Przygotowania, uczestnicy
Półwysep Kamczatka, położenie
Lecimy na Kamczatkę
Elizowo
Pietropawłowsk Kamczacki
Wulkan
Awaczyński
Wulkan Koriacki
Mutnowka, mini Dolina Gejzerów
Wulkan
Mutnowski
Wulkan Goriełyj
W stronę Kluczewskiej
Kluczewska Sopka
Droga
do cywilizacji
Ust-Kamczack
Rajsa Iwanowna
Kobieta tajgi
Esso - Kamczacka Szwajcaria?
Wyjazd
z Kamczatki
Informacje
praktyczne
Galeria zdjęć
Wulkanizm
na Kamczatce
Wulkaniczne linki

 

 
  
Miasta Rosji -
Sankt Petersburg
Droga Kołymska
Złota Kołyma
Archipelag Gułag
DNIEPROWSKI
Archipelag Gułag
BUTUGYCZAG
Miasta Rosji
- Jakuck
Magadan
Iran - DAMAVAND
Miasta Rosji
- Władywostok
Kolej transsyberyjska
Kamczatka 2003
Oblicza Gobi
W poszukiwaniu końca świata
Skansen
w Ułan Ude
Karpaty Południowe
Góry Stołowe
Wycieczka
po Dolnym Śląsku
Kotlina Kłodzka

 

Wejście na Kluczewską Sopkę
Naj... wulkan Kamczatki

 

Idziemy.
O czwartej rano, kiedy się obudziliśmy, absolutnie nie chciało mi się wychodzić ze śpiwora. Na zewnątrz było zimno i ciemno lecz informacja, że niebo jest bezchmurne dodawała mi otuchy. Wyruszyliśmy o piątej rano. Z początku szliśmy połogim grzbietem, który wkrótce stał się stromy i tak miało już być do samego wierchu. Piarg sypał się spod nóg, pomagaliśmy sobie czekanami. W plecakach nieśliśmy rownież raki na wypadek gdybyśmy natrafili na lód (od razu powiem, że były one absolutnie zbędne). Przydały się natomiast czekany, asekurowaliśmy się nimi aż do samego szczytu.

Duże nachylenie wywoływało w nas złudzenie, że szczyt jest bardzo blisko, niemal na wyciągnięcie ręki. Wydawało nam się również, że bardzo szybko zdobywamy wysokość.
Wschodzące słońce wspaniale oświetlało wulkan Kamień i leżący za nim, niższy o 1600 metrów Bezimienny, który wypuszczał ze swojego wnętrza obfite kłęby dymu.
Po jakichś sześciuset metrach podejścia wyrósł przed nami kilkumetrowy obryw. Należało teraz strawersować szeroki żleb, aby przejść na kolejny grzbiet.
Żleb pocięty był rowami wypełnionymi lodem. To tędy staczały się ze zbocza kamienie, kiedy wulkanem wstrząsały dreszcze eksplozji wewnątrz krateru. Trzeba było bardzo uważać i bacznie obserwować staczające się z głuchym hukiem głazy aby zdażyć się uchylić. Kolejnym zagrożeniem były mniejsze kamienie wyrzucane bezpośrednio z krateru, przed którymi zabezpieczaliśmy głowy kaskami otrzymanymi od pietropawłowskich budowniczych.

Nad żlebem wisiała skalna grzęda. Aby zakończyć niebezpieczny trawers wspieliśmy się po niej i kontynuowaliśmy wędrówkę grzbietem, którym szliśmy na początku. Pokonaliśmy jego obryw i zobaczyliśmy, że ciągnie się on dalej w górę. Teraz na niewielkim odcinku nasza droga prowadziła po rozległych głazach. po których sprawnie przemieszczaliśmy się naprzód.


Kluczewska Sopka (4850 m)

To typowy sratowulkan, z kraterem w kształcie stożka. Jego wysokość zmienia się od 4750 do 4850 metrów (obecnie 4850 m - 2003 r.) . To najwyższy z aktywnych wulkanów Azji i Europy.
Wybuchy zachodzą przez główny i boczne kratery. Główny ma formę leja, który w całości zapełnia się lawą i żużlem, po czym w centralnej części wyrasta nowy wewnątrzkraterowy stożek, który czasami przewyższa ściany głównego krateru i zwiększa wysokość wulkanu.
W 1994 roku nastąpił ostatni silny wybuch Kluczewskiego Wulkanu. Obłoki dymu uniosły się na wysokość do 12 km, po żlebie Krestowskim spływały potoki lawy (co doskonale było widoczne z miasta Kluczi, oddalonego o 40 km).

Wkrótce natrafiliśmy na miałki żużel. Szło się nim wygodnie tylko w miejscach, w których był grząski. Niebezpieczne były miejsca pokryte cienką warstewką żużlu, gdyż łatwo traciło się wtedy przyczepność - nogi zjeżdżały w dół. W partii szczytowej pod naszymi stopami pojawił się miękki i ciepły popiół wulkaniczny.

Warto wspomnieć jeszcze o chorobie wysokościowej, a raczej o braku jej objawów. Mimo, iż byliśmy na wysokości Mont Blanc, nie odczuwaliśmy tego mocno. Od połowy podejścia towarzyszyły nam wprawdzie lekkie zawroty głowy i zmęczenie, lecz nie były to symptomy przeszkadzające w wędrówce. Należało robić przerwy co kilka kroków na złapanie oddechu, lecz zgodnie stwierdziliśmy, że nie było to dla nas specjalnie uciążliwe. Po uprzednim zdobyciu czterech wulkanów i trekkingu w stronę Kluczewskiej, jak też noclegu na przełęczy 3300 m. byliśmy w miarę zaklimatyzowani.

Krater.
O jedenastej, po sześciu godzinach marszu, stanęliśmy na krawędzi krateru Kluczewskiej Sopki.
Z początku nic nie było widać, z powodu obfitości zołto-białego dymu, który wyrzucił z siebie wulkan. Kiedy jednak wiatr rozwiał dym, naszym oczom ukazało się wnętrze ogromnego krateru o głebokości ok. 200 m. Pionowe ściany skalne zabarwione były w odcieniach od piaskowego poprzez czerony do brązowego. Średnio raz na minutę wulkanem wstrząsała silna eksplozja na dnie krateru, potem wyrzucane były kłęby żółtego dymu o ostrym zapachu i drobne kamienie - wspaniały spektakl! Z obrzeża krateru ciągle wydostawał się biały dym o zapachu zgniłych jaj (zapach siarkowodoru).

Po sesji zdjęciowej wyruszyliśmy w drogę powrotną. Był ku temu najwyższy czas, gdyż pogoda zaczęła się psuć - nadchodził tzw. tuman, czyli gęsta mgła. Po czterech godzinach byliśmy w namiocie.

 

 
Kluczewska Sopka


 
poprzednia strona 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 następna strona do góry