|
Wychodzimy z Doliny wulkanow.
Zeszliśmy z przełęczy miedzy Kluczewską a Kamieniem w stronę wulkanu
Średniego, aby potem zachodnią stroną Lodowca Ermana - zgodnie z radami
rosyjskich gidów - iść w kierunku Jeziora Dzierżawina. Trasa zajęła nam cały dzień.
Idąc bezpiecznie lewą stroną lodowca (to kluczowy warunek sukcesu)
obserwowaliśmy ogromne, wręcz gigantyczne szczeliny. Dalej trudno już było nazwać je
szczelinami - to lodowe góry poprzecinane przepastnymi dolinami!
Nocleg spedziliśmy w kamiennej chatce wybudowanej na kształt zabajkalskich
jurt, w formie ośmiokąta.
Wewnątrz były prycze do spania, duży piec zrobiony ze starej beczki po ropie,
stół, krzesła - wyposażenie niczym w chatkach we włoskich Dolomitach.
Z okna mieliśmy widok na potężny wał Lodowca Ermana.
Pierwszy dzień gehenny.
Droga do Kluczi wydawała się już prosta: trzeba było dojść do suchej rzeki,
jej korytem przejść 8 km do Góry Domaszniej, spod której prowadzi bita
droga do wsi (7 km).
Doszliśmy do koryta suchej rzeczki, szliśmy nią przez około dwie i pół
godziny nie patrząc na kompas i dotarliśmy do... dużej lodowcowej rzeki
zabarwionej na brązowo od niesionego przez nią wulkanicznego pyłu i żwiru.
Postanowiliśmy wejść na jej wysoki brzeg, aby rozpoznać teren.
I tu spotkała nas kolejna przykra niespodzianka: teren porośnięty był szczelnie
płożącą się brzozą (bieriozowyj słannik) i olchą (olchowyj słannik).
Przedzieranie się przez tą zieloną ścianę było niezwykle uciążliwe, wysysało
z nas resztki sił!
W końcu przebiliśmy się do niewielkiej polany, porośniętej półtorametrowej
wysokości trawą i tępo spoglądaliśmy na kolejny grzbiet porośnięty tymże samym
lasem. Cóż, wspięliśmy się na niego i dalej postanowiliśmy kierować się
ponownie w kierunku błotnej rzeki, gdzie wypatrzyliśmy rozległe łąki.
Byliśmy nawet gotowi pójść korytem rzeki, jednak pomysł ten szybko upadł,
gdy zobaczyliśmy, jak jest szeroka i rwąca. Poza tym
meandrowała od brzegu do brzegu i ciągle trzeba było ją przekraczać.
Znów weszliśmy w tajgę... Tym razem szliśmy wzdłuż brzegu po wysokiej
skarpie, mając w dole rzekę płynącą wąskim kanionem.
Po kilku godzinach przedzierania się przez gęstwinę dotarliśmy ponownie
do naszej rzeki. Rzuciliśmy się do wody, nabraliśmy w butelki i zaczeliśmy
filtrować ją przez materiał. Udało nam się ją trochę oczyścić, nabrała koloru
słabej kawy z mlekiem. Napiliśmy się, ugasiliśmy pragnienie i zaczęliśmy
rozważać, co dalej robić. Po przeanalizowaniu mapy stwierdziliśmy, że od
Góry Domaszniej dzieli nas dystans około pięciu kilometrów przedzierania
się przez tajgę w kierunku zachodnim. A pod tą górą biegła już droga do Kluczi!
Mimo że była już osiemnasta, zdecydowaliśmy dojść do tej drogi,
która jawiła nam się teraz Aleją do Cywilizacji.
Znów szliśmy przez plątaninę krzewów. Paweł klął na czym świat stoi, ja narzekałem
i zapytywałem w eter, za jakie grzechy spotkała nas taka kara, Damian milczał.
Złościły nas gęsto posplatane ze sobą, giętkie, płożące się gałęzie.
Nie wiedząc czemu, zabraliśmy ze sobą zapasu wody a pragnienie bardzo szybko
dało o sobie znać... Brązowa od osadu gliny i pyłu wulkanicznego woda
była teraz obiektem numer jeden naszych skrytych westchnień.
"Nie porzucaj nadzieję, jako się kolwiek dzieje..."
O 21.30 byliśmy już u podnóży Góry Domaszniej, kiedy natrafiliśmy na szeroką dolinę
kolejnej w naszym dniu suchoj rieczki. Pragnienie znalezienia wody przybrało na sile
do tego stopnia, że zatraciliśmy njwyraźniej zdolność do chłodnej analizy sytuacji!
Będąc najwyżej godzinę marszu od drogi do cywilizacji poszliśmy
w dół suchej rzeki. Taka była zgodna decyzja nas wszystkich.
Wiodła nas nadzieja na znalezienie płynącego strumienia, źródełka, czy choćby strużki wody...
Kierunek początkowo mniej wiecej się zgadzał, jednakże po upływie godziny
nie było już wątpliwości, że idziemy na w s c h ó d, czyli wracamy do naszej błotnej rzeki.
Pocieszające było choć to, że płynie tam woda, ponieważ dolinka, którą aktualnie
szliśmy, była niestety sucha jak pieprz.
Padały pomysły, by wejść w tajgę i skierować się na północ, w stronę Kluczi.
Byłem gorącym przeciwnikiem tego typu dywagacji stwierdziłem, że za nic nie wejdę
ponownie w interior.
Śmieszne jest to, że praktycznie w czasie ostatnich kilku godzin naszej wędrówki
przemieszczaliśmy się zygzakiem przez tajgę. Znając swoją pozycję godziliśmy
się na absurdalne propozycje. Chyba argument zdobycia wody działał na nas tak mobilizująco.
Dyskusję na ten temat postanowiliśmy odłożyć na później.
Grubo po północy ułożyliśmy się do snu w korycie suchej rzeki, pomiędzy kamieniami.
Mimo że było ciepło musieliśmy być szczelnie zasunięci w ciepłych śpiworach,
ponieważ wokół nas krążyła chmara komarów. To był jakiś koszmar.
Od gorąca nie można było spać, a jeśli tylko na chwilę rozsunąłem śpiwór,
od razu czułem nakłucia wygłodniałych owadów. Nad ranem z rozkoszą poczułem na nosie
kropelki wody. Zaczął siąpić lekki deszcz. Musieliśmy wkrótce przykryć się tropikiem
od namiotu, i dopiero wówczas można było rozsunąć nieco śpiwory.
Droga do cywilizacji.
Rano z przyjemnością wypiliśmy deszczówkę, która zebrała się w załamaniach
brezentu, później podczas marszu odkryliśmy, że można pić wodę z kałuży które
utworzyły się na głazach zalegających w korycie suchej rzeczki - woda ta miała
smak herbaty.
Wkrótce doszliśmy do naszej błotnej rzeki. Masy wody nie zmieściły się
w korycie i rozlały się szerokim strumieniem po lesie.
Woda szumiała głośno i przelewała się wśród drzew. Miała kolor kawy z mlekiem,
co nie przeszkodziło mi natychmiast ugasić nią pragnienia, bez dłuższego oczekiwania
na opadnięcie cząsteczek piasku. Gdy ujrzałem, że po dwóch minutach na dnie
menażki zalega gruba warstwa osadu, zrobiło mi się nieswojo, ponieważ doszło
do mnie, że właśnie podobna warstwa zalega w moim żołądku, przykrywając zresztą
herbaciany osad wody wyssanej przed godziną z zagłębień kamieni.
Na wszelki wypadek zażyłem tabletkę antybiotyku.
Ugotowaliśmy obiad na wodzie koloru nowego produktu koncernu NESCAFE
(kawa z mlekiem i cukrem) i ruszyliśmy przez bagienko w kierunku północnym.
Jaka była nasza radość, kiedy po kilku minutach, kiedy przedarliśmy się przez
krzaki na brzeg, trafiliśmy na normalną bitą leśną drogę!!!
Prowadziła ona przez tereny wojskowe prosto do Kluczi. Mineliśmy poligon,
gdzie lądowały onegdaj pociski balistyczne wypuszczane z odległych krańców Rosji.
Obecnie teren poligonu porastają wysokie chwasty i karłowate drzewa wśród których
wala się wszelkiego rodzaju żelastwo, rdzewieją wraki ciężarówek, niszczeją
betonowe budowle.
Wioska, ludzie - Cywilizacja.
W końcu doszliśmy do Kluczi, rozległej wsi, zamieszkałej przez 6 tys. osób.
Po wyjściu z poligonu, tuż przed wioską, natrafiliśmy na wojskowy posterunek,
strzegacy drogi. Dziewczyna - żołnierka, która nas skontrolowała, nie miała
wątpliwości, gdy jej powiedzieliśmy skąd przybywamy. Byliśmy na tyle wynędzniali,
że srazu było widno, szto my turisty.
Przy bitych gruntowych drogach sąsiadują ze sobą gospodarstwa mieszkańców.
Są tam niskie parterowe drewniane domy, cieplice - tunele pokryte folią,
w których rosną pomidory, ogórki, papryka.
Od razu skierowaliśmy się do magazinu z produktami. Zajadając lody,
pijąc zimną wodę z małkińskich źródeł (najlepsza woda na Kamczatce),
kombinowaliśmy jak dostać się do kogoś na kwartiru, żeby doprowadzić
się do kultury. Wprawdzie w Kluczi jest gostinica, lecz sklepowe powiedziały nam,
że na skorzystanie z takich dobrodziejstw, jak pralka i ciepła woda,
nie mamy raczej co liczyć.
Siedząc przed sklepem byliśmy dobrze widoczni dla przechodzących ludzi.
Patrząc na nasz, od razu było wiadomo, żeśmy nietutejsi, co budziło naturalną
ciekawość miejscowych.
Nie czekaliśmy długo. Wkrótce pod sklep podjechała granatowa Łada
ze znaczkiem na dachu "Nauka jazdy". Wysiadł z niej szczupły, około czterdziestoletni,
facet i od razu podszedł do nas, żeby porozmawić.
Vasilij, bo tak miał na imię, gdy usłyszał o naszych przygodach, zaprosił
nas do siebie do domu;)
Cóż się działo dalej?
IMPREZA, a po rosyjsku PIANKA pod hasłem:
"Za wstriecziu",
"Za Druzbu narodow",
"Za zdorowie"!
Vasia, nasz gospodarz, był dyrektorem tutejszej szkoły zawodowej oraz
szefem kluczewskiej szkoły jazdy, ojcem dwóch córek, mistrzyń regionu w szachach,
wspaniałym, przyjacielskim człowiekiem. Jeszcze tego wieczoru wylądowaliśmy
w bani - rosyjskiej saunie, gdzie parowaliśmy się w dziewięćdziesięciostopniowym
upale, okładając się brzozowymi witkami, co ponoć miało poprawiać krążenie krwi w skórze.
Na popijanie piwa w przerwach między kolejnymi wejściami do parnego pomieszczenia,
już nie mieliśmy sił...
Niesamowite jak zmieniła się nasza sytuacja w ciagu 20 godzin...
Vasia gościl nas przez 3 dni. Poznaliśmy jego sąsiadów, brata i bratową
(właścicieli miejscowego baru), a nawet dwie przyjaciółki, w których się podkochiwał.
Córka sąsiadki Vasi, Olga, zapytała mnie, czy nie mam nic przeciwko Świadkom Jehowy.
Gdy uslyszała, że nie, przekazała to swojej mamie, która zaprosiła mnie do siebie i...
opowiadała o pracy ich dziesięcioosobowego zboru w Kluczach, o upadku obyczajów,
o rychłym końcu świata, itd...
Zaproponowała mi, abym przesłał pozdrowienie polskim Świadkom Jehowy,
a najlepiej abym jeszcze zabrał dla nich słoik ikry, żeby ich ugościć.
Niestety odnośnie ikry, musiałem grzecznie odmówić, ponieważ czekała
nas jeszcze dwumiesięczna podróż. Pocztówkę z pozdrowieniami jednak wziąłem.
Trzeciego dnia Paweł wyjechał autobusem do Pietropawłowska, skąd miał samolot do Moskwy.
Ja i Damian postanowiliśmy udać się autostopem do Ust-Kamczacka, portu nad Oceanem Spokojnym.
|