Wstęp
Jedziemy
na Daleki Wschód
Podróż
Jakuck
Formalności
Dokąd teraz?
Tajga
Chandyga
Autostopem
przez Syberię
Informacje praktyczne
Galeria

 

 
  
Miasta Rosji -
Sankt Petersburg
Droga Kołymska
Złota Kołyma
Archipelag Gułag
DNIEPROWSKI
Archipelag Gułag
BUTUGYCZAG
Miasta Rosji
- Jakuck
Miasta Rosji
- Magadan
Iran - DAMAVAND
Miasta Rosji
- Władywostok
Kolej transsyberyjska
Kamczatka 2003
Oblicza Gobi
W poszukiwaniu końca świata
Skansen
w Ułan Ude
Karpaty Południowe
Góry Stołowe
Wycieczka
po Dolnym Śląsku
Kotlina Kłodzka

 

W poszukiwaniu końca świata.
Wędrówka po syberyjskim odludziu.

Z Chandygi do rzeki Suntar jest 340 kilometrów. Ten etap mieliśmy pokonać autostopem, jadąc drogą kołymską, łączącą Chandygę z oddalonym o 1600 kilometrów portem
w Magadanie.

 

Ta szutrowa droga krajowa, zbudowana w latach czterdziestych do celów strategicznych w dziewiczej tajdze, wiedzie przez kilka pasm górskich. Obecnie ma ona znaczenie lokalne, i jeździ nią średnio około czterech samochodów dziennie. Prawdopodobieństwo, że uda się tu złapać stopa, sięga 99%, pod warunkiem, że cokolwiek będzie jechało.

Pierwszego stopa zatrzymała dla nas Elena, dziewczyna poznana przed sklepem spożywczym "Dagestan". Odprowadzając nas za miasto, opowiadała o swoich planach na przyszłość. Za rok wychodzi za mąż, żeby szybko uporać się z urodzeniem dziecka, póki jest jeszcze zdrowa. U niej w Nowosybirsku wszyscy piją i palą, dlatego szybko zapadają na zdrowiu.
Namówiła przejeżdżającego obok nas furgonetką podchmielonego młodzieńca, żeby nas zabrał. Po chwili mknęliśmy z naszym nowym znajomym Andriejem w stronę Tiopłego Kliucza. Andriej zaprosił nas na nocleg pod swój dach. Tylko wspomnimy, że zostaliśmy ugoszczeni wspaniałą zupą, no i... wódką. "Teraz jest niedziela, dzień wolny od trosk. Bawmy się" - powiedział Andriej.
Rano Andriej dowiózł nas na setny kilometr drogi, na awtostojankę, gdzie mieliśmy czekać na dalszy transport. Komary zaraz nas dopadły, mimo że był chłodny dzień. Trzeba było szybko posmarować się repelentem.

Już po dwóch godzinach jechaliśmy dalej terenową Nivą, wraz z czterema kolesiami, z których tylko kierowca sprawiał wrażenie w pełni trzeźwego. Nie mogli uwierzyć, że chciało nam się taki kawał jechać w ich góry,
"Może wam ktoś za to płaci?" - pytali.
"Lubimy ekstremalne przygody i miejsca" - odpowiedziałem.
"To zapraszamy do nas, do Nieżdanki, tam jest ekstremalnie" - odparli ze śmiechem.
Jadąc mijaliśmy ogromne góry. Droga była bardzo widokowa, śmiało poprowadzona nad głęboką doliną. "Będziemy pewnie chodzić dolinami, wchodząc na niektóre piki" - myśleliśmy - "chodzenie po tych górach to już nie treking, a konkretne zdobycia..."
Nasi koledzy uwielbiali palić papierosy. Jako że zapomnieliśmy kupić cigarety na prezenty (głupi błąd), a oni już swoje wypalili, pożyczali papierosy od każdego napotkanego kierowcy. Podarowaliśmy im butelkę najtańszej rosyjskiej wódki, z czego byli bardzo zadowoleni i dowieźli nas do 184 kilometra drogi. Byliśmy więc na półmetku.

Urałem-cysterną pokonaliśmy ostatni etap. Jest to ogromny samochód, przystosowany do najtrudniejszych warunków. Do Kobjumi, opuszczonej stacji meteo, dotarliśmy przejeżdżając "po prostu" przez rzekę. Nie naprawia się tu zerwanych mostów, bo i po co, skoro mocne samochody z powodzeniem radzą sobie w najtrudniejszym terenie. Kobjumi, położone w sercu pięknych gór sprawia ponure wrażenie. Zardzewiałe beczki, stare opony, resztki jakichś urządzeń pokryte plamami oleju, puste oczodoły okien rozsypujących się bloków, straszą nielicznych przejeżdżających.
Stąd do Suntaru jest już jakieś dziesięć kilometrów. Mija się jeszcze Miortwoje Oziero, Krasnoje Oziero i docieramy do mostu na Suntarze. Tutaj wysiedliśmy i otoczeni chmarą komarów i meszek udaliśmy się niedaleko w tajgę na pierwszy nocleg.
Po sześciu dniach podróży dotarliśmy z Warszawy nad rzekę Suntar, w serce jakuckiej tajgi
.

 

Tajga: komary, meszki, miękko, mokro, gorąco, ciężko
Z pamiętnika podróżnika
Cezary Bugajczyk

Pierwszy dzień: setki komarów i meszek. Próbują wchodzić wszędzię, przerażający jest ten ich upór w dążeniu do celu. Oczywiście to nie upór, lecz instynkt przeżycia, co wcale nie jest dla mnie dużym pocieszeniem. Atakują cały czas, zwłaszcza w czasie postojów. Ubrany w długie spodnie, polar, rękawiczki i moskitierę czuję się bezpiecznie, mogę patrzeć na nie, spacerujące w pośpiechu meszki z ruchliwymi szczękami i komary kroczące dostojnie, próbujące się we mnie wkłuć, aż im się ostrza wyginają.
Kolejna ciekawostka przyrodnicza: miekkie podłoże, wysłane różnymi kolorowymi gatunkami mchów. Szybko odkrywamy, że najkorzystniej jest iść żółtymi "wyspami" porostów - jest tam najbardziej sucho, dzięki czemu mniej się zapadamy. Oczywiście gdyby tylko sam mech... W zagłębieniach terenu są bagna. Idzie się kępami traw i mchu, które pod wpływem naszego ciężaru uginają się we wszystkie strony. Trzeba bardzo uważać, żeby nie skręcić kostki. W butach szybko zaczyna być mokro, z czym początkowo próbuję walczyć, (w przeciwieństwie do Damiana, mam szczelne buty) potem już tylko wylewam na postojach wodę z butów.
Wody jest w tajdze dużo z powodu wiecznej zmarzliny. Ziemia rozmarza tu latem na metr i woda z opadów nie może wsiąknąć. Na wzniesieniach jest trochę lepiej (trochę bardziej sucho) ponieważ woda spływa grawitacyjnie, lecz nie należy spodziewać się cudów. Wszędobylskie mchy zatrzymują wystarczającą ilość wody, żeby było ś l i s k o. Żółty kobierzec, po którym tak dobrze idzie się na niewielkich wzniesieniach, nie sprawdza się na stokach gór, nogi "rozjeżdżają" się na nim, jak na mokrym śniegu.

Kiedy przyjechaliśmy było chłodno, w grubej odzieży szło się w miarę znośnie. Jednak już drugiego dnia wędrówki niebo rozchmurzyło się i temperatura wzrosła. "Kolejny dzień męki. Dzisiaj jest ciepło. Idąc z ciężkim worem, z dwoma worami (miałem dwa plecaki) pocę się niemiłosiernie!"
Układam sobie listę niedogodności w tajdze: 1. ciężar plecaka, 2. miękka ściółka, 3. owady. Plecak jest bardzo ciężki. Z powodu gorąca bardzo się pocę, praktycznie jestem cały mokry. Już mam otarcia i odparzenia od plecaka na biodrach i pośladkach.
Odsuwam od siebie natrętnie powracające pytanie "Co ja tutaj robię?" - wytrzymam, nie ja pierwszy i nie ostatni.

Wejście na jakąś górkę powyżej bagien odsłania przed nami piękne widoki. Daleko pod nami wije się wstęga Suntaru, wśród gęstej tajgi błękitnieją niewielkie jeziorka, w dali widać wysokie góry ze śnieżnymi szczytami. Wstępuje w nas wtedy optymizm, trudy wędrówki maleją. Oddalone snieżnyje wiersziny usensowiają naszą wyprawę. Jest pięknie, dziko, nawet komary już tak nam nie dokuczają...
Na trawersowanym przez nas zboczu napotykamy niewielkie krzaczki z dojrzałymi pysznymi czerwonymi porzeczkami. Przypominają mi się lata dziecinne, tak właśnie smakowały porzeczki z ogródka u mojej babci...

Przekraczaliśmy dziś dwie rzeki. Wydawały się niewielkie, a w jednej zmoczyłem się po pół uda, zaś w drugiej po pachwiny. Bardzo nieprzyjemnie jest, kiedy idziesz cały mokry, w butach chlupocze woda, a pod nogami masz miękki, nierówny mech. Po raz pierwszy pomyślałem o jedzeniu - zawsze na wyjazdach prędzej czy później nadchodzi ten temat. W Jakucku kupię sobie w rieczporcie ziemniaki z mięsem. Po dwóch godzinach zorientowałem się, że budzik, który miałem w bocznej kieszeni spodni zamókł w czasie przeprawy - nie mamy zegarka. Reanimowałem go na drugi dzień. ustaliliśmy że nastawimy go na 10.30.

"Domyślam się, jak czuje się rozbitek w łódce na pełnym morzu, nie posiadający już wody pitnej. Cały czas chce mi się pić. Idziemy wąską dolinką krocząc w strumieniu. Nie możemy robić zbyt częstych przerw na ugaszenie pragnienia. Żałuję że nie mam ze sobą kubka, wtedy czerpałbym wodę w czasie marszu i mógłbym pić do woli... Dzisiaj mieliśmy wędrówkę górską ze zdobyciem jakiegoś wysokiego szczytu pod koniec dnia. Przed nami otworzyły się piękne widoki: morze gór aż po horyzont! Naprzeciwko nas widzieliśmy stożek wygasłego wulkanu. Nocleg spędziliśmy na przełęczy. Wreszcie górski klimat. Na grzbietach sucho, idzie się przyjemnie, bo twardo pod nogami."

"Idziemy ogromną doliną w stronę ośnieżonych gór. Kilkakrotnie przekraczaliśmy rzekę - woda okrutnie zimna chlupocze w butach. Spostrzegłem, że ma działanie znieczulające na stopy. Nie czuć w ogóle obtartych pięt."

Siódmego dnia dotarliśmy do doliny pod Mus-Chają, najwyższą górą w paśmie Suntar Chajata (2951 m). "Siedzimy właśnie w dolinie potoku pod Mus-Chają. Pada deszcz, skryliśmy się więc pod tropikiem namiotu. Wokół nas dwutysięczne piarżyste ściany gór. Mus-Chaja wydaje się do zdobycia. Wchodzimy jeszcze kawałek w dolinę, ale rozpadało się na dobre, trzeba poszukać miejsca na rozbicie namiotu. Tylko gdzie to uczynić, skoro wokół tylko rumosz skalny? Za kolejnym zakrętem doliny widzimy łachę śniegu, na niej rozstawiamy namiot".

Przez następne dwa dni pogoda wcale się nie poprawiła, wręcz przeciwnie, szczyty pokryły się śniegiem. Podjęliśmy decyzję o odwrocie. "Rzeka nieco wezbrała jest zimno, wietrznie i nieprzyjemnie. W nocy prawie cały czas padało. Teraz jest trochę lepiej, ale nad nami wiszą ciężkie, ołowiane chmury. Na szczytach leży świeży śnieg. Czyżby zaczynała się zima? Przecież mamy dopiero sierpień!"

Spadek temperatury korzystnie wpłynął na liczbność owadów, redukując ją o jakieś 95%, dzięki czemu szliśmy bez siatek na twarzy przez kolejne dwa dni powrotu. W jesiennej aurze, przez doliny rzek, góry typu beskidzkiego, doszliśmy do szczytu Sacharynia. Stąd już tylko półtora dnia doliną potoku Sacharynia do drogi kołymskiej.

Cywilizacja
Liczyliśmy na spotkanie z pewnym starym Góralem z ukraińskiego Zakarpacia, który mieszkał gdzieś w okolicach miejsca, w którym mieliśmy wyjść na drogę. Udało nam się to w 100%, wyszliśmy prosto na jego gospodarstwo! Gucuł zaprosił nas pod swój dach. Mieszka on z młodą dwudziestotrzyletnią żoną i dwojgiem malutkich dzieci. "Bardzo gadatliwy człowiek: mówił nieprzerwanie przez kilka godzin. Opowiadał nam, że urodził się w Łubni, wiosce niedaleko Sianek. Za czasów ZSRR był więziony w łagrze, gdzie niemal nie stracił życia. Bardzo ceni sobe wolność i popiera walczących o nią ludzi. Zetknął się z Czeczeńcami, których podziwia za waleczność i upór w dążeniu do wolności, jednak nie pochwala metod, którymi się posługują.
O swojej młodej żonie (on ma 61 lat) mawia ze jest leniwa, nic nie robi, nie potrafi nawet zadbać o porządek w domu. >>Tylko by leżała, spała i jadła<<. Ceni ją jednak za to, że urodziła mu dwójkę dzieci.
Gucuł pracuje przy rejestracji poziomu rzeki Suntar, otrzymując za to pieniądze. Poza tym łowi ryby, których w rzece jest mnóstwo, poluje, zbiera grzyby.
Zimą, kiedy temperatura spada nawet do minus sześćdziesięciu stopni, większość czasu spędza z rodziną w domu, chociaż udaje się również na połów ryb. Temperatura odczuwalna nie jest tak niska, ponieważ powietrze jest suche."

Na drugi dzień pożegnaliśmy Gucuła. Późnym popołudniem udało nam się zatrzymać autobus (Urała w wersji do przewozu osób), jadący z Ojmiakonu do Chandygi. Za cenę 700 rubli kierowca zgodził się nas zabrać. Pasażerami byli Eweni, którzy zapraszali nas do siebie. "U nas są najbardziej jadowite komary, i meszki" - śmiał się jeden z nich - "Przyjeżdżajcie zimą! U nas są najostrzejsze mrozy! Rekord świata zanotowano właśnie u nas: minus 71,5 stopnia!".
Zauważyliśmy, że nasi rozmówcy mają duże poczucie tożsamości narodowej. Podczas rozmowy powiedzieli nam, że pragną mieć własne państwo niezależne od Moskwy. "Wiek XXI będzie wiekiem żółtej rasy, Chiny, Wietnam, Korea zjednoczą siły i zapanują nad światem" - zgodziliśmy się z tym bez zastrzeżeń.
Nie zapomnimy do końca życia nocy w tajdze przy ognisku, kiedy zostaliśmy zaproszeni przez Ewenów do wspólnej kolacji. Pierożki z mięsem i kapustą, kurczak z kluskami, kanapki z dżemem, smakowały nam jak nigdy przedtem. Byliśmy daleko od cywilizacji w dzikich ostepach tajgi, wśród serdecznych, prostolinijnych ludzi. Rysujące się w ciemnościach kontury stojącej obok ciężarówki, sprawiały że czuliśmy się bezpiecznie.
"Nasz autobus mknie przez tajgę, bez trudu pokonując strumienie i rzeki. Na nierównej drodze trzęsie niemiłosiernie. Pada deszcz, w kabinie jest zimno. Wokół nas skośnookie twarze towarzyszy podróży, obce dźwięki ich narodowego języka. Jest niesamowicie! Właśnie dla takich chwil żyję!"

Po piętnastu godzinach jazdy dotarliśmy w końcu do Chandygi.


 
poprzednia strona 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 następna strona do góry