|
O godzinie ósmej, przy pięknej bezchmurnej pogodzie wyruszyliśmy
w stronę Mutnowskiego.
Po wyjściu z doliny, w której stał nasz namiot, zobaczyliśmy ciekawy widoczek:
niewielkie zielone plateau z zatkniętym w ziemi stalowym zaworem syczącym z hukiem.
Nieopodal dogorywały zardzewiałe resztki jakichś baraków. W tle zaś góry z sylwetką
Mutnwskiego na pierwszym planie.
|
Takich syczących zawórow w okolicy wulkanu było więcej. Mijaliśmy je idąc na przełęcz,
z której mieliśmy zacząć atak na górę. Wspięliśmy się na stromy Grzbiet Odchodzący
(Chriebiet Odchodziaszczij), i dalej częściowo grzbietem, częściowo trawersując
zbocze, dotarliśmy na skraj krateru.
Po drodze podziwialiśmy wspaniałą panoramę na wulkan Wiluczyński.
Powietrze było tego dnia na tyle przejrzyste, że widzieliśmy nawet kontury
wulkanów Koriackiego i Awaczyńskiego.
Krater.
Krater Mutnowskiego jest ogromny i niezwykle widokowy. Ma średnicę blisko 2 kilometrów!
Okolony jest skałami zabarwionymi wszystkimi odcieniami czerwieni i żółci, które stromym
obrywem schodzą kilkaset metrów w dół. Wypełnia go spękany lodowiec, spod którego
wystają skały zwieńczone pięknymi pióropuszami fumarol.
Z lodowca wypływają strumienie i zlewając się kaskadami po skałach
łączą się w rzekę, o adekwatnej do miejsca swoich narodzin nazwie: Wulkannaja.
Rzeka meandrując płynie dnem krateru do ogromnej wyrwy w zboczu góry,
którą wydostaje się dalej. Warto zobaczyć piękny, głęboki na kilkadziesiąt metrów
kanion Owrag Opasnyj, w którym rzeka opada malowniczym wodospadem.
|
 |
Wulkan Mutnowski (2322 m)
...Kratery prawie w całości wypełnione lodem i firnem,
znajdują się w czasie silnej aktywności fumarolnej.
Można tu zobaczyć otwory w ziemi, z których wydostają sie strumienie
gazów z parą.
Otoczenie ujść obramowane jest wulkaniczną siarką.
Nad niektórymi z nich obserwuje się siarkowe kopuły, wysokości
do 2,5 i średnicy do 5 metrów.
Rzeka Wulkannaja, przecinająca dno i zachodnie ściany północnego
krateru, przy wyjściu tworzy wielki 80-metrowy wodospad, a niżej
formuje głęboki kanion - Owrag Opasnyj.
Kanion i wodospad nadają wulkanowi Mutnowskiemu unikalną wartość
i stawiają w rzędzie pomników przyrody światowego znaczenia.
|
|
Zeszliśmy do wyrwy w ścianie wulkanu i po lodowcu pokrytym
żwirem i kamieniami wkraczaliśmy do krateru.
Pod naszymi nogami w głębi śnieżnego tunelu kipiała rzeka.
Widok zapierał dech w piersiach, przeżywaliśmy chwilę bezpośredniego obcowania
z siłami natury, mając wokół bezpośrednie dowody na ich potęgę.
Stroma ścieżka wiodąca po kolorowym sypkim gruncie wyprowadzała
na ciepłe, dymiące wzniesienie, z którego doskonale widać było lodowiec
i fumarole. Były dokładnie na wprost, "na wyciągnięcie ręki",
oddzielone głębokim kanionem rzeki. Na wzniesieniu czekała ponadto kolejna
niespodzianka: niewielkie jeziorka, których zielonożółty kolor,
jak też panujący wokół zapach, wskazywały że są roztworem kwasu siarkowego.
Byliśmy bardzo zadowoleni z wycieczki. Mutnowski oczarował nas
pięknem i dynamiką zachodzących w nim zjawisk.
Wracaliśmy przez rozległe plateau do przełęczy, przez którą
przechodziliśmy rankiem. Tym razem ominęliśmy Grzbiet Odchodzący, na który
w ogóle nie ma potrzeby się wspinać, ponieważ trasa do wulkanu wiedzie dołem.
Rano popełniliśmy mały błąd wchodząc w górę. Nie żałowaliśmy tego jednak,
ponieważ mogliśmy podziwiać krater w całej okazałości.
Niefart.
Po powrocie do obozu postanowiliśmy wykąpać się w basenie.
W jednym z aparatów fotograficznych pozostał ostatni kadr, na którym Damian
chciał uwiecznić naszą trójkę zanurzoną w wodzie termalnej. Zdarzył się jednak
mały wypadek, który nie tylko zniweczył próbę zrobienia zdjęcia, a zniszczył
całą kliszę pełną zdjęć z wycieczki na Mutnowski... Aparat, mechaniczny Ricoch,
wpadł do basenu.
Mimo natychmiastowego zwinięcia kliszy okazało się, że do środka dostała się wilgoć.
Byliśmy przygnębieni, ponieważ w podróży mieliśmy być jeszcze ponad dwa miesiące.
Do dyspozycji pozostał mały automatyczny Canon i na okres kilkunastu dni - lustrzanka Pawła.
Postanowiliśmy podjąć próbę naprawienia aparatu w Pietropawłowsku.
Kucharki.
Gdy po kąpieli w basenie termalnym wracaliśmy do namiotu przechodząc koło
stołówki, postanowiliśmy wstąpić na kolację.
Domyśliliśmy się, że to już "fajrant", ponieważ w pustej jadalni zastaliśmy
tylko kucharki siedzące przy butli piwa. Przedstawiliśmy się i zapytaliśmy
bezceremonialnie, czy możemy dołączyć się do tej butelki. Panie się zgodziły,
zaproponowały też "coś na ząb".
Za chwilę wylądowały przed nami talerze z kotletami i makaronem.
i sosiski w tiestie, czyli parówki w cieście.
Przy ciepłym piwie toczyliśmy rozmowę o życiu w Polsce i w Rosji.
Jedna z kucharek, Swietłana, była kiedyś w Polsce, co wspominała z rozrzewnieniem.
Pracowała w odziale armii radzieckiej stacjonującej w Legnicy. Była wtedy młoda,
pełna wigoru i pomysłów na życie.
W barze dla pracowników obsługujących helikoptery spotkała swojego przyszłego
męża, żołnierza. Po zakończeniu służby w Polsce, męża przeniesiono na Kamczatkę.
Teraz jest on już na emeryturze i mieszka w tajdze w okolicach Milkowa,
gdzie zajmuje się myślistwem i rybołówstwem, zaś Swietłana pracuje tu, w Mutnowce.
Aby dostać się do domu musi jechać autobusem do Milkowa. Stamtąd do domu w głębi
tajgi ma jeszcze trzy godziny jazdy GTS-em, transporterem przypominającym czołg.
Cieszy się teraz, ponieważ do jej wioski budowana jest droga...
Kucharki opowiadały nam o codziennym życiu w elektrowni.
Praca trwa tu dziesięć godzin, pdo których należy dodać godzinną przerwę na obiad.
warunki pogodowe są przygnębiające, często przychodzą gęste mgły, jest chłodno i dżdżyście.
Zimą dzień jest krótki, po pracy nie ma dokąd pójść. Z dostępnych rozrywek
pozostaje tylko picie wódki...
|