 4.00 i z trudem zasypiam przed 7.00. Na dobre budzimy się potem dopiero o 11.00. Szybkie śniadanie w postaci chińskiej zupki i ruszamy na zwiedzanie. Odwiedzamy Chinatown, gdzie oglądamy występy bardzo giętkich artystów, dwie świątynie w tym Thian Hock Keng Temple, podziwiamy architekturę starych uliczek i domostw pamiętające chyba jeszcze czasy II Wojny Światowej.

Na Wyspę Sentosa jedną z ciekawszych atrakcji Singapuru można dostać się specjalnymi autobusami oznaczonymi literami A,C&E (7 $S wliczony wstęp i autobus w dwie strony), statkiem (2,3 $S), kolejka linową (7,5 $S) lub pieszo bezpłatnie. Wstęp na wyspę 6 $S. Na wyspie jest kilkanaście atrakcji, z których każda jest dodatkowo płatna (ceny wstępu dla dorosłych) np.

  • Butterfly Park/Insect Kingdom Museum 6 $S,
  • Cinemania 12 $S,
  • Fantasy Island 20 $S,
  • Fort Siloso 3 $S,
  • Image of Singapore 8 $S,
  • Underwater World Singapore & Dolphin Lagoon 17 $S,
  • Volcanoland 12 $S, i wiele innych, ale aktualne informacje można znaleźć na stronie www.sentosa.com.sg.
    Są również bezpłatne widowiska, takie jak:
  • Musical Fountain Day Show 5.00 p.m. i 5.30 p.m.,
  • Musical Fountain Night Show & Spirits of Sentosa 7.30 p.m., 8.30 p.m., 9.30 p.m.,
  • Monkey Show at Central Beach 11 a.m. i 1.30 p.m.,
  • Bird Show at ferry Terminal 12.30 p.m., 3.00 p.m.

Informację o Wyspie Sentosa podaje z informatora, jaki otrzymałem. Nie mieliśmy już czasu, aby się tam udać.

Singapur/Malezja - Johor Bahru - Mersing
DZIEŃ 4

Po 8.00 jedziemy autobusem nr 170 do Johor Bahru. Autobus to przegubowiec z klimatyzacją. Bilet na autobus tej linii jest ważny, aż do dworca autobusowego po stronie malezyjskiej, pomimo, że wysiadamy z niego dwukrotnie na przejściach granicznych i wsiadamy już do innego pojazdu, ale o tym samym numerze po załatwieniu formalności granicznych. Czas od wyjścia z hotelu, do momentu dotarcia na dworzec trzy i pół godziny. Na dworcu w Johor Bahru wymieniamy pieniądze. Kurs dużych nominałów tj. 50 i 100 USD - 3,78RM (Ringa malezyjskiego), małych - 3,7RM i zjadamy obiad w postaci kanapek z wołowiną (1szt. - 3 RM). O 14.00 jedziemy autobusem do Mersing. O 16.30 jesteśmy na przystani, ale ostatni statek na Wyspę Tioman, bo tam chcieliśmy się dostać, odpłynął o 16.00.

Idziemy więc z powrotem do centrum około 500 metrów w poszukiwaniu hotelu. Opisany w przewodniku "South-East Asia on shoestring" wydawnictwa Lonely Planet - dziewiąta edycja "Omar’s Backpackers Hostel" znajdujący się po drodze z przystani jest w czasie "deszczowego sezonu" zamknięty. Znajdujemy 2os. pokój w hotelu za 40RM na pierwszym większym rozwidleniu dróg w centrum miasta idąc drogą od przystani obok dwóch miejscowych restauracji.

Promy na Wyspę Tioman mamy jutro o 9.00, 14.00, 16.00. Po odświeżeniu się w hotelu idziemy więc pochodzić po miasteczku i do miejscowego supermarketu. Idziemy również raz jeszcze na przystań, aby upewnić się co do godzin wypłynięcia promów. W drodze powrotnej łapie nas ulewa. Chronimy się pod dachem jednego z budynków, ale błyskawicznie wypędzają nas stamtąd setki komarów, które przypuszczają na nas szturm. Do hotelu wracamy więc przemoczeni i trochę pogryzieni.

Malezja - Wyspa Tioman
DZIEŃ 5

Wstajemy po 7.00. Idę wymienić jeszcze pieniądze i idziemy na przystań. Kupujemy bilety na szybki katamaran na godzinę 9.00 oraz płacimy 5RM jako opłatę za wstęp do park, którym jest Wyspa Tioman. Co do tej opłaty to nie jestem do końca pewny o co chodzi, bo chyba tylko my zapłaciliśmy. Nie widziałem, aby Malezyjczycy też płacili.

Podróż nie obywa się jednak bez przygód. Na samym początku podróży obsługa rozdaje wszystkim foliowe woreczki i ruszamy. Ponieważ jest sezon deszczowy, gdy tylko wypływamy z portu od razu czujemy wzburzone morze. Zaczyna rzucać nami porządnie. Jak wpływamy na fale jest jeszcze ok., ale gdy z niej w dół spadamy nasze żołądki podchodzą do gardła. Najpierw używać woreczków zaczynają znajdujące się na katamaranie dzieci, potem ich rodzice, a potem jeszcze większość pasażerów, którzy bladością dorównywali ścianom łodzi. Efekt potęgowały jeszcze spaliny, które częściowo dostawały się do kabiny. My o mały włos nie dołączyliśmy do innych, ale zaklejenie plastrem pępków jakoś pomogło. Z ulgą jednak witamy port po niecałej dwu godzinnej podróży. Wybieramy sobie przystań Air Batang i tam wysiadamy.

Z przystani idziemy w prawo i po około 400 metrach znajdujemy sobie domek z łazienką za 20RM. Ceny są niższe, ponieważ jest mało turystów. W sumie przez trzy dni spotykamy 7 osób. Na niebie jest trochę chmur, ale słońce operuję intensywnie. Resztę dnia spragnieni słońca wypoczywamy na plaży.

Malezja - Wyspa Tioman
DZIEŃ 6

Po śniadaniu, na które składają się naleśniki i zupa mleczna wylegujemy się na plaży. Mieszkający w naszym "ośrodku" dwaj Australijczycy zebrali grupę 9 osób i za 250RM wynajęli łódkę i popłynęli nurkować z maskami z rurką. My dalej leżymy na ciepłym piasku. Obserwujemy jak samoloty rejsowe z Kuala Lumpur wynurzają się nagle ponad szczytami wyspy, zniżają się następnie i lądują na wydartym dżungli pasie startowym. Wygląda to bajecznie, gdy nagle znikają z horyzontu.

Wieczorem idziemy na typową malezyjską kolację w jednej z restauracji. Jest kilka osób wśród nich "nasi" Australijczycy i dwie Szwedki. Narodowości innych nie poznajemy. Kolacja składa się z ryby, ryżu, ciasta i sałatki oraz napojów. Od osoby zapłaciliśmy po 10RM, ale nic szczególnego.

Malezja - Wyspa Tioman
DZIEŃ 7

Ponieważ wczoraj spaliliśmy trochę nasze ciałka, idziemy dzisiaj na wyprawę ścieżką, która przecina wyspę. Nie zamierzamy przejść całkiem w poprzek i docieramy do miejsca skąd czerpana jest woda do wodociągu zasilającego wybrzeże. Droga poprzez dżunglę jest w dużej mierze wylana betonem, ale wspinaczka po bardzo licznych betonowych schodach, które zostały zbudowane na pewno z wielkim nakładem pracy nie jest łatwa. Te ułatwienia jednak często się kończą i trzeba wędrować po śliskiej, mokrej ścieżce. W czasie wędrówki czasami się czujemy nie swojo. Jest cicho, momentami tylko wyda okrzyk jakiś ptak lub coś zaszeleści w krzakach. Napotykamy na drodze dwa wielkie wylegujące się w słońcu jaszczury. Są one na szczęście niegroźne. Podobne widzieliśmy już wcześniej, ponieważ przechadzały się koło naszego domku. Są imponujące, nawet małpy się ich boją.

Wędrówka ścieżką jest fascynująca, ale i trochę męcząca, wychodzimy z dżungli mokrzy, bez wody, ponieważ całą wypiliśmy, ale nam się podobało. Mam ze sobą po raz pierwszy w naszej podróży kamerę video i to co nagrywam bardzo mnie cieszy.

Do kolacji wypijamy po dwa drinki i zasypiamy szybko.

Malezja - Wyspa Tioman - Mersing - Kluang - Alor Setar
DZIEŃ 8

Wstajęmy, gdy jest jeszcze ciemno. O 7.00 siedzimy już na przystani. Z oddali słychać już silniki nadpływającej łodzi, chociaż jeszcze jej nie widać. Tym razem łódź jest większa, morze spokojniejsze, więc przygód jak w tą stronę brak.

Nie wiedzieliśmy dokładnie, jak długo zostaniemy na Tiomanie. Ponieważ są święta w Malezji dużo osób podróżuję i miejsc na autobusy z Mersing do centralnych części wyspy brak.

Jedziemy więc do Kluang skąd według informacji mamy mieć większe szanse na transport. Po dotarciu tam udaje się nam kupić bilety na autobus do Alor Setar na 21.00. Mamy wiec kilka godzin ponieważ jest dopiero 13.00. Siedzimy w kafejce internetowej przez 2 godziny, chodzimy po sklepach i bazarze. Jesteśmy świadkami pożaru instalacji elektrycznej w jednym z czteropiętrowych kompleksów handlowych, próbujemy malezyjskich wyrobów cukierniczych, ale całkiem inne niż nasz polskie i nie przypadają mi do gustu. O 21.00 wyruszamy.

Malezja/Tajlandia - Alor Setar - Krabi
DZIEŃ 9

Koło 11.00 docieramy wreszcie do Alor Setar. Przesiadamy się do autobusu do granicy i po 45 minutach jazdy tam już jesteśmy. Na granicy 1USD - 41,5 do 42B (Baty), 1RM - 11,30B. Z granicy jedziemy do Hat Yai. Tam zjadamy obiad i o 16.00 wyjeżdżamy do Krabi. W znanym nam już z ostatniego pobytu Krabi jesteśmy około 22.00. Znajdujemy miejsce w hotelu koło portu za 150B - 2os. na 6 piętrze bez windy.

Tajlandia - Krabi - Wyspa Phi Phi
DZIEŃ 10

Wstajemy po 10.00. Idziemy do portu zorientować się w cenie biletów na Wyspę Phi Phi. Bilety są po 200B w jedną stronę. Po kilku rozmowach w różnych agencjach udaję się nam wytargować na 300B w dwie strony od osoby oraz kupić bilety do Bangkoku za 300B od osoby.

Wyspa Phi Phi jest podobno bardzo piękna, ale i stosunkowo droga, pragniemy więc na nią popłynąć tylko na dwa dni, aby przekonać jak jest naprawdę, a na koniec naszej wyprawy udać się na inną wyspę, tańszą od Phi Phi, ale której uroki już dobrze poznaliśmy i nam odpowiadają również finansowo.

Chcę teraz wspomnieć o naszych ulubionych sklepach spożywczych w Tajlandii, którymi jest sieć sklepów "7&11", które można znaleźć wszędzie. Zaopatrujemy się w nich przeważnie w napoje oraz słodycze lub jemy tam hod-dogi lub hamburgery do których sami sobie wkładamy taką ilość dodatków, że aż prawie wypadają. Lubimy je bardzo!

Chodzimy po mieście, na obiad zjadamy kurczaka z ryżem i zupę z kiełkami, potem idziemy na zakupy do "7&11" i na drzemkę do hotelu.

Pod wieczór idziemy do portu na kolację w porozstawianych wieczorem straganach.

Tajlandia - Wyspa Phi Phi
DZIEŃ 11

Wstajemy o godzinie 8.00. Idziemy najpierw na śniadanie. Kurczak z ryżem do tego coca-cola. O godzinie 10.30 wypływamy. Około 12.00 jesteśmy już na miejscu. Wyspa wygląda prześlicznie, z daleka góry i zatoki z błękitną wodą. Pogodę mamy tylko nienajlepszą, ponieważ wiszą chmury, z których lada chwila spadnie deszcz. W zatoce, gdzie jest główny port na Phi Phi mnóstwo statków i jachtów.

Na brzegu tłum, którego część wsiada właśnie na statki wypływające z zatoki, a część wysiada. Zaczyna padać i to nieźle. Na brzegu dużo osób z kartkami czeka na określonych turystów. My nie mamy żadnej rezerwacji. Zostawiam Anie z plecakami i jak zwykle ruszam na poszukiwanie hotelu. Ceny bliżej centrum oscylują w granicach 800B za dwuosobowy pokój w górę. Kierując się w prawo mając za plecami zatokę ruszam na poszukiwania. Udaje mi się znaleźć za 400B w bungalowie z łazienką trochę w głębi wyspy około 200 metrów od brzegu. Jest to chyba najtańsza opcja.

Plaża na Phi Phi wspaniała, biały piasek, mnóstwo palm, turkusowa woda. Za tymi luksusami jednak kryją się też wyższe ceny. Wszędzie dużo sklepów, kafejek internetowych, szkół nurkowania, restauracji!!! Jest świetnie. Chmury na nasze nieszczęście nie znikają, ponadto pada ulewny deszcz, a opodal naszego domku pod wpływem uderzenia pioruna odpada z drzewa liściastego ogromna gałąź. Gdy przestaje padać idziemy na spacer. Wieczorkiem w większości z restauracji serwowane są owoce morza, a w niektórych występują transwestyci ubrani w wieczorowe suknie.

Tajlandia - Wyspa Phi Phi
DZIEŃ 12

Rankiem wdrapujemy się częściowo po stromych schodach, a częściowo po wybetonowanej ścieżce na punkt widokowy na wzgórzu. Wejście po schodach ciężkie. Wielu turystów zwłaszcza w podeszłym wieku lub z "nadwagą" zawraca w połowie drogi. Widok z góry na błękitne zatoki po obu stronach wyspy oraz na wzgórza w drugiej jej części przepiękny i urzekający. Zaokrąglone, porosłe bujną zielenią góry zapierają dech w piersi. Wejść tu naprawdę warto. Po zejściu na dół idziemy na śniadanko, a potem cały dzień wypoczywamy na plaży.

Tajlandia - Wyspa Phi Phi - Krabi - Bangkok
DZIEŃ 13

Leżymy do 12.00 na plaży. Zabieramy potem nasze rzeczy z bungalowu i idziemy na statek do Krabi. Z żalem żegnamy tą wyspę o rajskim wyglądzie i plażach, chociaż penetrując niektóre jej fragmenty dotarliśmy do niezbyt miłego w zapachu wysypiska smieci! Po 15.00 jesteśmy na miejscu, a o 17.00 wyjeżdżamy do Bangkoku.

Tajlandia - Bangkok
DZIEŃ 14

Około 5.20 docieramy w okolice Khao San Road. O 6.00 jesteśmy pod naszym ulubionym NATT II na uliczce biegnącej na tyłach McDonalda 100 metrów od Khao San. Jest wcześnie, a kto przybędzie przed 8.00 musi z reguły zapłacić jeszcze za noc. Nas na szczęście już o 6.00 lokują w pokoju 2os. z wiatrakiem za 180B. Inaczej musielibyśmy 2 godziny siedzieć w recepcji, aby uniknąć podwójnej opłaty. Kąpiemy się i idziemy spać.

Okolice ulicy Khao San to istna mekka turystów, hotel na hotelu, kluby, dyskoteki, restauracje. Mnóstwo sklepów, straganów na których można kupić i sprzedać prawie wszystko. Życie tutaj trwa całą niemal dobę siedem dni w tygodniu. Wieczorami wyrastają jadłodajnie na świeżym powietrzu, w których można zjeść od kurczaka po ośmiornice. Niesamowite miejsce. Podoba mi się ogromnie. Jest to zresztą już nasza kolejna wizyta w Bangkoku i w Tajlandii. Nie będę też w tej relacji opisywał ważnych tajlandzkich zabytków i miejsc, ponieważ zrobiłem to już w innym sprawozdaniu.

Wstajemy o 10.00. Idziemy sprawdzić skrzynki e-mailowe i bilety do Birmy, bo tam chcemy polecieć na 2 tygodnie. Bilety lotnicze, bo tylko tak w tym momencie obcokrajowcy mogą przekraczać granice z Mynmarem (Birmą) to wydatek 5100B liniami Bangladeszu i 6700B liniami Birmy. Jeżeli wylot i powrót w niedziele loty tańsze. Trzeba jeszcze doliczyć 500B opłaty lotniskowej. Wiza załatwiana przez agencję 1350B w jeden dzień, w dwa dni 1000B. Kurs wymiany w dniu dzisiejszym 1 USD = 43,47B.

O 15.00 mają nam dać znać, czy będą bilety na interesujący nas termin. Jeżeli nie będzie to nie pojedziemy do Birmy, tylko do Laosu i na plaże. Mojej Ani odpowiada ta druga wersja.

Okazuje się, że biletów jednak nie dostaniemy. Na pocieszenie idziemy na zakupy. Ja kupują dwie pary jeansów, Ania kilka bluzek. Zaczyna się szał zakupów w naszym wykonaniu. Strach pomyśleć, ile to jeszcze szmatek nakupimy!

W naszym hotelu odkrywamy rodaka z Poznania. Integrujemy się przy tajlandzkim rumie po 80B za 0,75L. Siedzimy na ławeczce i gaworzymy. Marcin po jutrze wraca do domku na wigilie.

Tajlandia - Bangkok - Wiza do Laosu
DZIEŃ 15

Dzisiejszy dzień poświeciliśmy na załatwienie wizy do Laosu. Dwoma klimatyzowanymi autobusami w jedną stronę za 12 i 14B docieramy przed 12.00 na miejsce. Wiza dla obywatela polskiego - 3 dni czekania 600B. Popołudnie i wieczór spędzamy w okolicach ulicy Khao San.

Tajlandia - Bangkok - Farma Krokodyli
DZIEŃ 16

"Farma krokodyli" pod Bangkokiem i słynne w niej pokazy tresury to cel wyprawy w dniu dzisiejszym. Autobusem miejskim 511 jedziemy na dworzec autobusowy, a potem jeszcze 45 minut jazdy autobusem międzymiastowym. Wysiadamy przy głównej drodze obok bramy na farmę i ocienioną aleją idziemy do wejścia. Wstęp 350B. Targuję się jako "studenci" i płacimy po 250B. Przy wejściu po lewej stronie można zrobić sobie za 100B zdjęcie z dwoma pięknymi tygrysami o lśniącej sierści. Są one na łańcuchach, ale można wejść miedzy nie i np. złapać za ogony. W okolice paszczy tych kotków podchodzić raczej nie wolno. Obok jest też sklep, gdzie można nabyć wyroby ze skór z krokodyla.

Pokaz z udziałem ludzi i krokodyli odbywa się dwa razy dziennie. Dwóch treserów, ciąga krokodyle za ogony, jeździ na nich, wkłada głowy do paszczy i robi inne "niebezpieczne" sztuczki. Krokodyle są najedzone i ospałe. Przedstawienie obserwujemy z drewnianego podestu.

Na farmie w części udostępnionej zwiedzającym jest kilka oddzielonych od siebie zbiorników wodnych z kawałkami lądu, w których siedzą różnej wielkości krokodyle. Nie była by na pewno miła nieoczekiwana wizyta w takim zbiorniku! W porach karmienia obserwujemy, jak ospałe zazwyczaj gady z dużą szybkością rzucają się na podawane im kawałki mięsa. Na jednej z alejek możemy też pogłaskać malutkie słoniątko z mamusią, chociaż to "baby" ma już bardzo twarde włosy na głowie.

Na zakończenie wizyty idziemy na odbywający się również tutaj pokaz słoni i ich wykorzystywania w gospodarce i życiu Tajlandii od zamierzchłych czasów. Najpierw pokazana jest scena zdobywania palącego się zamku przez odziały wojowników przy użyciu słoni, potem wykorzystanie w transporcie drewna, mecz piłkarski dwóch słoniowych drużyn, a na koniec rzuty karne w wykonaniu słoni. Pokaz ten był momentami śmieszny. Szczególnie podobał się około 200 tajlandzkim dzieciom, które przyjechały ze szkołą na wycieczkę. Radości co niemiara.

Na koniec słonie podchodziły pod barierki i były przez widzów obdarowywane bananami. Jeden z nich w pogoni za bananami nawet przeszedł przez jedną z nich, przez co narobił małego zamieszania na widowni.

Około 16.00 docieramy z powrotem do naszego hotelu, a wieczorem jedziemy autobusem nr 15 w okolice "Siem Squar" i idziemy około 1,5 km w rejon "Patpongu".

"Patpong" to dzielnica "czerwonych latarni", z wieloma barami "go-go", sklepami i klubami rozrywki. Na ulicach, przed wejściami do "domów schadzek" stoją w grupach po 10 - 15 młode dziewczęta w różowych, błękitnych sukniach z numerkami przypiętymi na nadgarstkach lub sukniach, jak w wyborach "Miss Piękności" i zachęcają przechodzących mężczyzn do rozmowy i zapraszają do środka.

Wygląda to czasami komicznie, gdy kilka grup tych kobiet stojących bardzo blisko siebie przekrzykuje się wzajemnie. Jedne krzyczą "Chodźcie do nas, zapraszamy, my robimy najlepszy masaż, nie zawiedziecie się!", inne "Nie, chodźcie tutaj my jesteśmy najlepsze w ..., zapraszamy!" Mieszkający w Bangkoku Francuz poinformował nas później, iż taki "masaż" to wydatek od 500 do 2000B.

Jest tutaj również wielka ilość sklepów, straganów z podróbkami markowych zegarków, portfeli, jeansów, koszulek, perfum, walizek i mnóstwem innych rzeczy. Wieczorami kiedy to wszystko rusza są tu tłumy turystów. Sklepy i stragany są otwarte do około 2.00, potem powoli ruch zamiera. Można tu kupić na prawdę dużo niedrogich rzeczy!

Po zrobieniu zakupów lub gdy ktoś jest zmęczony chodzeniem można się udać do któregoś z barów "go-go" i obejrzeć "show" w wykonaniu striptizerek. Są to specjalne przedstawienia, na które naganiacze zapraszają przed wejściem, ale nie tylko turystów. Opłatą jest zakup piwa za 100B. Na scenie tańczą młode kobiety, które wyciągają z różnych części ciała różne rzeczy, otwierają butelki z coca-colą, zdmuchują świeczki na torcie i wystrzeliwują do zawieszonych pod sufitem balonów strzałki. Wszystko to robią zastrzegam nie ustami!!! Jest to bardziej śmieszne, niż erotyczne. Ja i Ania byliśmy na takim "pokazie" już podczas wcześniejszych wizyt w Bangkoku. Interesujące doświadczenie! Nocnym autobusem, na który trzeba się naczekać i czasami zmienić raz jeszcze na inny wracamy w rejon ulicy Khao San.

Tajlandia - Bangkok - Weekend Market
DZIEŃ 17

Wstaliśmy późno z racji naszej wczorajszego wyjścia. Po śniadaniu jedziemy najpierw na stację kolejową sprawdzić pociągi do Ubon Ratchathani (135 III klasa - miejsca siedzące, 421 II klasa - sypialny), a potem na "Weekend Market".

"Weekend Market" jest to olbrzymi, ogrodzony plac z setkami sklepów z rzeczami różnej jakości, ale na pewno gorszej niż na "Patpongu" lub na straganach na ulicy Khao San. Dojazd w rejon marketu zajmuje ponad godzinę. Popołudnie spędzamy w hotelu, sklepach i objadamy się małymi ośmiornicami z rusztu.

Tajlandia - Bangkok - wigilia
DZIEŃ 18

Pomimo sztucznych choinek stojących w piekącym słońcu nie odczuwamy zupełnie, iż jest to wigilia. Ani pierwsza, moja druga wigilia w życiu poza domem. Rano jadę najpierw do ambasady Laosu po nasze paszporty z wizami. Podróż zajmuje dwie godziny w jedna stronę, a zmieniam autobus dwa razy. Korki!

Wieczorem idziemy do naszej ulubionej ulicznej restauracji na smażony ryż z kurczakiem i zupę z kiełkami. Dzielimy się opłatkiem zabranym przezornie na tę okazje przez Anie i spożywamy " nasze tajlandzkie wigilijne potrawy", czyli smażony ryż z owocami morza i zupę.

Tajlandia - Ubon Ratchathani
DZIEŃ 19

Z samego ranka zabieramy niezbędny bagaż, resztę zostawiamy w hotelowej przechowalni i jedziemy na dworzec autobusowy. O 8.30 jesteśmy na miejscu. Dworzec ogromny dwu piętrowy. O 9.25 wyruszamy do tajlandzkiego miasta położonego najbliżej części Laosu do której się udajemy, a mianowicie Ubon Ratchathani. Przed odjazdem zjadam jeszcze kawałek kurczaka z ryżem w dworcowej restauracji i wyruszamy.

Po całodziennej podróży docieramy do Ubon o godzinie 20.00. Taksówką za 80B jedziemy z dworca autobusowego do hotelu w centrum miasta. Hotel bardzo ekskluzywny. Pokój dwuosobowy 500B. Obok na szczęści znajdujemy tańszy. Tylko 200B i w nim zostajemy. Po szybkiej kąpieli idziemy się przejść. Trafiamy na jakiś festyn, zajadamy się naleśnikami z bananami oraz jeździmy samochodzikami na wesołym miasteczku.

Tajlandia/Laos - Ubon Ratchatchani - Pakse - Champasek
DZIEŃ 20

Do Laosu jedziemy już po raz drugi. Mieliśmy już tą przyjemność w ubiegłym roku, podczas ostatnich naszych studenckich wakacji, gdy podróżowaliśmy z Polski lądem do Kambodży.

Wstajemy wcześnie i jedziemy dwoma ciężarówkami przerobionymi na autobusy do granicy. Na granicy służba graniczna żąda od nas po 50B jako "opłatę wjazdową". Jesteśmy źli, bo to wymuszona łapówka, jednak nie mamy wyjścia i dajemy. Po przekroczeniu granicy spotykamy Nowozelandczyka, który jest doktorem literatury angielskiej i uczy j. angielskiego w Bangkoku. Za godzinę nauki języka w Bangkoku dostaje 400B, ale to dlatego tak dużo bo jest doktorem. On też musiał zapłacić łapówkę! Dowiadujemy się od niego, że wynajęcie mieszkania w Bangkoku na miesiąc kosztuje około 4500-6000B. Jedziemy ciężarówką przerobioną na autobus do Pakse. Spotkani jeszcze przy granicy Francuzi odradzają nam wyjazd do Platou, ponieważ jest tam drogo i nic specjalnego do obejrzenia. Wymieniamy po 20USD na osobę i jedziemy. W Pakse, zmieniamy dworce autobusowe i docieramy na właściwy tj. ten, z którego jedzie transport do Champasek. Pomimo jednak wczesnej pory okazuje się, że nie ma już żadnego transportu do celu naszej podróży. Idziemy na drogę wylotową do Champasek, zjadamy kupionego na straganie za 4000Kipów (K) arbuza i w końcu jedziemy wynajętą tylko dla nas motorową rikszą za 20 000K do Champasek.

Rikszasz podwozi nas pod prom na rzece Mekong oddzielającej nas od "miasteczka". Przeprawa jest bezpłatna dla ludzi, ale dowiaduje się o tym po zejściu z promu. Obsługa żąda po 1500K od osoby. Daję im na odczepnego 1000K za dwie osoby. Rikszą rowerową za 4000K podjeżdżamy z piaszczystej przystani do hotelu (około 2-3 kilometrów). Dwuosobowy pokój z łazienką na korytarzu kosztuje 10 000K. Zostawiamy bagaże i idziemy coś zjeść. Ryż z warzywami 10 000K, piwo Lao 7000K. Wypożyczamy rowery za 5000K od osoby na 24 godziny i jedziemy na przejażdżkę po "miasteczku", a raczej małej, rozciągniętej wzdłuż drogi wiosce. Krótko po zachodzie słońca idziemy spać.

Laos - Champasek - Wat Phu
DZIEŃ 21

Po śniadaniu składającym się z tostów i jajecznicy pedałujemy kilka kilometrów do ruin światyni Wat Phu. Wat Phu to część kompleksu Ankor Wat, który znajduje się po stronie laotańskiej. Jeżeli ktoś jednak widział wspaniałe części, które znajdują się w Kambodży to będzie trochę zawiedziony tym co tutaj zobaczy. Jednak położona na zboczu wzgórza świątynia robi pewne wrażenie, szczególnie podejście pod nią ścieżką wyłożoną wielkimi blokami skalnymi i wspaniałe obsypane białym kwiatem poskręcane, dziwaczne drzewa wzdłuż tej drogi. Czegoś takiego nie widziałem w Kambodży. Wstęp 5000K.

Po 14.00 jesteśmy z powrotem w "miasteczku". Chociaż pośladki bolą nas od twardych siodełek jedziemy w stronę przystani, oglądamy potem laotański mecz w piłkę siatkową i kąpiel dzieci w kanale doprowadzającym wodę z Mekongu na pola. Resztę dnia wypoczywamy w hotelu. Poznajemy tam Belga, który pracuje w przemyśle zbrojeniowym Laosu i zajmuje się produkcją min.

Laos - Champasek - Don Khong
DZIEŃ 22

Po godzinie 8.40 docieramy na niewielką przystań, w właściwie maleńką kładkę z której między godziną 9.00, a 10.00 mamy odpłynąć łódką do Dong Khong - Krainy czterystu jezior. Razem z nami na tę łódkę oczekuje czwórka turystów i kilka kobiet, które będą próbowały sprzedać pasażerom łódeczki różne potrawy poczynając od gotowanych jajek, zupy, a na pączkach kończąc.

Do Dong Khong można się dostać się również autobusem, ale o tym dowiadujemy się będąc już tam i to w czasie znacznie krótszym tj. dwóch, maksymalnie trzech godzin, ale w miasteczku wszyscy mówią, że tylko można łodzią.

Około 10.30 długa, napędzana jednym silnikiem na długiej śrubie łódka płynąca z Pakse dociera do naszej przystani. Płyną nią 3 prosiaczki, kilkadziesiąt worków ze zbożem i kilku pasażerów. My przezornie zajmujemy miejsca w środku pod daszkiem, który da nam jakąś ochronę przed słońcem. Reszta pasażerów siada na dachu i na koniec naszej podróży około 18.15 są cali czerwoni. Podróż się nam wydłużyła i trwa prawie osiem godzin. Miała trwać 6 godzin tylko.

W czasie podróży zaprzyjaźniamy się z kobietami i dziećmi podróżującymi z nami, które częstują nas pieczonymi konikami polnymi i różnymi regionalnymi specjałami, które jednak nie smakują jak moje ulubione schaboszczaki.

Łódka kończy swoją trasę o zmierzchu w mniejszej osadzie w zachodniej części wyspy Dong Khong. Aby się dostać na strona, w której jest więcej hoteli trzeba by było wynająć jakiś prywatny transport, bo o tej porze już tylko ten wariant jest możliwy. My jednak zostajemy tutaj i znajdujemy hotel za 20 000K z łazienką.

Zjadamy kolację w hoteliku i idziemy przejść się po osadzie, która składa się z zaledwie kilku domków. Zostaje zaproszony przez miejscowych Laotańczyków na skosztowanie ich miejscowego alkoholu i ku ich zaskoczeniu wypijam to co mi nalewają bez mrugnięcia okiem. Są zdziwieni. Sława naszego narodu jeszcze widocznie tutaj nie dotarła i nie wiedzą, że trafili na Polaka, zresztą ich 25% trunek nie robi na mnie wrażenia. Wypijamy kilka buteleczek tego napoju sprzedawanych w pobliskim sklepie w butelkach 0,25L po coca-coli z folią okręcona gumka zamiast kapsla po 2000K, a potem idę wraz z Anią do ich domu na tyłach naszego hotelu na wspólną kolację. Poustawianych na ziemi jest kilkadziesiąt miseczek i każdy w zależności od potrzeby sięga rękoma do wybranej przez siebie. Sztućców i talerzy brak. Naszej kolacji towarzyszą śpiewy i tańce oraz tłum dzieci jako gapiów za oknem i w drzwiach wejściowych.

Laos - Don Khong
DZIEŃ 23

Na śniadanie zamawiam jajecznice z cebulą, pycha, szczególnie, że idę i sam sobie robię tak jak lubię. Można tutaj wypożyczyć rowery, ale są w tak kiepskim stanie i dodatkowo bez hamulców, że rezygnujemy. Cena 10 000K od osoby bez możliwości negocjacji. Zagadujemy kobietę z miejscowego sklepiku, która ma motorek i za 40 000K wypożyczamy go na 3 godziny, co w zupełności wystarczy na objazd wyspy. Jedziemy najpierw do większego osiedla po drugiej stronie, do świątyni buddyjskiej, i ogólnie jeździmy sobie. Stacyjka motorku jest na tyle luźna ze w pewnym momencie wypada z niej kluczyk. Zorientowałem się dopiero po kilkuset metrach. Wracając po własnych śladach nie udaje się nam go odnaleźć. Okazało się, że wypadł on przy przydrożnym sklepiku i właścicielka przywłaszczyła go sobie żądając 2000K za jego zwrot. Po 15.00 jesteśmy już z powrotem w naszej osadzie. Zjadamy obiad i łazimy po okolicy bez celu. Można też tutaj wynająć łódkę za 80 000K na kilka godzin i popłynąć na inne wyspy, ale my po wczorajszej podróży łodzią mamy małą awersję.

Laos/Tajlandia - Pakse - Chong Mek - Ubon Ratchathani - Bangkok
DZIEŃ 24

Wstaliśmy przed 7.00. Pierwszy autobus do Pakse jest o 8.00. Jedzie on dalej do Vientian, a cena biletu do stolicy 45 000K. O 11.30 jesteśmy już na granicy. Do granicy z Pakse jedzie z nami kobieta, która w siatce w specjalnie przygotowanym worku ma pozaszywane z 20 papug i ma zamiar przemycić je do Tajlandii. Mam nadzieje, że ją złapią. Z racji, iż jest niedziela Laotańczycy żądają kolejnej opłaty łapówki w postaci "Sunday Tax".

Podałem im paszporty, wbili mi pieczątkę z datą i podpisem, a jak się dowiedzieli, że nie zapłacę tej fikcyjnej opłaty, Ani - wbili, ale bez daty. Nie pomogła wersja, że jestem dyplomatą na prywatnych wakacjach, urzędnikiem służby granicznej w Polsce - ich kolegą (oczywiście fikcja).

Tajlandczycy nie chcieli nas wpuścić, bo Ania nie miała daty obok pieczątki więc, powiedziałem tajlandzkim urzędnikom emigracyjnym, że tamci świętują niedziele i żądają jakiś dziwnych opłat. Widzieli, że ja mam w paszporcie wbitą pieczątkę z datą, więc wbili Ani datę i podpisali się za Laotańczyków ciesząc się niezmiernie.

Po dotarciu do Ubon idziemy na dworzec kolejowy. Kupujemy bilety na II klasę - pociąg sypialny za 381B na tańsze trochę - górne łóżka. Na dole chyba 421B. Zostawiamy bagaże pod opieka miejscowego policjanta i idziemy pochodzić po mieście, coś zjeść, kupić napoje na drogę oraz sprawdzić pocztę meilową. Wyjeżdżamy o 19.00. Standard tajlandzkiego pociągu sypialnego II klasy przypomina rosyjskie wagony platzkartne, ale każde łóżko jest zasłonięte czymś w rodzaju prześcieradła i powoduje poczucie większej intymności.

Tajlandia - Bangkok (Sylwester)
DZIEŃ 25

Na godzinę 5.00 dojeżdżamy do Bangkoku. Ponieważ z rejonu dworca o tej porze nie ma autobusów w rejon ulicy Khao San, jedziemy taksówką za 60B. Idziemy spać. Wstajemy po 10.00 i po śniadaniu jedziemy potwierdzić bilety lotnicze. Po powrocie z biura lotniczego Turkish Airlines wypoczywamy do wieczora. Ja siedzę w restauracji hotelowej i oglądam filmy na DVD, a Ania czyta w pokoju książkę. O 20.00 rozpoczyna się świętowanie Nowego Roku w naszym hotelu, ale my jedziemy niedaleko "Patpongu", gdzie ustawiona jest wielka scena na ulicy i tam będziemy witać Nowy Rok.

Tajlandia - Bangkok (Nowy Rok)
DZIEŃ 26

Z ulicznej imprezy przy piwku wróciliśmy transportem miejskim przed 3.00. Dzień dzisiejszy to pełny relaks. Idziemy na masaż stóp 200B - 1 godzina, potem wywołujemy zdjęcia po 4,5B za odbitkę 10x15cm i pakujemy plecaki.

Tajlandia - Wyspa Ko Samet
DZIEŃ 27/28/29/30

O godzinie 10.00 docieramy na dworzec wschodni i godzinie 10.30 jedziemy do Ban Phe, czyli nad samo wybrzeże, z którego do promu odpływającego na wyspę Ko Samet, na którą się udajemy na ostatnie dni jest tylko około 200 metrów. Docieramy na miejsce o 13.40. Rok wcześniej jechaliśmy najpierw do Rayong, a potem dopiero na przystań. Łódka na wyspę kosztuje 50B. Prawie wszystkie łodzie dopływają do głównego portu w miasteczku. Stąd do pierwszych hoteli można się dostać idąc pieszo około 5-7 minut. Można też dojechać półciężarówką za 25B, ale według mnie samochodami z przystani nie warto jechać, jeżeli ktoś da radę z plecakiem przespacerować się 12 - 30 min. maksymalnie w zależności do której z plaż chce dotrzeć. Trzeba iść plażą, chociaż trochę ciężko, szczególnie z plecakiem, ale najbliżej.

Wyspa Ko Samet jest parkiem narodowym. W 2000 roku wstęp do parku, czyli w praktyce wyjście z portowego miasteczka i dotarcie na którąkolwiek z plaż kosztował 20B w tym roku 200B, dzieci płacą 100B i po tyle my zapłaciliśmy pokazując ISIC, chociaż były problemy, aby wynegocjować te kwotę.

Można uniknąć opłaty zatrzymując się w miasteczku, a nie na plażach, wszędzie dojść można piechotką, z miasta na plażę 5 - 7 minut, a jak turysta idzie bez dużego plecaka to może wchodzić i wychodzić z plaży ile tylko chce. W miasteczku pokoje są po 150, a na plażach ok. 300B - 400B w górę do 1200 - 2000B w zależności od standardu. My byliśmy na plaży tej co rok wcześniej tj. Ao Nang, do której trzeba dojść ścieżką pieszo, ponieważ żadna droga tu nie prowadzi. Domek kosztuje 300B, po ostrym targowaniu normalnie 400-500 w zależności od sezonu. Wody do picia nie warto brać z lądu, bo na wyspie w miasteczku 6L kosztuje 30B. Owoce morza przepyszne, w tańszej knajpce w miasteczku średni krab 30B, homar 50B, rybka makrela 100B, schabik z surówką 70B, piwko 50B !!!! Wieczorami w restauracjach przed hotelami na plaży są serwowane różne owoce morza, ale trochę droższe.

Przez te cztery ostatnie dni leżeliśmy na plaży, kąpaliśmy się w morzu, jedliśmy różne pyszne potrawy, piliśmy whiski i piwko, trochę chodziliśmy po wyspie tam gdzie się dało. Przecież są to nasze wakacje!

Tajlandia - Wyspa Ko Samet - Bangkok
DZIEŃ 31

Wstaliśmy bardzo wcześnie, ponieważ Ania chciała jeszcze dziś z racji, że jest niedziela pojechać w Bangkoku na "Weekend Market". Dojazd autobusami nr 39, 59,44. O 8.10 wypływamy z Ko Samet. Po dotarciu do Bangkoku zostawieniu bagaży w hotelu jedziemy na upragniony shopping!!! I tak do późnego popołudnia.

Tajlandia - Bangkok
DZIEŃ 32

Zakupy i pakowanie!!!

Tajlandia - Bangkok - Istanbuł - Warszawa
DZIEŃ 33/34

Wylot mamy w godzinach popołudniowych. Wstaję rano i mam delikatne bóle brzucha. Idziemy na Khao San na śniadanie. Zjadam dużą bagietkę z kurczakiem i trochę mi przeszło. Nic dziś już nie robimy. Kupujemy jeszcze napoje w "7&11" i wracamy do hotelu. Ja siedzę i oglądam filmy w restauracji, a Ania lata jeszcze po okolicznych sklepach i wypełnia miejsca w plecaku, które jeszcze dadzą się wypełnić.
Po 16.00 idziemy pod drzwi agencji, w której wykupiliśmy minibusa na lotnisko. Mamy tak wielkie plecaki, a oprócz tego torbę z zakupami, że będę musiał jak zwykle kombinować, aby się jakoś dostać do samolotu. Na lotnisku jesteśmy po ponad godzinie jazdy. Odprawiam nas i nasze bagaże. Ania w tym czasie siedzi w oddali z dużą torba z dodatkowymi naszymi zakupami, które nie zmieściły się już do plecaków. Przemycamy tą torbę, oprócz małych plecaków jako bagaż podręczny. Wykupujemy jeszcze obowiązkowy "podatek lotniskowy", który nigdy na lotnisku w Bangkoku nie jest doliczany do biletu za sumę 500B od osoby i przechodzimy w strefę wolnocłową.

Lot mija spokojnie. W Warszawie leży śnieg i jest bardzo zimno. Tak kończymy naszą kolejną azjatycką przygodę. Jutro niestety do pracy... A kolejna wyprawa mam nadzieje wkrótce.

 


 
poprzednia strona 1 2 3 do góry