Kamczatka 2002

 

 
  
Biełomorkanał  
Rafał Trzciński
 
Nadzieja na końcu świata  
Weronika Milewska
 
Palladą
na Wschód
 

Weronika Milewska
 
GONAM
- Jakucja 2004
 

Marcin T.
 
Kamczatka 2003 
Cezary Bugajczyk
 
Kukaz 2003 
Mariusz Żelazny
 
W poszukiwaniu końca świata 
Cezary Bugajczyk
 
Moja Syberia 
Krzysztof Zajkowski
 
Syberyjska Północ 
Tomasz Nasiółkowski
 
Syberia Wschodnia 2002 
Sylwia Jeziorko
 
ROSYJSKIE WYMAGANIA WIZOWE 
 

 
Maciej Kania, PTTK AE Kraków
330 mil śnieżnej żeglugi (włóczęgi)
Kamczatka 2002

Tytuł nie przypadkowy, bo cóż innego jak nie porównanie z nieskończoną morską otchłanią lepiej oddaje marsz przez arktyczne śnieżne pustkowia?

fot. Maciej Kania

370 tysięcy kilometrów kwadratowych, 1200 kilometrów długoci i 450 szerokoci, 160 wulkanów (w tym najwyższy Kluczewska Sopka o wysokoci przekraczającej 4800 metrów n.p.m.), kilkaset tysięcy zajmujących się głównie rybołówstwem, mylistwem i lenictwem Koriaków i Rosjan, największe na wiecie zagęszczenie niedźwiedzi brunatnych oraz niespotykane różnice klimatyczne w ramach półwyspu - to jest włanie Kamczatka. I to my zamierzalimy ją przejć - nie zapomnę tej dumy, która nam towarzyszyła podczas miesięcy przygotowań.

Wakacje minęły nam w różnych częciach Skandynawii na zarabianiu pieniędzy oraz "treningu". Ja miałem szczęcie znaleźć się na największym lodowcu, tak zwanej w tym przypadku, Europy: Vatnajokull w Islandii - przepiękna rzecz! Jeden z kolegów sypiał w tym czasie regularnie "z wilkami" w Norwegii.

Jesień to zakupy, patroni medialni, sponsorzy - czyli sprawy spędzające sen z powiek każdemu "góralowi-polarnikowi", przystosowanemu raczej do ciężkiej "pracy" fizycznej niż biurowej krzątaniny pełnej telefonów, faksów i długotrwałego lęczenie przed komputerem. Wszyscy, więc z utęsknieniem oczekiwalimy wyjazdu... i możliwoci wyspania się gdzie w rosyjskich kuszetkach.

Wreszcie 17 grudnia, godzina 6 rano, stacja Kraków Główny. Oprócz mnie jest Rafał Sieradzki i Ja Lenczowski - wszyscy absolwenci lub studenci Akademii Ekonomicznej w Krakowie, związani z tamtejszym klubem PTTK. Podróż przez granicę i dalej w głąb Rosji bez historii. Tak jak robiłem to wczeniej i tak jak robi to wielu polskich turystów przemierzających latem ten wielki kraj. W Moskwie skorzystalimy z nieocenionej pomocy pracujących tam Polaków, którym w tym miejscu chciałbym serdecznie podziękować, nie wymieniając jednak ich imion, by nie przysparzać im niepotrzebnych kłopotów.

Na lotnisku "Domadiedowo" pierwsze problemy, jak zwykle na wschodzie, ich źródłem są urzędnicy. Nie chcą przepucić naszego ekwipunku, o mało nie gubią naszych biletów i jeszcze każą nam płacić za nadbagaż większy niż był w rzeczywistoci. Pani mnie jeszcze wyzwała, nakazując mi naukę russkowo - zapewne i tak posługiwałem się nim lepiej niż szanowna "grażdanka" językiem angielskim lub polskim. Samolot też koszmarny, ale zaraz znaleźlimy przyjemne jego pozytywy w niedrogim alkoholu. O 13 czasu lokalnego, lecz niestety dopiero 4 rano moskiewskiego, dotarlimy do Jelizowa - małego miasteczka z portem lotniczym obsługującym Pietropawłowsk Kamczacki. Rozmawiając o tak barbarzyńskiej porze i po paru piwach ze strażą graniczną, koledzy nie bardzo mogli przypomnieć sobie nawet własnych imion.

Początek szybki i nieprzemylany - czy jednak faktycznie zaważył na losie wyprawy jak niektórzy sugerowali? Mam wątpliwoci. Może by się udało więcej, gdybymy dotarli od razu na rodkowo-wschodnie wybrzeże zmieniając kierunek marszu. A może włanie nie dokonalibymy niczego gnijąc kilka dni lub nawet tygodni w stalinowskim areszcie KGB, nazywanego dzi dla niepoznaki FSB?

Tak czy inaczej wsiedlimy niemal w pierwszy autobus wiozący nas na rodkowy zachód, do Esso, zwanego przez miejscowych "Szwajcarią Syberii". Tam szybko mieszkańcy - ech, co za ludzie żyją na Syberii, najprzyjaźniejsi i najgocinniejsi na wiecie - ulokowali nas w pomieszczeniach "Aeroportu". Mielimy tam spokojnie czekać na helikopter. W międzyczasie dopełnilimy niezbędnych formalnoci rejestrując się na milicji.
Warto w tym miejscu nadmienić, że Kamczatka była do niedawna zupełnie zamkniętym obszarem, na który dostęp mieli jedynie nieliczni za specjalnym pozwoleniem. Stąd do dzisiaj pozostało wiele utrudnień w przemieszczaniu się związanych z obecnocią dużych baz wojskowych dysponujących najprawdopodobniej rakietami dalekiego zasięgu.
Klimat typowo kontynentalny pozwala "cieszyć się" gorącymi latami oraz niezwykle mroźnymi zimami. Gdy przyjechalimy tam w grudniu 2002 roku, w stolicy regionu było całkiem ciepło, ale już kilkaset kilometrów na północ, w dolinie rzeki Kamczatki notowano minus 42°C.

Miejsce naszego, jak się potem okazało tygodniowego, postoju okazało się faktycznie wyjątkowo urokliwe. Szybko udało nam się je sobie umilić. Odkrylimy jak wygodnie korzystać z ubikacji na wieżym powietrzu, basenu z wodami termalnymi (co za frajda kąpieli na wieżym powietrzu, gdy na dworze panuje taki mróz!), łazienki z prysznicem i wanną z wodą wpuszczaną doń z kaloryfera oraz bojlerem służącym nie jak zwykle do ogrzewania, a do ochładzania wody. Poznalimy także miejscowe sklepy i knajpki, pijaków i pracowników portu lotniczego, a także dzięki przychylnoci jednego z nich udało nam się obejrzeć uroczystoci noworoczne tutejszych Ewenów - koczowniczej niegdy ludnoci mongoloidalnej (najliczniejsi są Koriacy zamieszkujący głównie północną częć półwyspu, czyli Koriacki Okręg Autonomiczny, ale jest tu także wielu Ewenów i Ewenków - jednak stanowią oni wszyscy coraz mniejszy odsetek mieszkańców wobec wciąż dużej iloci przybyszów z "Balszoj Rossiji"). Niestety po obiecującym wstępie w wykonaniu przebranej w skóry i uzbrojonej w bębny grupy artystycznej, reszta okazała się bardziej zwyczajna niż się spodziewalimy - obowiązywał tylko język rosyjski wobec braku znajomoci własnego, a towarzystwo było zwyczajnie pijane, ich zabawy niczym nie różniły się od tych oglądanych w Polsce przy okazji różnego rodzaju zabaw w wiejskich remizach.

Wreszcie nadszedł dzień, w którym helikopter miał odbyć lot z Esso do Ust Hajriuzowa. Pamiątkowe zdjęcia z Edikiem, który nas zabawiał przez te kilka dni, a służbowo zajmował się załadunkiem paliwa. Potem rozczarowanie i wciekłoć. Nadmiar towarów spowodował odmowę zabrania nas na pokład. Załapała się jedynie sympatyczna Mołdawianka wracająca do domu z pracy w Oktiabrskim. Teraz nie ulegało już wątpliwoci, że nie możemy tak dłużej czekać z założonymi rękoma, bo następna okazja przydarzy się nie wczeniej niż za tydzień. Sympatyczny Rosjanin, który przyjechał w nocy Kamazem z długiej podróży i wyzwał nas żartobliwie na powitanie od polskich nacjonalistów udziela nam informacji na temat możliwoci transportu z pobliskiego Anawgaja i zaopatrza w przydatne numery telefonów i adresy. Rozmowy lokalne są bezpłatne, więc bez przeszkód możemy dzwonić z telefonu portowego. Okazuje się, że włanie odjechał stamtąd wjezdiechod jadący do Ust Hajriuzowa (oficjalna nazwa to GTS - transporter opancerzony na gąsienicach używany w tym trudnym terenie jako alternatywny wobec helikopterów rodek transportu zaopatrzenia dla odległych wsi i miasteczek; przewozi się nim także benzynę!).

Wychodzimy na szosę z postanowieniem odbycia pieszej wędrówki do Anawgaja - w końcu to jedynie 25 km po dobrej drodze. Wielka ciężarówka japońskiej produkcji, z kierownicą po prawej stronie, mija grupkę łapiących okazję Ewenów i zatrzymuje się tuż przed nami. Młody kierowca przy małej naszej pomocy ładuje 3 pary sanek ważące 45 kg każde na górę ogromnej fury drewna. Rozmowa z szoferem przebiega bardzo miło - widać, że chłopak hołdujący ideom autostopu i pomocy ludziom, nie będzie chciał od nas zapłaty.

W Anawgaju, wiosce składającej się w przeciwieństwie do Esso głownie z Ewenów, dowiadujemy się, że helikoptery w kierunku Ust-Hajriusowa latają tylko z Esso, wjezdiechod faktycznie już pojechał, a teraz doładowują jeszcze dwa udające się w kierunku Tigilia - niestety i tak zbyt przeładowane, żeby mogły nas zabrać. Naczelnik wsi jednak proponuje nam przewód dwoma skuterami nieżnymi z podpiętymi z tyłu saniami, ale koszt pożeranej przez nie benzyny nas przeraża. Poczciwy Ewen organizuje nam nocleg w znajdującym się w przedsezonowym remoncie hoteliku, którego właciciel - Andriej, okazuje się złotym człowiekiem. Nie tylko oddaje nam za darmo całą chatę do dyspozycji wraz ze swoim pokojem (sam się wyprowadza na noc), ale jeszcze pilnuje by nikt nam nie przeszkadzał i wyposaża w mięso i ryby na drogę.

Postanawiamy ić do naszego miejsca startu pieszo - taki "trening" przed właciwym przejciem. Rano otrzymujemy "błogosławieństwo" należne wszystkim postrzeleńcom i ruszamy w drogę.
Na początku trakt był znakomicie widoczny w terenie, a marsz ułatwiały lady wjezdiechodów jadących dzień wczeniej do Tigilia. Próbujemy osiągnąć jedną z chat rozrzuconych w odległoci ok. 20 km od siebie wzdłuż kabla biegnącego do celu naszej obecnej wędrówki Ust Hajriuzowa.

Czeka nas 240 kilometrów zmagań z terenem, nartami, saniami, niegiem, drzewami, zamarzniętymi lub nie rzekami oraz mrozem. Kto nigdy nie próbował ten nie zdaje sobie nawet sprawy, jaka to męczarnia wciąganie takiego ładunku pod jakąkolwiek choćby najmniejszą górkę. Dysponowalimy wystarczającą ilocią żywnoci i nartami biegowymi - bardzo porządne, znakomite na zmrożoną skorupę, kompletnie oczywicie zawiodły, bo musiały, na bardzo kopnym niegu. Benzyna okazała zanieczyszczona, co spowodowało koniecznoć codziennego dokładnego przedmuchiwania i mycia palnika. Zużywała się także szybciej niż zakładalimy, stąd później korekty w wyposażeniu. Nawiasem mówiąc eksperyment z tzw. "kerosiną", używaną tu do helikopterów, nie powiódł się. Przekraczanie rzek okazało się bardzo kłopotliwe i trochę niebezpieczne. Odnonie map mogę powiedzieć, że mapa 1:1 000 000 daje raczej wątłe pojęcie o faktycznym ukształtowaniu terenu i drodze. Dobrze, że Jasiu kupił GPS, który umożliwia nam satelitarną nawigację.

Nowy rok spędzilimy w namiocie w górach, gdyż nie udało nam się w ciemnociach odnaleźć drugiej chatki. Rano na podejciu na główną przełęcz spotkalimy niespodziewanie myliwego. Ciekawe, kto był bardziej zaskoczony. Starszy człowiek, Ewen wracał do domu z myliwskiej osady Kekuk. Nie miał przy sobie za wiele poza kijem zakończonym lisią łapą, szerokimi nartami myliwskimi i małym plecaczkiem, więc pewnie poruszał się o wiele szybciej niż my. Dalimy mu trochę herbaty i cukru. Dla nas był to niesamowity człowiek, prawdziwy bohater tych arktycznych terenów. Później opowiadając znajomym o naszym spotkaniu powiedział o nas: "takie same duraki jak ja".

Piąty dzień okazał się nadspodziewanie ciężki. Przeprawa przez sporą rzekę Ticha, pomimo niecałkowitego jej zamarznięcia nie przysporzyła problemów. Wędrując do późnej nocy nie dotarlimy jednak do kolejnej chałupy. Do tego Jasiek złamał przypadkowo jeden kijek narciarski. Rano wyszlimy z namiotu nieco zmarnowani - temperatura w nocy spadła poniżej minus 30°C. O mało nie przejchał nas GTS, na szczęcie chłopaki z ekipy obsługującej transporter w porę nas zauważyli. Obiecali nam, że kiedy będą wracać w stronę Ust-Chariusowa to nas podwiozą.

Po arcyciekawym dniu pełnym słońca, przepraw przez nie w pełni zamarznięte rzeki, mostki lodowe, niesamowitych widoków wulkanów oraz niebezpiecznych zjazdów i wywrotek dostajemy się do kolejnego schronu. Tego dnia było bardzo mroźno. Jednakże wokół chatki znaleźlimy masę łatwego do łamania drewna, więc sprawnie napalilimy w piecu i wkrótce wewnątrz zrobiło się ciepło i przytulnie. Zaczęlimy się już rozsiadać i grzać przemarznięcia, gdy ziemia zadrżała i nadjechał "czołg". Nikomu z nas nie chciało się nawet wyjć. Chłopaki jednak sami zatrzymali silniki i wbiegli do rodka. Okazało się, że materace i lampa naftowa, które tak nas cieszyły są ich własnocią. Mieli zamiar tu spać, lecz zaraz zmienili decyzję i postanowili, że przeprowadzimy się do następnego, o wiele większego domku. Dla nich to tylko godzina drogi. Załadowalimy się "na pakę" transportera, gdzie także panowała ujemna temperatura. Po drodze odwiedzilimy jeszcze dom myliwski w Kekuku.

Nocleg wypadł w obszernym barakowozie. Nasi dobroczyńcy włożyli do pieca puszkę z papierem i dużą ilocią "kerosiny", a nad nią umiecili wielkie bale drewna, które zajęł się bez większych kłopotów. Potem odbyła się wystawna kolacja: całe wiadro nałapanych przed chwilą pstrągów wylądowało zaraz po wypatroszeniu na patelni. Na stole pojawił się chleb, konfitury z czerwonych borówek, kawior, słoninę, solonego łososia - palce lizać! My mielimy niewiele do zaoferowania oprócz czekolady.

Smutne tylko, że nasi znajomi jako oczywistoć traktowali używanie do rozpalenia ognia kartek książek, a jak się potem przekonalimy, nie tylko oni. Przez lata komunizmu literatura kosztowała tutaj grosze, a i teraz nie jest droga. Wszyscy mają pod dostatkiem książek, jednak nikt ich nie czyta, więc i nie szanuje.

Po drodze do Ust Hajriuzowa odwiedzilimy pijanego myliwego, z pochodzenia Białorusina. O mało nie wywołał bójki, broniąc przed spaleniem starego magazynu literackiego wydanego w Mińsku.

Na miejscu czekała nas niespodzianka, zgotowana przez Saszę Łamzowa, kierującego ekipą, z którą przyjechalimy. Mielimy spać w hotelu przedsiębiorstwa łącznoci. Budynek był prawie luksusowy, ze cianami w pokoju wyłożonymi dywanami. Wieczorami przychodziła do nas przesympatyczna starsza pani, by wyrzucać mieci i wymyć łazienkę. Rozmowy z nią były dla nas miłą odmianą po gwarze robotniczej. Wieczorem pierwszego dnia zawitał do nas także na chwilę sam Sasza przynosząc ogromny kawał słoniny (znakomitej zresztą, wietnie przyprawionej) oraz dwa litrowe słoiki z solonym łososiem i znakomitym tutejszym kawiorem (na Kamczatce mają jedynie czerwony).

We wsi zdobylimy benzynę, kerosinę i 3 race na wypadek spotkania niedźwiedzi oraz wzięlimy udział w kilku "wiątecznych" popijawach (Boże Narodzenie wypada w kociele prawosławnym 13 dni później niż w katolickim). Ostatniego dnia, tuż przed wyjciem, odwiedzilimy wybrzeże Morza Ochockiego, wyznaczające oficjalnie początek naszej wędrówki - co za widok zamarzniętego na koć niemal szelfu! Widoczny w dali wielki i wysoki półwysep wyznaczał początek otwartego morza.

9 stycznia wyszlimy z Ust Hajriuzowa na właciwą wędrówkę z zachodu na wschód. Oprócz pokonanych już 120 km, czekało nas jeszcze ok. 490-530 km. Cały czas zastanawialimy się nad sposobem pokonania kilku problemowych odcinków, w tym odradzanym nam przez wszystkich przejciu skrótowym przez "pieriewał. Jeszcze dzień przed wyjciem naczelnik, pan Krasnowski prosił, żebymy nie ryzykowali...

Pierwszy dzień niespodziewanie nam się wydłużył przynosząc od razu rekordowe przejcie na odcinku wiodącym przez tajgę i tundrę. Cały dzień szlimy przez pożółkłe trawy porastające szeroką dolinę rzeki Hajriuzowej. Minęlimy pierwszą chatę, gdyż było jeszcze wczenie, i udalimy się w dalszą wędrówkę poszukując mającej się znajdować nieopodal następnej. Spotkalimy nawet po drodze 2 GTS-y, z czego jeden wiozący kilka ton benzyny. Chatki jednak nie było, natomiast nasz marsz, w ciemnociach już, podtrzymywały widziane w oddali wiatła. Najpierw jawiły nam się jako eskadra wjezdiechodów, potem duża wie. Doszlimy do odległego o 34 km Hajriuzowa. Młody Ewen zagadnięty na zanurzonej w mroku i mrozie ulicy sprowadził szefową administracji i ugocili nas w jej budynku.

W porannym słońcu wioska wyglądała niezwykle malowniczo. Było to skupisko malutkich drewnianych domków w typowym rosyjskim stylu, z rzeźbionymi kolorowymi okiennicami. Wysokie i strome góry przecinane głębokimi dolinami które otaczały wioskę, przypominały mi nieco rumuński Maramuresz.

Dzień po rosyjskim Nowym Roku, czyli 13 stycznia ujrzelimy na horyzoncie charakterystyczną sylwetkę GTS-a z dwoma psami leżącymi jak w gniazdku na swym posłaniu ułożonym na dachu szoferki. Chłopaki się ucieszyli. Jasiu wyciągnął butelkę gruzińskiego wina targanego aż z Ust Hajriuzowa i chowanego każdej nocy w piworze, by nie zamarzło. Gdy dotarlimy do kolejnegon "blotcziku" okazało się, że przygotowane czekało już na nas drewno na opał. Lód na pobliskiej rzece nie był jeszcze gruby i udało nam się wykuć przerębel, dzięki czemu wyprawie po wodę mogły towarzyszyć butelki, zamiast zwyczajnych w tych warunkach toreb foliowych.

Szósty dzień miał być łatwy i do tego pełen wrażeń. Czekał nas najpiękniejszy, najbardziej malowniczy odcinek. Najpierw przez las stromo pod górę, potem płaskowyż z wulkanami dookoła na horyzoncie. Następnie zjazd w dół w wielkie rozlewisko dopływów rzeki Tichej. Tu ujrzelimy piękne formy lodowe, a płynąca między nimi kaskadami woda, tworzyła raz po raz małe wodospadziki i zakola. Przeprawa przez lodowe mostki bez użycia raków i z saniami za plecami nie należała do najłatwiejszych i opóźniła nieco marsz. Udało się jednak, choć momentami było ciężko i niebezpiecznie, lód trzeszczał pod stopami, a bagaż przelizgiwał się tuż obok wyrw i szczelin ponad szumiąca, przewalającą się bałwanami wodą. Teraz było przed nami jeszcze strome podejcie, lasek i wielka przestrzeń odkrytej tundry. W trakcie marszu rozszalał się straszliwy huragan. Przy takim mrozie silny wiatr siekący po twarzy drobinkami niegu i lodu nie należy do przyjemnych, choć każdy z nas przeżył już co podobnego wiele razy. W chatce, do której doszlimy znaleźlimy stos książek, najprawdopodobniej przeznaczonych na podpałkę. Postanowiłem, więc zaopiekować się jedną z nich: "Dziećmi Arbatu" Anatolija Rybakowa, w końcu niemal klasyką rosyjskiej literatury.
Rzadki las dookoła pozwolił nazbierać chrustu.

Kolejny blaszak miał wejcie całe zasypane niegiem, ale cóż to dla nas. Następną chatkę z kolei, ostatnią zresztą przed, zastalimy otwartą na ocież, przez co całkowicie się wyziębiła strasząc temperaturą swego wnętrza minus 16°C. Ściany były przeraźliwie. Na oknie leżał zamrożony chleb, na stole solona ryba, która zachowała miękkoć nawet w tych warunkach. Gdy nikt już nie wierzył w możliwoć ogrzania, znalazłem za szopą obok 7 ogromnych kloców drewna pozostawionych przypuszczalnie przez, którą z kolejnych ekip wjezdiechodowych przemierzających co parę dni te pustkowia. Przy pomocy puszki z kerosiną udało się napalić. Piec był jednak tak wielki, że drewna zaczęło wkrótce brakować, a chata tak przemrożona, że temperatura podniosła się po kilku godzinach do ledwie 4-5 stopni. Ale to i tak był sukces. Następny dzień miał być przełomowy, mianowicie mielimy przemierzać góry w miejscu, gdzie nawet miejscowi myliwi boją się tego robić.

18 stycznia rozpoczął się znakomicie. Piękne niebieskie niebo i silne czerwonawe z rana słońce dawały niezapomniane wrażenia estetyczne. Nad krajobrazem górował posępny wulkan Anaun. Zabawa skończyła się jednak, jak tylko zeszlimy z ubitej gąsienicami cieżki. Kopny nieg z czyhającą pod nim kosówką zmuszały mimo podejcia do założenia nart.

W końcu udało się. Po długiej walce z sankami i hulającym na otwartym płaskowyżu wichrem zrobilimy sobie przerwę na herbatę i czekoladę, podziwiając wspaniałe widoki górskie. Mielimy wiadomoć, że pierwszy etap najniebezpieczniejszego odcinka już za nami. Teraz trzeba było zjechać na dół do kolejnej doliny i przekroczyć drogę do (prawie bymy jej nie zauważyli tak była zasypana). Potem jeszcze kolejne wejcie w górę na wysokoć 1100 m n.p.m., najwyższą, jaką osiągnęlimy na tej wyprawie. A w planach było wdarcie się jeszcze w drodze do Kozyriewska. Niestety jak się później okazało na rozległych płaskowyżach, przy silnym mrozie i potężnym momentami wietrze odmroziłem sobie kolejne palce i teraz niemal całe dłonie miałem nie w pełni sprawne. Dodatkowo przy przekraczaniu drugiej przełęczy trochę się pogubilimy i przez chyba pół godziny szukalimy się z Jasiem krążąc między załomami terenu przy huku mrożącego wiatru. Cały czas znajdowalimy się w bardzo niewielkiej odległoci od siebie, a jednak o mało nie przydały się race. Namiot rozbilimy w zacisznym wąwozie utworzonym przez żłobiącą skałę rzeczkę. Głęboki, przykrywający tu człowieka, nieg zwiastował zbliżające się problemy.

Rano szło się jednak znakomicie. Znaleźlimy bardziej ubity teren, a silne tego dnia słońce nakłoniło nas do urządzenia małej sesji zdjęciowej. Dolina jednak stawała się coraz bardziej stroma i skalista, zmuszając nas do szukania obejć. Te z kolei zaprowadziły nas w gęsty las i głęboki nieg. Poruszalimy się w tempie kilkuset metrów na godzinę. Gdy jedna osoba torowała pozostałe czekały z tyłu na swoją kolei pałaszując zapasy. Tak drepcząc krok za krokiem, niemal o zmroku znaleźlimy się we właciwej dolince i rozbilimy namiot na małym półwyspie oblewanym rwącymi strumykami. Tego dnia, po ciężkiej walce, pokonalimy w linii prostej 3,8 km! To też był swoisty rekord.

Czas już troszkę naglił, nieg dalej był ciężki do przebycia. Rzeka Anawgaj była w tym miejscu szeroka i wygodna, wspaniale zamarznięta, ale lód był niestety także pokryty grubą warstwą kopnego puchu. Powyżej, na stromym zboczu miała przebiegać główna w okolicy droga. Tam jednak także ciężko. Skuter przejechał może tydzień wczeniej, a już lad jego legł głęboko pod kołdrą białego wiństwa. Zdecydowalimy nie atakować kolejnego grzbietu górskiego. Marsz do wioski, który i tak miał nam zająć półtora dnia wydawał się właciwszy.

21 stycznia po południu znowu zawitalimy do chaty Andrieja w Anawgaju. Przywitał nas jak starych znajomych. Teraz czekała nas już o wiele łatwiejsza wędrówka, bo po dobrej drodze do głównej trasy kamczackiej (kozyriewskiej). Jeszcze kawalątek wzdłuż rzeki Bystrej i bylimy na skrzyżowaniu głównych dróg. Do Kliuczi było 119 km, do Ust Kamczacka 285. Tempo nam wzrosło do ponad 40 kilometrów dziennie. Cel wydawał się blisko. Na przeprawie przez rzekę Kamczatkę ugocił nas pracownik obsługujący latem tamtejszy prom. Jego rodzice pochodzili z Poznania. Gdy opowiadał o kopalniach złota i platyny ciągle się przejęzyczał nazywając ludzi z zachodniej Ukrainy Polakami.

Tuż przed Kozyriewskiem, do którego doszlimy o wicie, ujrzelimy niezapomniany widok dymiącego na czerwono przy wschodzącym słońcu olbrzyma - Kluczewską Sopkę, w towarzystwie szeciu innych wielkich wulkanów. Spóźnilimy się może o kilka tygodni, by zobaczyć czarny od popiołu nieg.

Do Kliuczi dotarlimy doć szybko i natychmiast udalimy się na milicję załatwić formalnoci. Panowie byli mili, ale kłopoty zaczęły się, gdy dowiedziało się o nas FSB (Federalna Służba Bezpieczeństwa). Padł natychmiastowy "rozkaz" wyniesienia się z "zamkniętego obszaru" (na którym podobno znajdowalimy się już od dobrych kilku dni) pod groźbą aresztu i wysokich kar pieniężnych! (Potem miejscowi z żalem i wstydem opowiadali jak zeszłego lata "zakliuczono" i oskubano z ostatniego grosza ekipę czeską, która przeliznęła się "nie wiadomo jak" niezauważona z Ust-Kamczacka).

Ze sportowego punktu widzenia w zasadzie pozostałe kilometry wydawały się być formalnocią, ale cóż było robić. Po paru jeszcze miłych spotkaniach z mieszkańcami miasteczka, wizycie w "ruskiej bani" oraz posiłku złożonym z kawioru i pierogów z łososiem, udalimy się autostopem do nazywanego tu po prostu "gorodem" Pietropawłowska.

Tam po paru jeszcze nocnych perypetiach ze znalezieniem noclegu, odszukalimy w końcu naszego znajomego z Ust-Hajriuzowa i spędzilimy u niego tydzień załatwiając najrozmaitsze formalnoci. Pomoglimy mu w przeprowadzce, zameldowalimy się w rejonie jako mieszkańcy namiotu w lesie koło Jelizowa, wzbudzając już samym stwierdzeniem sensację, zapłacilimy karę za przebywanie zbyt długo bez rejestracji, podjęlimy próbę załatwienia zezwolenia na wjazd w obszar przygraniczny, odwiedzając dziesiątki różnych biur, z FSB włącznie. Wszystko oczywicie na nic. W końcu kupilimy bilety lotnicze, zaznajomilimy się z miejscowym księdzem katolickim, Słowakiem z Bańskiej Bystrzycy i urządzilimy na zakończenie zwycięską fetę nad brzegiem Oceanu Spokojnego (też zabronione, ale nas nie dostali) - jeden z bardziej niezwykłych widoków w moim życiu: nieg, czarny piasek i ogromne fale przetaczające się bałwanami nad sterczącymi z wody skałami. Przyjemnym docenieniem naszych trudów było miłe przyjęcie i relacja z naszej wyprawy w lokalnej gazecie "Kamczatskoje Wriemia".

Odpowiednio 2 i 3 lutego opucilimy Kamczatkę - Jasio poleciał wraz z sankami do Polski, my do Władywostoku, by szukać tam sposobu wjechania do Chin i dalszych przygód - żaden z nas nie przypuszczał chyba wtedy, że zawitamy tej zimy i wiosny do Indochin dowiadczając, po trzydziestostopniowych mrozach Rosji i Mongolii, czterdziestostopniowych upałów strefy zwrotnikowej!


 
do góry