|
Trochę to nietypowe zaczynać opis miejsca, w którym spędziliśmy kilka
dni, od takich słów. Ale niestety to podstawowe skojarzenie. To tak jak Pałac
Kultury i Warszawa, Wawel i Kraków, bardak i Chandyga kojarzą się od
razu. Znaczenie słowa bardak zrozumiałem właśnie tam.
Chandyga - kilkutysięczna rosyjska osada nad rzeką Ałdan ok. 600 kilometrów na północny-wschód
od Jakucka. Niewielu Jakutów można tu spotkać. Stolica regionu.
Szara, brudna, panuje wszechobecny nieporządek. Jeden hotel, kilkanaście sklepów, dwie apteki, trzy bary
- dwa z nich zamykane już przed dwudziestą, jedna droga asfaltowa, zamknięty kinoteatr,
komunikacja miejska reprezentowana przez jedną linę autobusową, ale też
szkoła muzyczna, ogólnodostępna pracownia internetowa, port - jedyna furtka do tego
swojskiego miejsca. Furtka otwierająca się raz dziennie, dla niewielu szczęśliwców.
Oczywiście nie może zabraknąć wodza rewolucji na placu przed ratuszem,
ogromnego budynku Milicji. Depresyjnie
działające miejsce. Wieczorem wydaje się wyludnione i tylko w oknach światła
telewizorów zdradzają, że żyją tu ludzie, zamknięci w swoich czterech ścianach,
bez możliwości jakiejkolwiek rozrywki. Wegetujący.
Przystanek na naszej trasie. Stąd udajemy się na wschód. W góry, w
nieznane. Po 18 dniach powracamy - tutaj, gdzie paradoksalnie skupia się istota
cywilizacji na tych terenach. Już inni.
|