Syberyjska
Północ
Galeria

 

 
  
Biełomorkanał  
Rafał Trzciński
 
Nadzieja na końcu świata  
Weronika Milewska
 
Palladą
na Wschód
 

Weronika Milewska
 
GONAM
- Jakucja 2004
 

Marcin T.
 
Kamczatka 2003 
Cezary Bugajczyk
 
Kamczatka 2002 
Maciej Kania
 
Kukaz 2003 
Mariusz Żelazny
 
W poszukiwaniu końca świata 
Cezary Bugajczyk
 
Moja Syberia 
Krzysztof Zajkowski
 
Syberia Wschodnia 2002 
Sylwia Jeziorko
 
ROSYJSKIE WYMAGANIA WIZOWE 
 

 
Tomasz Nasiółkowski
Syberyjska Północ
Jakucja 2002

Po kilku latach jeżdżenia w miejsca cywilizowane, zapragnąłem wraz z moimi przyjaciółmi czegoś innego, mało znanego, miejsca gdzie dociera niewiele osób. I padło słowo - Syberia. Słowo, które praktycznie od zawsze budziło strach i grozę w ludziach, kojarząc się przede wszystkim z łagrami, zimnem czy niedźwiedziami.

 

Przygotowując się prawie przez cały rok do wyjazdu nie czułem strachu przed Syberią, ale miałem i mam do dziś w stosunku do niej ogromny szacunek. Oprócz mnie w wyjeździe wzięły udział dwie osoby: mój wieloletni towarzysz wędrówek jeszcze z czasów podstawówki Artur Sobczyk oraz Bartłomiej Puc. Wszyscy jesteśmy studentami III roku geografii na Uniwersytecie Wrocławskim.

Jedziemy na Syberię.
Z wielu powodów wyjazd rozpoczął się dopiero 7 sierpnia 2002 r. Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z tego, iż jest to późny termin, ale tylko taki był możliwy. Wiedzieliśmy, że zima na wschodzie zaczyna się o wiele wcześniej niż w Polsce, już na początku września. Ale jak zwykle instynkt wędrowania był ponownie silniejszy.

Początkowa trasa wiodła podobnie jak rok temu, kiedy jechaliśmy w góry Kaukaz. Pociągiem do Terespola i Brześcia na Białorusi. Stąd już kolejami białoruskimi wprost do stolicy Rosji - Moskwy. Tu zatrzymaliśmy się na jedną noc u naszego kolegi Vadima, którego poznaliśmy rok temu w Amsterdamie. Dzięki temu mogliśmy zwiedzić stolicę, choć odbywało się to w ekspresowym tempie. Miasto jest olbrzymie, zresztą jak wszystko w Rosji. To, co mnie najbardziej uderzyło to ogromna ilość ludzi ubogich i bezdomnych. Vadim powiedział nam, że do stolicy zjeżdżają żebracy z całego kraju, gdyż tu mają jako takie szanse na przeżycie.

Plan pierwotny zakładał przelot w jedną stronę samolotem, z powodu zbliżającej się zimy. Jednak ten okazał się zbyt drogi na naszą kieszeń, więc pojechaliśmy najdłuższą koleją świata - koleją transsyberyjską. Jadąc pociągiem przez siedem dni przekroczyliśmy 6 stref czasowych, przebyliśmy ponad 7 tys. km podziwiając rozmaite krajobrazy począwszy od wzgórz Uralu poprzez stepy na Nizinie Zachodniosyberyjskiej w okolicach Nowosybirska, góry i wyżyny w południowej Syberii i jezioro Bajkał. Przejeżdżaliśmy przez jedne z najdłuższych i największych rzek świata: Wołgę, Kamę, Ob, Jenisiej, Angarę, Lenę, Ałdan. Rzeki, o których kiedyś się słyszało, że są tam, gdzieś daleko na wschodzie. Podobnie jak słynne, wielkie rosyjskie miasta: Moskwa, Perm, Swierdłowsk, Omsk, Nowosybirsk, Krasnojarsk, Irkuck. Podróżowaliśmy w wagonie płackartnym, w którym panowała iście rodzinna atmosfera. Wszyscy ze sobą rozmawiali, grali w karty, a co niektórzy popijajli piwo lub wódkę. My też chętnie włączaliśmy się do rozmów. Ludzie byli bardzo ciekawi życia w Polsce, czyli jak w ich mniemaniu na Zachodzie. Rozmawialiśmy o poziomie życia w obu krajach, religii, kulturze, obyczajach itp.

Skovorodino.
Po kilku dniach jazdy wysiadamy na niewielkiej stacji Skovorodino. Tu mamy się przesiąść na kolejny pociąg, który zawiezie nas do Neriungri - miasta, w którym znajduje się końcowa stacja kolei jadącej na północ. W miasteczku spędzamy ok. 12 godzin, co wykorzystujemy oczywiście na zwiedzanie, jednak nic specjalnego się w nim nie znajduje. Poznajemy tu ciekawych ludzi - Jakuta Sieriożę oraz starszego człowieka z Tyndy, który udziela nam kilku cennych rad jak należy się zachować w tajdze i w górach. Sierioża właśnie wraca z Władywostoku, gdzie przez dwa lata służył w armii. Zanim poszedł do wojska, w ogóle nie umiał mówić po rosyjsku, władał tylko językiem jakuckim. Po dwóch latach chyba nie wiele się nauczył, ponieważ rozumiemy ledwie połowę z tego, co do nas mówi.

Z Nieriungrii do Jakucka.
Docieramy do Neriungri o 5 rano. Temperatura około 0 stopni, jeśli nie minusowa. Ciekawi byliśmy, jaka będzie w górach. Aż strach pomyśleć! Przed stacją panuje ogromne zamieszanie, wśród wielu samochodów i autobusów szukamy transportu do Jakucka. Początkowo natrafiamy tylko na pojazdy jadące do Ałdanu, który leży mniej więcej w 1/3 drogi do stolicy Jakucji. W końcu udaje nam się, znajdujemy autobus marki Ikarus, który zawiezie nas do Jakucka. Ponownie okazało się, iż cena biletu jest o wiele wyższa niż się spodziewaliśmy. Jedziemy słynną drogą "Lena" łączącą miasteczko Nievier, położone na południu przy trasie Transsibu z Jakuckiem na północy. Do Jakucka mamy ponad 800 km po kamienisto - piaszczystej drodze. Z początku nawet był asfalt, który jednak szybko się skończył. Co mnie dziwi to bardzo dobre oznakowanie drogi, prawie jak na zachodzie! Tylko nawierzchnia jest inna. Co jakiś czas mijamy wielkie ciężarówki. Wtedy kierowcy nieco zwalniają, ponieważ jest tyle kurzu, że nic nie widać. Kurzu pełno jest też wewnątrz autobusu, pokrywa wszystko cienką, żółto - szarą warstwą. Zawieszony w powietrzu utrudnia oddychanie.

Po obu stronach drogi zauważamy co jakiś czas wielkie wyrobiska kopalni złota. W końcu Jakucja słynie z wielu bogactw naturalnych, przede wszystkim ze złota i diamentów. Jest tu cała tablica Mendelejewa. Mijamy kolejne miejscowości (Ałdan, co w języku jakuckim znaczy złoto, Tommot, Uppu) oraz rzeki (Ałdan, Amga). W autobusie jedzie niewielu ludzi, ale za to jest prawdziwie międzynarodowe towarzystwo: Rosjanie, Tadżycy, Kirgizi i my - Polacy.

Jakuck.
Po niecałych 30 godzinach jazdy w końcu docieramy do Jakucka. Pierwsze, co uderza w mieście to brud, nieład i ogólne zaniedbanie. Upał niemiłosierny. Wysiadamy w pobliżu lotniska. Wzbudzamy wielkie zainteresowanie tłumu. Wcale się im nie dziwię. Nie codziennie zdarza się przecież widok trójki obcokrajowców z wielkimi plecakami, linami i czekanami u boku, szczególnie tu, na dalekiej północy. Pierwsza rzecz to załatwienie biletów lotniczych do Ust-Nery, miasta, które leży u podnóża Gór Czerskiego. I tu spotyka nas kolejny zawód, można nabyć bilety ale na termin za półtora miesiąca! Zresztą ich cena i tak jest dla nas nie do przyjęcia. Pytamy w kasie o bilety do Ojmiakonu, Mommy, Zidljanki, miejscowości, które leżą w pobliżu gór. Kasjer niestety nie może (a może nie chce) nam pomóc.

No to mamy duży problem...
Przejechaliśmy już pół Azji i nagle mielibyśmy utknąć będąc prawie u celu? Rozkładamy mapę Rosji i zastanawiamy się, co możemy zrobić. W międzyczasie próbuję dodzwonić się do osób, których numery telefonów i adresy otrzymaliśmy jeszcze we Wrocławiu od znajomego doktora Antoniego Kuczyńskiego z Katedry Etnologii Uniwersytetu Wrocławskiego. Niestety nikt nie odbiera. Pytamy w kasie o bilety do innych miast. Okazuje się, iż są do Chandygi i to nawet na środę (za trzy dni), ale tylko dwa. Kasjer radzi nam byśmy udali się pod wskazany przez niego adres i tam spróbowali załatwić jutro trzeci bilet. Przynajmniej jest cień nadziei. Z Chandygi jest już tylko ok. 200-250 km w góry. Fakt, że nie w Góry Czerskiego, ale w pasmo o tajemniczej i egzotycznej nazwie Suntar Chajata. Góry te są południowo-wschodnim przedłużeniem Gór Wierchojańskich. Maksymalne wysokości dochodzą prawie do 3000 m. n.p.m. a najwyższym szczytem jest Mus Chaja (2959 m.), co w języku jakuckim oznacza górę pokrytą wiecznym lodem.

Powstał również plan awaryjny naszej podróży - góry Ałtaj. Dowiedzieliśmy się, że bilety lotnicze do Nowosybirska sprzedawane są po niskiej cenie promocyjnej, przez co są tańsze nawet od tych do Ust-Nery. Byłby to oczywiście czysty absurd, gdybyśmy teraz udali się z powrotem tyle tysięcy kilometrów, kiedy chcieliśmy poznać właśnie Jakucję, jednakże jesteśmy już chyba przyzwyczajeni do przykrych niespodzianek na tym wyjeździe i nic nie powinno nas zdziwić.

Po kilku próbach udaje mi się dodzwonić do Stowarzyszenia Polonia, które mieści się w Jakucku. Na szczęście słyszę polski język, więc nie trzeba będzie się trudzić w tłumaczeniu naszej sytuacji po rosyjsku, a nie daj Boże po jakucku. Kobieta, z którą rozmawiam nic nie wie o naszym przyjeździe, ale zaprasza nas do siebie. Na umówionym przystanku poznajemy panią Wlentynę Szymańską, która jest prezesem Stowarzyszenia Polonia, działającego w Jakucku już od kilku lat. Dzięki niezwykłej gościnności pani Walentyny oraz właścicielki mieszkania - pani Aleksandry (rodowitej Jakutki), mamy możliwość skorzystania z mieszkania do momentu wylotu.

Następny dzień rozpoczynamy od kupna map w sklepie "Globus", który znajduje się przy głównej ulicy miasta - Prospekcie Lenina. Ekspedientka chyba nie do końca wie, co posiada w sprzedaży, ale ostatecznie udaje nam się kupić mapy Gór Czerskiego oraz Suntar Chajata. Potem udajemy się na dworzec autobusowy w celu sprawdzenia autobusów czy przypadkiem nic nie jeździ w tamte strony. Jednak autobusy dojeżdżają jedynie do Czurapczy i na dodatek tylko w zimie, kiedy rzeka i bagniska są zamarznięte. Pytamy się również kierowców busów, ale wszyscy mówią, że latem nie ma najmniejszych szans na dojechanie drogą lądową do Chandygi. Cóż trzeba próbować dalej. Jedziemy na lotnisko pod wskazany adres, który otrzymaliśmy wczoraj. Wchodzimy do pomieszczeń biurowych i odnajdujemy właściwy pokój. Wita nas serdecznie jakiś człowiek, wyciągając na przywitanie butelkę alkoholu. Od razu przechodzimy do rzeczy, o co nam chodzi. Niestety na bilety do Ust-Nery nie ma najmniejszych szans, ale do Chandygi dostajemy brakujący bez problemu. Dziś jest poniedziałek, a wylot jest w środę wieczorem. Pani Walentyna gości nas przez najbliższe dni, co wykorzystujemy na zwiedzanie Jakucka.

Zwiedzamy miasto.
Rozpoczynamy od Instytutu Wiecznej Zmarzliny, który znajduje się na peryferiach miasta. Przed instytutem stoi dużych rozmiarów mamut. Po podziemiach oprowadza nas tutejszy naukowiec. Schodzimy najpierw 4 metry, następnie jeszcze niżej - 12 metrów w dół. W korytarzach panuje stała temperatura przez cały rok, która wynosi -4oC. Trochę marzniemy, ponieważ na powierzchni jest +25oC, a my jesteśmy ubrani w krótkie spodenki i podkoszulki. Podziemny tunel budują aluwia rzeczne, naniesione tu przed kilku tysiącami lat. Grunt jest tu zamarznięty na kamień, co można osobiście sprawdzić dotykając ścian tunelu.

Próbujemy dostać się również do Muzeum Geologicznego, niestety jest ono nieczynne, z powodu remontu, podobnie jak Muzeum Krajowe, które ma być otwarte na dni 370-lecia Jakucka. Oprócz Instytutu Wiecznej Zmarzliny, najbardziej chcieliśmy obejrzeć pomnik poświęcony Polakom - zesłańcom i badaczom Syberii. Powstał on w 2001 roku z inicjatywy miejscowego Stowarzyszenia Polonii, z panią Walentyną Szymańską na czele. Na pomnik składa się pięć bloków granitowych, na których zostały umieszczone tablice w trzech językach: jakuckim, rosyjskim i polskim. Na głównej tablicy widnieje napis: "Pamięci Polaków ofiar zesłań XVII-XIX w. i masowych represji XX wieku, oraz wybitnych badaczy ziemi jakuckiej. Rodacy". Pozostałe cztery są poświęcone wybitnym badaczom Syberii: dwóm etnografom - Wacławowi Sieroszewskiemu i Edwardowi Piekarskiemu oraz dwóm geografom-geologom - Aleksandrowi Czekanowskiemu i Janowi Czerskiemu.

Jakucja zaskoczyła nas cenami niektórych towarów, szczególnie spożywczych, które są 2-3 razy droższe niż w pozostałych częściach Rosji. Większość towarów jest tu dowożona transportem lotniczym. Kolejną rzeczą, która rzuciła się w oczy to bardzo duża ilość japońskich samochodów na ulicach, co sprawiało, że czasami czujemy się bardziej jakbyśmy byli w Japonii niż w Rosji. Prawie każdy samochód ma zamontowaną kierownicę po prawej stronie, mimo iż nie ma tu ruchu lewostronnego. Dodatkowo wokół nas prawie sami skośnoocy ludzie. Szczególne wrażenie robią na nas Jakutki, kobiety o niepospolitej urodzie.

Kolejnego dnia udajemy się nad Lenę, aby zakosztować kąpieli w jednej z najdłuższych rzek świata. Plaża i woda jednak odstraszyły nas od tego zamiaru. Wszędzie pełno rozbitego szkła. Jedynie Bartek odważył się i wszedł do wody.

Generalnie Jakuck nie zrobił na mnie szczególnego wrażenia. Typowy obrazek to wszechobecny brud, hałas i zaniedbanie. Zabudowę stanowi mieszanka folkloru, który stanowią liczne, porozrzucane drewniane domki, z socjalistyczną gigantomanią w postaci betonowych blokowców. Zupełna tandeta. Pomiędzy tym wszystkim, w zakamarkach udało mi się odnaleźć kilka drzew szamańskich, świadczących o bogatej, jakuckiej tradycji. Ciekawym elementem w budownictwie są wielkie pale, pomiędzy fundamentami a parterem, izolując ciepło pochodzące z budynków. Gdyby nie one, budynki zaczęłyby się stopniowo zapadać w topniejącą wieczną zmarzlinę.

Lecimy... nie lecimy...
Nieustannie zbliżała się godzina odlotu. Na lotnisku zjawiliśmy się późnym popołudniem i ku naszemu zdumieniu zobaczyliśmy masy ludzi oczekujących na samoloty. Co się dzieje? Dowiadujemy się, iż z powodu palącej się tajgi wokół Jakucka kursy prawie wszystkich samolotów są odwołane, w tym oczywiście i nasz. Nie wiem, czy los wystawia nas na próbę i chce nas złamać? Ponownie dzwonimy do pani Walentyny, z zapytaniem czy możemy u niej jeszcze przenocować. Jesteśmy przybici tą całą sytuacją...

Następnego dnia zjawiamy się o 9.00 rano, tak jak nam powiedziano wczoraj w informacji. Ten dzień był straszny. Co 2-3 godziny zapowiadano kolejne przesunięcia odlotu naszego samolotu. Czas umilaliśmy sobie pogrywaniem w karty aż do godz. 20.00, kiedy w końcu ogłoszono, że zaczyna się odprawa. Po rejestracji biletów i kilku kontrolach stanęliśmy ereszcie na płycie lotniska obok niewielkiego samolociku "Antonow". Na pierwszy rzut oka, nie sprawia on wrażenia maszyny zbyt nowoczesnej, ale na szczęście mamy nim lecieć zaledwie godzinę. Pełni nadziei w pomyślny lot, poszybowaliśmy w jakuckie przestrzenie przelatując nad Leną i Ałdanem.

Lądujemy o 22.00 w Chandydze. Na lotnisku ogromne zamieszanie. Ludzie szybko biegną do stojących autobusów i samochodów. Po chwili robi się cicho. Zostaje tylko garstka miejscowych. My stoimy z plecakami nie wiedząc, co czynić. Zagubieni udajemy się do kas biletowych, aby zapytać o możliwości powrotu i jakieś miejsce na nocleg. Przy okazji dowiadujemy się, iż nie znajdujemy się w Chandydze tylko w miejscowości Tiopłyj Kljucz, która oddalona jest od Chandygi o ok. 70 km. Skojarzyłem szybko, iż wcześniej zauważyłem tą nazwę na mapie. Miejscowość leży tuż przy Kołymskiej (Magadańskiej) Trasie i to w kierunku bardziej korzystnym dla nas, bo bliżej gór! Jakiś pierwszy pozytyw podczas wyjazdu. W końcu dostajemy jedno pomieszczenie w budynku, w którym mieściła się kasa biletowa oraz szereg innych biur. Wymęczeni padamy na podłogę i usypiamy.

Syberyjski autostop.
Ranek jest słoneczny i mroźny. Idziemy przez pustą wioskę w kierunku drogi, aby łapać autostop, który w naszej sytuacji jest w zasadzie jedynym środkiem lokomocji. Z miejscowości można już dostrzec dalekie kontury gór. Z pierwszymi promieniami słońca pojawiają się komary i natrętne meszki, co jest dla nas sygnałem do założenia moskitier. Ruch na drodze jest niestety niewielki. W ciągu godziny przejżdża ledwie pięć samochodów, z czego większość w przeciwnym kierunku. W końcu udaje nam się jednak zatrzymać osobową Ładę. Kierowca widząc nasze bagaże nie za bardzo chce nas wziąć, lecz ostatecznie za naszą namową zgadza się. Nie wiem jak zmieściliśmy się do tego samochodu, biorąc pod uwagę fakt, iż na tylnym siedzeniu dodatkowo rozłożył się pies właściciela. Przejechaliśmy zaledwie 30 km nad jakąś niewielką rzeczkę, gdzie nasz kierowca chce łowić dziś ryby.

Miejsce gdzie wysiedliśmy jest wręcz cudowne. Jesteśmy dokładnie u podnóża gór, otacza nas prawdziwa syberyjska tajga, a nieopodal cicho szumi niewielki potok. Do przebycia mamy jeszcze około 200 kilometrów dzielących nas od grzbietu Suntar Chajata. Kilka godzin spędzonych na mostku w oczekiwaniu na kolejny samochód sprawia, iż zniecierpliwieni podejmujemy absurdalną decyzję pójścia pieszo. Przemierzamy tak w upale około 10 kilometrów, co oczywiście nic nam nie daje. Kierowcy albo nie zatrzymują się, albo mają za mało miejsca na zabranie całej naszej trójki.

Z nadejściem wieczoru gdy szykujemy się do rozbicia obozu, słyszymy nagle warkot silnika, a po trzech minutach zatrzymuje się przed nami ciężarówka "URAL", w której jst już niestety trójka pasażerów. Jadą oni do miejscowości Njeżdaninskoje, położonej w sercu gór Suntar-Chajata. Wręcz błagalnym głosem prosimy ich o zabranie nas ze sobą i po chwili z radością pakujemy się na naczepę ciężarówki, którą stanowi karoseria od autobusu.

W stronę Nieżdanki.
Oglądamy mapy i nie możemy uwierzyć, że będziemy w samych górach. Ciężarówka mknie po drodze, przekraczając kolejne rzeki i suche koryta, a my podziwiamy piękne i ogromne grzbiety pasm Sette-Daban i Skalistyj Chriebiet. W miejscowości Razwiłka, rozmawiamy z miejscowym leśniczym-kobietą, która ostrzega nas przed niedźwiedziami i zbliżającą się zimą. Podobno niedźwiedzi jest w tym roku nadzwyczaj dużo, i nie boją się one wychodzić na drogę. Prognozuje, że pierwszy śnieg spadnie za około dwa tygodnie, i wtedy radzi nam jak najszybciej opuścić góry, gdyż możemy już z nich nie wrócić. Za Razwiłką, skręcamy w prawo i jedziemy tzw. "zimnikiem" (czyli drogą używaną głównie w zimie) na południe, w kierunku Nieżdanki.

Jest już zupełnie ciemno, dlatego po przejechaniu kilku kilometrów kierowcy decydują się na biwak nad rzeką. Jeden z kierowców jest Buriatem, drugi zaś Ukraińcem. Trzeciego człowieka kojarzymy z wczorajszej podróży samolotem do Tiopłego Kliucza. Jest inżynierem z Moskwy, i jedzie do kopalni złota załatwiać jakieś interesy. Kierowcy pracują właśnie dla tamtejszej kopalni. Mówią, że rok temu wieźli dwójkę Czechów, którzy też chcieli przejść podobną trasę, co my, jednak po jednym dniu zawrócili. Podobno rzeki są tam nie do przejścia... Po kolacji zasypiamy w samochodzie.

Nieżdanka.
Rankiem spostrzegamy, że kałuże są zamarznięte. Samochód rusza wprost przez rzekę, gdyż droga już dawno gdzieś znikła. Czasami woda sięga na ponad 1 m., co wygląda niesamowicie. Zgodnie z umową wysiadamy 2 kilometry przed wioską, ponieważ kierowcy mogliby mieć przez nas problemy, że podwożą obcych pod samą kopalnię. A tak, to nikt o niczym nie wie, i nikt nikogo ni zna. Żegnamy się serdecznie z nimi i ruszamy już o własnych siłach. Zastanawiamy się, czy uda się nam przejść przez wioskę, czy nie zostaniemy zatrzymani? Przed nami wyrastają hałdy przerobionej ziemi, zbiorniki wodne, budynki pracującej fabryki. Dochodzimy do szlabanu z napisem STOP, który przekraczamy nie niepokojeni przez nikogo. Mijamy budynki fabryczne, jakieś nasypy i taśmociągi, poniżej widzimy jeżdżące koparki i ciężarówki. Lotnisko "Njeżdaninskoje", na którego budynku widnieje jeszcze napis "INTERNATIONAL AIRPORT", świadczy o dawnej świetności miasteczka. Na samym końcu miejscowości znajdują się drewniane zabudowania, a właściwie pozostałości po nich. Wszystkie domki są totalnie zrujnowane, nienadające się do zamieszkania. Zaglądamy przez otwory okienne. Gdzieniegdzie widać meble, sprzęty kuchenne, stare kalosze...

Tajga.
Niedługo po wejściu w teren odkrywamy, co kryje się pod pojęciem tajga. Przedzieramy się przez gąszcz drzew, traw i krzaków po podmokłym a miejscami zabagnionym gruncie, a wokół nas krąży chmura komarów i meszek. Miłym akcentem jest ogrom grzybów, jagód i borówek, którym nie możemy się oprzeć.
Jedna myśl uporczywie nie daje mi spokoju. Idąc przez las, co jakiś czas uważnie rozglądam się wokół, czy jakiś "miszka" nie czai się w krzakach... Tajga wykańcza nas fizycznie i psychicznie. Dajemy z siebie wszystko, lecz efekty są niewielkie.
Wędrujemy doliną rzeki Tyra w kierunku przełęczy Tyry, po przekroczeniu której wkroczymy w dolinę rzeki Suntar, prowadzącą w stronę najwyższych partii gór Suntar Chajata. Każdego dnia idziemy przez ok. 10-12 godzin. W normalnych warunkach przemierzylibyśmy ok. trzydziestu pięciu kilometrów, jednakże tu, w tajdze, nie przekraczamy dwudziestu dziennie. Wieczorami jestem tak wyczerpany fizycznie, że nie chce mi się nawet sporządzać notatek. Zadaję sobie pytanie: po co tu przyjechałem?
Mimo targających nami wątpliwości idziemy naprzód. Na naszych twarzach rzadko można było zobaczyć choć odrobinę uśmiechu, każdy z nas jest zamknięty w sobie i mało co mówi.

Dzień za dniem.
Kolejne dni są dosyć schematyczne. Wstajemy mniej więcej o 7 rano. Na śniadanie ja i Artur jemy pół opakowania kaszki dla dzieci na dwóch. Kaszka jest z różnego rodzaju dodatkami (rodzynki, migdały, czekolada, ciastka) aby nabrać jak najwięcej sił. Potem praktycznie cały dzień idziemy z krótkimi przerwami, co 1-1,5 godziny. Podczas całego dnia prawie nic nie jemy, poza borówkami i jagodami. Jedyne, czego mamy pod dostatkiem i o co nie musimy się martwić to woda... Wieczorami natomiast urządzamy prawdziwe uczty! Tuż przed rozbiciem obozowiska zbieramy grzyby, potem rozpalamy ognisko, na którym gotujemy kilka kocherów wypełnionych po brzegi grzybami. Każdy z nas dodatkowo gotuje sobie jakiś sos, dodaje do niego grzyby, kaszkę kuskus, makaron, trochę przypraw i danie gotowe! Pijemy duże ilości herbaty aby uzupełnić płyny. O chlebie rzecz jasna nie ma mowy, bo komu by się chciało dźwigać kilka bochenków.

Rzeki.
Po kilkunastu godzinach obcowania z syberyjską przyrodą, stopniowo zaczynamy się przyzwyczajać do panujących warunków. Spotykamy się z kilkoma rodzajami terenu o różnych własnościach z punktu widzenia wędrowca. Według mnie najwygodniejsze do chodzenia są łachy z kamieńca naniesionego przez rzekę. Ich podłoże jest nierówne, ale za to stabilne w odróżnieniu od miękkiego kobierca mchów, który jest wszędzie poza rzekami. Niestety łachy są nieciągłe, ponieważ wszystkie rzeki świata, włącznie z syberyjskimi meandrują. Dobijaja do brzegu swojego koryta, po czym łukowato odbijają w kierunku drugiego brzegu. Idąc korytem po łasze napotyka się więc co jakiś czas przeszkodę, w postaci płynącej rzeki. Ma się wówczas dwa wyjścia: albo wspiąć się na brzeg i przedzierać przez tajgę, albo przekroczyć rzekę.

Oba wyjścia są męczące i czasochłonne. Aby przeprawić się, należy najpierw zdjąć plecak, buty, skarpety, spodnie (w najlepszym przypadku podwinąć nogawki). Następnie wyciągnąć z plecaka sandały a przywiązać do niego buty. Kolejną rzeczą było uważne przejście przez lodowatą rzekę, po czym wykonanie czynności zrobionych poprzednio, lecz w odwrotnej kolejności, nie zapominając o wytarciu nóg. Taka jedna przeprawa trwa ok. 15 minut, a zrobiliśmy ich w sumie ok. 50-60 przez cały wyjazd.

Z kolei jak nie daje się przeprawić, to trzeba wspinać się na brzeg po stromej skarpie i iść tajgą, czego staramy się unikać. Najgorszym rodzajem lasu jest ten zalewany okresowo przez rzekę podczas powodzi lub roztopów. W plątaninie krzewów trudno nam się przemieszczać, zwłaszcza gdy wokół jest pełno suchych konarów ponanoszonych przez rzekę. Często zmieniamy się na prowadzeniu, ale widać po nas, że nikt nie chce iść pierwszy. Niestety ktoś musi.

Po czterech dniach nadchodzi kolejny moment załamania nastrojów. Przed wyjściem zakładaliśmy przejście doliny w 3-4 dni, tymczasem nie jesteśmy nawet w połowie. Rozważamy sens dalszej wędrówki, skoro następna dolina, w którą chcemy wejść, jest prawie dwa razy dłuższa od obecnej, a my mamy zamiar zdobyć zamykające ją dwutysięczniki. Jedzenie mamy wyliczone na 2-2,5 tygodnia, dlatego postanawiamy iść do przodu. Pogoda w następnych dniach niestety się pogarsza i pada przez dwa dni. Rzeki gwałtownie przybierają i przeprawianie się przez nie staje się niebezpieczne. Przekonuję się o tym osobiście, kiedy bystry nurt przewraca mnie i ledwie udaje mi się sięgnąć drugiego brzegu.

Siódmego dnia osiągamy w końcu upragnioną przełęcz Tyry, która wznosi się 1600 m n.p.m. Roślinność powoli zanika, a podłoże robi się coraz bardziej skaliste. Schodzimy w jeszcze większą dolinę rzeki Suntar. Krajobraz jest niesamowity. Wokół nas mieniąca się we wszystkich kolorach tundra, w dole zaś widać mocno pożółkły las. Przechodzimy spokojnie przez rzekę, gdyż nie jest jeszcze tak duża. Artur narzeka na ból w kostce. W zasadzie to chyba żaden z nas nie rozważał poważnie, co byśmy zrobili, gdyby komuś z nas przydarzyła się kontuzja czy choroba. Gdzie wtedy szukać pomocy, kiedy najbliższa miejscowość oddalona jest co najmniej o 100 km?

Odwrót.
Następnego dnia mamy już wchodzić w najwyższe partie gór. Niestety cały dzień spędzamy w namiotach, ponieważ pada deszcz. Postanowamy, że jutro zapadnie ostateczna decyzja. Budzimy się wcześnie rano i nie możemy uwierzyć. Śnieg! To jest dla nas gwóźdź do trumny. O jakimkolwiek wychodzeniu w góry nie ma mowy. Teraz głównym celem jest jak najszybsze przejście doliny i powrót do drogi kołymskiej.

Mimo iż dolina Suntar jest znacznie dłuższa od doliny Tyry przchodzimy ją znacznie szybciej i jesteśmy bardzo zadowoleni z tempa marszu. Bardzo pomagają nam w tym ścieżki wydeptane przez pasące się renifery. Po drodze natykamy się na drewnianą chatę, gdzie spotykamy jakuckiego myśliwego, który dzień wcześniej przyjechał wraz z rodziną na kilkutygodniowy pobyt w górach, aby opiekować się stadem reniferów. Z dnia na dzień schodzimy coraz niżej, oddalając się od ośnieżonych szczytów. W większości idziemy po terenie podmokłym, przez co nasza droga wydłuża się. Bardzo ładnym odcinkiem jest przełom rzeki Suntar, kiedy to na długości kilku kilometrów wcina się ona głęboko w skalne podłoże, tworząc urwiste ściany.

Znów na trasie.
Po kilku dniach marszu nareszcie dochodzimy do upragnionej drogi. Padamy na Magadańską Trasę i całujemy ziemię. Wyczerpani kładziemy się na poboczu uświadamiając sobie, że właśnie kończy się nasza przygoda z jakucką tajgą... Natrętne komary i meszki od razu nas atakują, zmuszając do włożenia moskitier.

Wracamy do rzeczywistości - stwierdzamy, że mamy nieco ponad 24 godziny na dotarcie do lotniska. Jutro wieczorem odlatuje samolot, a następny jest dopiero za pięć dni. Czekamy cierpliwie na jakiś autostop. O dziwo już po dwóch godzinach zatrzymuje się duża ciężarówka, z której wyskakuje wesoły kierowca. Za podwiezienie żąda od nas 100$, lecz po krótkich negocjacjach obniża cenę o połowę. Siedzimy w szoferce ściśnięci we trzech na dwóch siedzeniach, jedziemy powoli 30-40 km/h przez dziką tajgę. Jedyne mijane przez nas osady, to prawie wyludnione Kjubeme i Razwiłkę, w której mieliśmy okazję być wcześniej. Podczas wieczornej przerwy kierowca częstuje nas chlebem i kiełbasą, których smak niemal zapomnieliśmy. Dziwi nas, że podczas gdy my jesteśmy ciepło ubrani, nasz gospodarz spokojnie rozmawia z nami stojąc w dresowych spodniach i w lekkiej koszulce. Prawdziwy Sybirak...

Jakuckie muzea.
Mając do dyspozycji dwa dni postanawiam pozwiedzać muzea. Zaczynam od Muzeum Muzyki i Folkloru, które wywiera na mnie duże wrażenie. Wystawa dotyczy folkloru, kultury, wierzeń i obyczajów Jakutów. Jest bogata w różnego rodzaju eksponaty przedstawiające życie tutejszych mieszkańców. Następnie udaje mi się dotrzeć do Muzeum Krajoznawczego, w którym można zapoznać się z dziejami Jakucka. Trafiam również do Muzeum Zsyłek Politycznych do Jakucji. Zauważyłem je przypadkiem zanim jeszcze wylecieliśmy w góry. Znajduje się w starym drewnianym domu, otoczonym wysokimi krzakami i drzewami. Tylko na bramie wejściowej widnieje mała tabliczka informująca, że w tym właśnie miejscu jest muzeum. Opiekują się nim dwie miłe, starsze panie. Dokładnie nie wiem, o co chodzi, lecz coś ważnego wydarzyło się w tym domu, dlatego postanowiono przekształcić go na muzeum. W starych pokojach eksponowane jest mnóstwo fotografii zesłańców wraz z opisem ich działalności i życia. Z nazwisk polskich odnalazłem niejakiego Kościuszkę i Mickiewicza. Ten drugi, o ile dobrze pamiętam, był lekarzem.

Trafiliśmy na obchody święta 370-lecia Jakucka. Z ciekawością przystaję na chwilę na Placu Lenina, gdzie odbywa się uroczystość. Ogarnia mnie niesmak, gdy widzę, jak Jakuci poprzebierani w narodowe stroje śpiewają i tańczą muzykę disco. Czy potrzebny jest do tego jakikolwiek komentarz? Pani Walentyna przestrzega nas później abyśmy nie wychodzili wieczorem na miasto, gdyż wielu ludzi (szczególnie młodych) chodzi pijanych po ulicach, i szuka zaczepki. Szkoda, że naród tak bogaty w tradycję i kulturę, teraz łatwo poddaje się obcym wpływom i traci to, co wytworzyły poprzednie pokolenia.

Wyjeżdżamy.
W niedzielę rano stawiamy się na dworzec autobusowy, z którego ma odjeżdżać nasz autobus. Jednak okazuje się, iż kurs jest odwołany z powodu zbyt małej liczby pasażerów. Ironia losu... Taka jest właśnie Rosja, wszystko jest tu możliwe. Nagle zjawia się jakiś pan, który pronuje przejazd do Neriungri swoim mikrobusem, za kwotę na szczęście nieznacznie większą od autobusu państwowego. Wszyscy pasażerowie solidarnie zgdzająnsię. Podróż mikrobusem upływa znacznie szybciej, jedziemy zaledwie 15 godzin w miłym towarzystwie, i w dodatku bez dokuczliwego kurzu. Do Neriungri przyjeżdżamy około 2 w nocy. Pociąg do Moskwy mamy o 6 rano, ale żeby nie było zbyt różowo to dnia następnego. Na stacji spędzamy blisko 30 godzin w oczekiwaniu na "pojezd". Mając tyle wolnego czasu postanawiamy zwiedzić miasto. Od jednego z mieszkańców dowiadujemy się że Nieriungrii, ośrodek wydobycia węgla, powstało w 1975 roku; obecnie mieszka tu już około 100 tys. ludzi. Niestety miasto nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Na jego zabudowę składają się betonowe blokowiska, zaś charakterystycznym elementem tutejszego krajobrazu są niekończące się rurociągi. Na jednym z blokowców widnieje napis "Neriungri - wrota do Jakucji", co chyba najbardziej nam się podoba.

BAM.
Podróż powrotna pociągiem do Moskwy trwa pięć i pół dnia. Tym razem wracamy Bajkalsko - Amurską Magistralą (w skrócie BAM). Linia ta została wybudowana w latach siedemdziesiątych na potrzeby wywozu surowców z Syberii północno-wschodniej. Moim zdaniem jest ona dużo ciekawsza krajobrazowo niż linia Transsibu, ponieważ poprowadzona jest przez wysokie Góry Stanowe, dochodzące do 3000 m n.p.m. Spoglądając przez okno mam wrażenie jakbśmy jechali wśród dolin tatrzańskich. Pociąg wspina się serpentynami na przełęcze, pokonuje kolejne tunele i mosty. Po drodze mija się oczywiście Bajkał, ale tym razem od północy, miasto Ust-Kut położone nad Leną oraz przejeżdża się po zaporze Zbiornika Brackiego. W Tajszecie BAM łączy się z linią kolei transsyberyjskiej.

W Moskwie bez problemu dostajemy bilety do Brześcia. W pociągu poznajemy dwóch Czechów, którzy wracali znad Bajkału. Podróż z niemi spędziliśmy na miłych pogawędkach porozumiewając się po polsku, czesku, angielsku i przede wszystkim po rosyjsku. Czesi pochodzili z Pragi i okazało się, iż będziemy razem jechać aż do Wałbrzycha, gdzie ja i Artur mieszkamy.

Podsumowanie.
W sumie cały wyjazd trwał 42 dni, w przeciągu których przebyliśmy ponad 21 tys. km (ponad połowę równika). Jak na razie była to najwspanialsza podróż mojego życia, która wiele mnie nauczyła. Pozostał jednak pewien niedosyt. Pojechaliśmy w góry, a nie zdobyliśmy żadnego szczytu. Cóż, nie wszystko zawsze się udaje, ale i tak nie żałuję żadnej chwili spędzonej na Syberii.

 

Pragniemy serdecznie podziękować osobom, które udzieliły nam pomocy w czasie przygotowań do wyjazdu, jak również podczas jego realizacji. Szczególnie dziękujemy dr Antoniemu Kuczyńskiemu z Katedry Etnologii Uniwersytetu Wrocławskiego oraz pani Walentynie Szymańskiej, prezesowi Stowarzyszenia Polonii w Jakucku.


 
1 2 następna strona do góry