Moja Syberia
Galeria

 

 
  
Biełomorkanał  
Rafał Trzciński
 
Nadzieja na końcu świata  
Weronika Milewska
 
Palladą
na Wschód
 

Weronika Milewska
 
GONAM
- Jakucja 2004
 

Marcin T.
 
Kamczatka 2003 
Cezary Bugajczyk
 
Kamczatka 2002 
Maciej Kania
 
Kukaz 2003 
Mariusz Żelazny
 
W poszukiwaniu końca świata 
Cezary Bugajczyk
 
Syberyjska Północ 
Tomasz Nasiółkowski
 
Syberia Wschodnia 2002 
Sylwia Jeziorko
 
ROSYJSKIE WYMAGANIA WIZOWE 
 

 
Krzysztof Zajkowski
Moja Syberia
Samotna wędrówka w górach Suntar Chajata

Zmęczenie, komary, tajga, rzeka i ja. Idę. Sam już tracę zrozumienie tego co robię. Fascynacja bycia samym ze świadomością, że nikt nie wyłoni się za zakrętem szlaku zaciera się i blednie.

fot. Krzysztof Zajkowski

 

Wyidealizowana wędrówka po tej ogromnej, pofałdowanej zieloności skonfrontowana z wysiłkiem i problemami dnia codziennego ewoluuje w coś innego. Coś z czym do końca nie mogę się pogodzić. Zwłaszcza gdy po raz kolejny w głowę wwierca się to jedno pytanie "Co ja tu w ogóle robię?". Ale wystarczy, że "droga" robi się trochę twardsza, komarów jest trochę mniej, widzę i czuję rzekę, pytania i zły nastrój nikną. Wrażenia eksplodują w głowie i czuję jakby to one niosły mnie do przodu. Świadomość, że robię coś niecodziennego i ta rozsadzająca wiara, że się uda.

Zbliża się koniec dnia wędrówki. W napięciu zaczynam rozglądać się za odpowiednim miejscem na biwak. Musi być blisko rzeki, najlepiej w terenie odsłoniętym i suchym. Kiedy taki w końcu znajduję, okazuje się iż pod kilkoma centymetrami ziemi znajduje się warstwa kamieni, które kiedyś zostały przyniesione tu przez rzekę. Ognisko, kolacja, odpoczynek są czymś tak prostym ale zarazem tak niezwykłym. Ugotowany ryż z sosem pieczeniowym ma niewyobrażalny smak po całym dniu. Komary nie odpoczywają. Po jakimś czasie przestaję wyjmować je z menażki i z mściwą satysfakcją zjadam zmieszane z ryżem.

Siedzę, wsłuchuję się w szum rzeki, oglądam mapę i planuję następny dzień. Pomimo zmęczenia staram się pieczołowicie zapisać swoje wrażenia i drogę w danym dniu. Mam wrażenie że to co piszę jest monotonne i już wcześniej napisane. "Rozpoczęła się 4-godzinna mordęga", "Dzień ten to po prostu żmudna wędrówka. Nie wiem po co już tu przyjechałem. Na dodatek wszedłem na teren bagien. Utopić się tam nie można ale musiałem zdjąć buty i w samych klapkach iść dalej. Była to prawdziwa mordęga" albo "Zszedłem do koryta rzeki a następnie byłem zmuszony do przeprawy (było niebezpiecznie). Teraz nie wiem czy będę mógł iść dalej czy też znowu muszę wspiąć się na jeden z brzegów. Są one bardzo pofałdowane i stąd bardzo niewygodne do wędrówki (jeszcze ten las)". "Gdy okazało się, że znowu trzeba pieczołowicie iść lasem (+bagna), straciłem siły (dosłownie nie miałem siły iść dalej)". Uśmiecham się bo na szczęście tak nie było przez cały czas "Najpierw minąłem jeden z dopływów rzeki (dosyć duży) a następnie wąskie koryto rozwinęło się dosyć dużą dolinę. Tu już mogłem iść w miarę normalnie aczkolwiek byłem zmuszany do kilkunastokrotnego przekraczania rzeki. Druga połowa dnia była bardzo ładnym marszem szeroką doliną. W międzyczasie minąłem coś w rodzaju "lodowego jeziora". Była to dosyć duża powierzchnia rozmarzającego lodu. Z czasem rzeka maleje w oczach. Wprawdzie jeszcze nie mogę pokonać jej bez nakładania klapek ale różnica jest widoczna". "Dziś zrobiłem niezły dystans (dzięki terenowi) i byłoby lepiej gdyby nie rozlewisko. Do końca mam około 6 dni".

Zapisując kolejne kartki zapominam aby się bać, że tak wypatrywany przeze mnie niedźwiedź w końcu wyjdzie zza drzew. Rzeka płynie i płynie. Dzięki niej czuję się bezpiecznie. Jest niczym drogowskaz, przewodnik i Przyjaciel, na którego wiesz ze możesz liczyć i który po prostu jest. Choć słońce już skryło się za górami, nie chcę i nie mam siły wstawać. Staram się do końca, do ostatniej minuty wchłaniać to wszystko co mnie otacza.

Leżę w namiocie. W myślach odmawiam modlitwę. Strach przed kolejną nocą w samotności jest gdzieś na obrzeżach. Czuję go ale staram się trzymać na dystans. Jest zresztą już oswojony i znudziły mu się chyba te żarty z trzaskami na zewnątrz czy tajemniczymi cieniami. Zresztą wie, że za chwilę i on nie będzie miał znaczenia. Władam płytę do discmana, i nagle wszystko zaczyna nabierać innego wymiaru gdy słyszę ulubioną muzykę. Teraz są już tylko moje myśli, muzyka i wrażenia, które pojawiają się z nikąd. I znowu czuję tę siłę, myślę o Bogu, tych którzy zostali w Polsce, sobie. Wiem też, że dla tych wieczorów tu przywędrowałem. W końcu, skumulowane wrażenia przełamują ostatnią barierę. Czuję uniesienie, przekonanie iż zawsze trzeba iść do przodu na przekór wszystkim przeciwnościom, ...łzy i wszystko powoli staje się znów wyidealizowane, proste i dobre.


 
1 2 następna strona do góry