|
Wyidealizowana wędrówka po tej ogromnej, pofałdowanej zieloności
skonfrontowana z wysiłkiem i problemami dnia codziennego ewoluuje
w coś innego. Coś z czym do końca nie mogę się pogodzić. Zwłaszcza
gdy po raz kolejny w głowę wwierca się to jedno pytanie "Co ja tu
w ogóle robię?". Ale wystarczy, że "droga" robi się trochę twardsza,
komarów jest trochę mniej, widzę i czuję rzekę, pytania i zły nastrój
nikną. Wrażenia eksplodują w głowie i czuję jakby to one niosły mnie
do przodu. Świadomość, że robię coś niecodziennego i ta rozsadzająca
wiara, że się uda.
Zbliża się koniec dnia wędrówki. W napięciu zaczynam rozglądać się
za odpowiednim miejscem na biwak. Musi być blisko rzeki, najlepiej
w terenie odsłoniętym i suchym. Kiedy taki w końcu znajduję, okazuje
się iż pod kilkoma centymetrami ziemi znajduje się warstwa kamieni,
które kiedyś zostały przyniesione tu przez rzekę. Ognisko, kolacja,
odpoczynek są czymś tak prostym ale zarazem tak niezwykłym. Ugotowany
ryż z sosem pieczeniowym ma niewyobrażalny smak po całym dniu. Komary
nie odpoczywają. Po jakimś czasie przestaję wyjmować je z menażki i
z mściwą satysfakcją zjadam zmieszane z ryżem.
Siedzę, wsłuchuję się w szum rzeki, oglądam mapę i planuję następny
dzień. Pomimo zmęczenia staram się pieczołowicie zapisać swoje wrażenia
i drogę w danym dniu. Mam wrażenie że to co piszę jest monotonne
i już wcześniej napisane. "Rozpoczęła się 4-godzinna mordęga",
"Dzień ten to po prostu żmudna wędrówka. Nie wiem po co już
tu przyjechałem. Na dodatek wszedłem na teren bagien. Utopić się
tam nie można ale musiałem zdjąć buty i w samych klapkach iść dalej.
Była to prawdziwa mordęga" albo "Zszedłem do koryta rzeki
a następnie byłem zmuszony do przeprawy (było niebezpiecznie).
Teraz nie wiem czy będę mógł iść dalej czy też znowu muszę wspiąć
się na jeden z brzegów. Są one bardzo pofałdowane i stąd bardzo
niewygodne do wędrówki (jeszcze ten las)". "Gdy okazało się,
że znowu trzeba pieczołowicie iść lasem (+bagna), straciłem siły
(dosłownie nie miałem siły iść dalej)". Uśmiecham się bo na szczęście
tak nie było przez cały czas "Najpierw minąłem jeden z dopływów rzeki
(dosyć duży) a następnie wąskie koryto rozwinęło się dosyć dużą dolinę.
Tu już mogłem iść w miarę normalnie aczkolwiek byłem zmuszany
do kilkunastokrotnego przekraczania rzeki. Druga połowa dnia była bardzo
ładnym marszem szeroką doliną. W międzyczasie minąłem coś w rodzaju
"lodowego jeziora". Była to dosyć duża powierzchnia rozmarzającego
lodu. Z czasem rzeka maleje w oczach. Wprawdzie jeszcze nie mogę pokonać
jej bez nakładania klapek ale różnica jest widoczna". "Dziś zrobiłem
niezły dystans (dzięki terenowi) i byłoby lepiej gdyby nie rozlewisko.
Do końca mam około 6 dni".
Zapisując kolejne kartki zapominam aby się bać, że tak wypatrywany
przeze mnie niedźwiedź w końcu wyjdzie zza drzew. Rzeka płynie i płynie.
Dzięki niej czuję się bezpiecznie. Jest niczym drogowskaz, przewodnik
i Przyjaciel, na którego wiesz ze możesz liczyć i który po prostu jest.
Choć słońce już skryło się za górami, nie chcę i nie mam siły wstawać.
Staram się do końca, do ostatniej minuty wchłaniać to wszystko co mnie otacza.
Leżę w namiocie. W myślach odmawiam modlitwę. Strach przed kolejną
nocą w samotności jest gdzieś na obrzeżach. Czuję go ale staram się
trzymać na dystans. Jest zresztą już oswojony i znudziły mu się chyba
te żarty z trzaskami na zewnątrz czy tajemniczymi cieniami. Zresztą wie,
że za chwilę i on nie będzie miał znaczenia. Władam płytę do discmana,
i nagle wszystko zaczyna nabierać innego wymiaru gdy słyszę ulubioną
muzykę. Teraz są już tylko moje myśli, muzyka i wrażenia, które pojawiają
się z nikąd. I znowu czuję tę siłę, myślę o Bogu, tych którzy zostali
w Polsce, sobie. Wiem też, że dla tych wieczorów tu przywędrowałem.
W końcu, skumulowane wrażenia przełamują ostatnią barierę. Czuję uniesienie,
przekonanie iż zawsze trzeba iść do przodu na przekór wszystkim przeciwnościom,
...łzy i wszystko powoli staje się znów wyidealizowane, proste i dobre.
|