|
Idziemy.
O czwartej rano, kiedy się obudziliśmy, absolutnie nie chciało mi się wychodzić
ze śpiwora. Na zewnątrz było zimno i ciemno lecz informacja, że niebo jest
bezchmurne dodawała mi otuchy. Wyruszyliśmy o piątej rano. Z początku szliśmy
połogim grzbietem, który wkrótce stał się stromy i tak miało już być do samego
wierchu. Piarg sypał się spod nóg, pomagaliśmy sobie czekanami. W plecakach
nieśliśmy rownież raki na wypadek gdybyśmy natrafili na lód (od razu powiem,
że były one absolutnie zbędne). Przydały się natomiast czekany, asekurowaliśmy
się nimi aż do samego szczytu.
|
Duże nachylenie wywoływało w nas złudzenie, że szczyt jest bardzo blisko,
niemal na wyciągnięcie ręki. Wydawało nam się również, że bardzo szybko zdobywamy wysokość.
Wschodzące słońce wspaniale oświetlało wulkan Kamień i leżący za nim,
niższy o 1600 metrów Bezimienny, który wypuszczał ze swojego wnętrza obfite kłęby dymu.
Po jakichś sześciuset metrach podejścia wyrósł przed nami kilkumetrowy obryw.
Należało teraz strawersować szeroki żleb, aby przejść na kolejny grzbiet.
Żleb pocięty był rowami wypełnionymi lodem. To tędy staczały się ze
zbocza kamienie, kiedy wulkanem wstrząsały dreszcze eksplozji wewnątrz krateru.
Trzeba było bardzo uważać i bacznie obserwować staczające się z głuchym hukiem
głazy aby zdażyć się uchylić. Kolejnym zagrożeniem były mniejsze kamienie
wyrzucane bezpośrednio z krateru, przed którymi zabezpieczaliśmy
głowy kaskami otrzymanymi od pietropawłowskich budowniczych.
Nad żlebem wisiała skalna grzęda. Aby zakończyć niebezpieczny trawers wspieliśmy
się po niej i kontynuowaliśmy wędrówkę grzbietem, którym szliśmy na początku.
Pokonaliśmy jego obryw i zobaczyliśmy, że ciągnie się on dalej w górę.
Teraz na niewielkim odcinku nasza droga prowadziła po rozległych głazach.
po których sprawnie przemieszczaliśmy się naprzód.
|
 |
Kluczewska Sopka (4850 m)
To typowy sratowulkan, z kraterem w kształcie stożka. Jego wysokość
zmienia się od 4750 do 4850 metrów (obecnie 4850 m - 2003 r.) . To najwyższy
z aktywnych wulkanów Azji i Europy.
Wybuchy zachodzą przez główny i boczne kratery. Główny ma formę leja,
który w całości zapełnia się lawą i żużlem, po czym w centralnej części
wyrasta nowy wewnątrzkraterowy stożek, który czasami przewyższa ściany
głównego krateru i zwiększa wysokość wulkanu.
W 1994 roku nastąpił ostatni silny wybuch Kluczewskiego Wulkanu.
Obłoki dymu uniosły się na wysokość do 12 km, po żlebie Krestowskim
spływały potoki lawy (co doskonale było widoczne z miasta Kluczi, oddalonego
o 40 km).
|
|
Wkrótce natrafiliśmy na miałki żużel. Szło się nim wygodnie tylko w miejscach,
w których był grząski. Niebezpieczne były miejsca pokryte cienką warstewką
żużlu, gdyż łatwo traciło się wtedy przyczepność - nogi zjeżdżały w dół.
W partii szczytowej pod naszymi stopami pojawił się miękki i ciepły popiół wulkaniczny.
Warto wspomnieć jeszcze o chorobie wysokościowej, a raczej o braku jej objawów.
Mimo, iż byliśmy na wysokości Mont Blanc, nie odczuwaliśmy tego mocno.
Od połowy podejścia towarzyszyły nam wprawdzie lekkie zawroty głowy i zmęczenie,
lecz nie były to symptomy przeszkadzające w wędrówce.
Należało robić przerwy co kilka kroków na złapanie oddechu, lecz zgodnie stwierdziliśmy,
że nie było to dla nas specjalnie uciążliwe. Po uprzednim zdobyciu czterech wulkanów
i trekkingu w stronę Kluczewskiej, jak też noclegu na przełęczy 3300 m.
byliśmy w miarę zaklimatyzowani.
Krater.
O jedenastej, po sześciu godzinach marszu, stanęliśmy na krawędzi krateru
Kluczewskiej Sopki.
Z początku nic nie było widać, z powodu obfitości zołto-białego
dymu, który wyrzucił z siebie wulkan. Kiedy jednak wiatr rozwiał dym,
naszym oczom ukazało się wnętrze ogromnego krateru o głebokości ok. 200 m.
Pionowe ściany skalne zabarwione były w odcieniach od piaskowego poprzez
czerony do brązowego. Średnio raz na minutę wulkanem wstrząsała silna eksplozja
na dnie krateru, potem wyrzucane były kłęby żółtego dymu o ostrym zapachu
i drobne kamienie - wspaniały spektakl! Z obrzeża krateru ciągle wydostawał
się biały dym o zapachu zgniłych jaj (zapach siarkowodoru).
Po sesji zdjęciowej wyruszyliśmy w drogę powrotną. Był ku temu najwyższy
czas, gdyż pogoda zaczęła się psuć - nadchodził tzw. tuman, czyli gęsta mgła.
Po czterech godzinach byliśmy w namiocie.
|