|
PODRÓŻ W GÓRY
Wyruszyliśmy 4 lipca 2005r. Najpierw spotkanie w Krakowie - skąd o północy odjeżdżał wycieczkowy autobus do Lwowa biura AKP Czajka z Krakowa. Granica polsko - ukraińska bez problemu, choć na papierkach jako cel podróży wpisaliśmy zamiast tranzyt - turystyczny, co kosztowało nas kilka dolarów na granicy ukraińsko - rosyjskiej. Następnego dnia spacer po Lwowie i po południu pociąg do Rostowa nad Donem, gdzie dotarliśmy późnym wieczorem dnia następnego. Nie mieliśmy biletów na dalszą podróż i dolary zamiast rubli. Pieniądze wymieniliśmy u wojska pilnującego dworca, a w zakupie biletów pomogli mam poznani w pociągu Polacy. Co ciekawe, za te same bilety zapłaciliśmy w kasie inaczej niż oni. 7 lipca rano dotarliśmy do Mineralnych Wód. Tam dalsza wymiana $ tym razem w banku, zakupy. Trzeba nam było dostać się do Nalczika, gdzie załatwia się pozwolenia na poruszanie się w strefie przygranicznej, wszak nas interesował rejon Uszby. Ceny busiarzów jak zwykle mocno zawyżone, pojechaliśmy kolejką - dłużej ale znacznie taniej. Tam późnym popołudniem nici z załatwienia pozwolenia. Powstał problem - zostać do rana i załatwiać, czy jechać już pod Elbrus? Nawinął się nawet busiarz - chciał nas zawieść i obiecał, że tam pozałatwia papiery. Było późno, hotele drogie, nocowanie na dworcu nie wchodziło w grę, więc pojechaliśmy. Pierwszy i ostatni nocleg w cywilizowanych warunkach na tej wyprawie trafił nam się przez niego w bazie noclegowej pod kolejką na Elbrus. Rano mieliśmy ruszać w góry, ale nie udało się od razu. Pani ze schroniska mogła nam załatwić zameldowanie w paszportach, które musieliśmy jej zostawić na tydzień, ale pozwolenia na Uszbę już nie (jednak trzeba w Nalcziku). Trzeba było zamaskować w lesie zbędny bagaż, bo depozyt u pani był za drogi. Poza tym pojawiły się nieplanowane koszty za wejście do Parku Narodowego Elbrus, o czym nigdzie wcześniej nie czytaliśmy. Oczywiście stargowaliśmy i ostatecznie potwierdziło się nasze przeświadczenie o komercji tego rejonu Kaukazu.
DACH EUROPY - ELBRUS 5642 m npm
Wyszliśmy wreszcie w góry. Wybraliśmy pieszą wędrówkę, rezygnując z kolejki na około 3700 m npm. Droga prowadzi wzdłuż wyciągów, a nad głowami kursują wagoniki. Najpierw szeroka nartostrada do pierwszej stacji kolejki, potem wydeptana ścieżka do drugiej. Ale można się zgubić wśród popiołów wulkanicznych i ponieważ część ekipy pobłądziła, nie doszliśmy zbyt wysoko. Nocleg mięliśmy jeszcze przed śniegiem, w połowie drogi między stacjami kolejki. Było pięknie, nie licząc tych kursujących nad głowami wagoników i stacji wyciągu, która przesłaniała pełny obraz Elbrusa: zielono, ciekawa roślinność i widok na Główną Grań Kaukazu. Wypatrzyliśmy Uszbę i słynny lodowiec w kształcie siódemki na Donguzorun. Wieczorem chmury podchodziły z doliny ku szczytom, co wróżyło dobrą pogodę nazajutrz.
Rankiem wyruszyliśmy dalej. Wzdłuż linii wysokiego napięcia droga prowadzi do drugiej stacji kolejki. My przed samą stacją zbłądziliśmy i poszliśmy stromo do góry po śniegu, a potem po jakimś wysypisku śmieci - nie polecamy tej drogi, jest stroma, niebezpieczna i nieprzyjemna. Dalej idzie się szeroką nartostradą, po której ratraki wożą "turystów" do samych skał Pastuchowa ok.4600 m npm, skąd dopiero zaczynają "wspinaczkę". Tupaliśmy mozolnie parę godzin aż do schroniska Prijut ok. 4000m npm, gdzie zwykle rozbija się ostatnią bazę przed atakiem szczytowym. Stoją tam dwa budynki - stare schronisko (małe i zniszczone) i ruiny po nowym kolosie, które spłonęło parę lat temu (wewnątrz ruin można rozbijać namioty). Spotkaliśmy poznanych w pociągu Polaków, powiedzieli, że ma się zepsuć pogoda od pojutrza. Po burzliwych naradach postanowiliśmy, że spróbujemy bez aklimatyzacji iść na szczyt. Zalecane jest jednego dnia dojść do skał Pastuchowa i wrócić, a dopiero następnego uderzać na szczyt. Wstaliśmy koło 1 w nocy, padał śnieg, ale wyszliśmy po 2h.
Przodem Łukasz, Mąka i Przemek, trochę później cała reszta. Tylko Mąka tego dnia zdobył Elbrus, reszta musiała wracać, prawie każdego dopadła choroba wysokościowa (z różnymi objawami i na różnej wysokości).
Następnego dnia kolejny atak (w obozie został Artur i Rafał, którego męczył niedoleczony jeszcze w Polsce kaszel). Do skał Pastuchowa doszliśmy bez problemu - drogę oświetlał nam ratrak wiozący całą wycieczkę Japończyków z aparatami fotograficznymi w rękach. Potem idzie się dalej stromo do góry, zakosami aż do trawersu na przełęcz. Tam można odpocząć przed ostatnimi 200 m w pionie na szczyt. Droga jest przedeptana i wyznaczona przez tyczki, przy dobrej pogodzie nie ma możliwości z niej zboczyć. Jednak w mgle lub zadymie śnieżnej może zrobić się nieciekawie. Wejście na Elbrus to mozolne tupanie pod górę bez żadnych niespodzianek, wystarczą raki i kije (czekan i lina jest zbędna), jedyną przeszkodą jest wysokość (trudniej się oddycha, wolniej idzie). Nie wszyscy z nas z tego powodu dotarli na sam szczyt. W drodze powrotnej im niżej, tym śnieg był coraz bardziej miękki i mokry - idzie się ciężko, bo się zapada. Zepsuła się nam też pogoda.
Rano obudziliśmy się z niespodziankami na twarzach. Nasz krem z filtrem 40 nie wystarczył, żeby ochronić nasze lica przed poparzeniami słonecznymi. Spuchnięte i spalone usta i nosy, pęcherze na twarzach, a wszystko bolało. Założyliśmy osłonki na twarze (np. maska z gazy wyjałowionej - dobry patent) i czym prędzej zeszliśmy do bazy. Noc spędziliśmy przy ognisku i w baraku u robotników pracujących przy wyciągu. Rankiem Gacek i Zebra pojechali do Nalczika załatwić pozwolenia u pograniczników. Wydają je bez problemu, a można to też załatwić wcześniej przez Internet. Kilka kolejnych dni spędziliśmy w lesie na kuracji przed ponownym wyjściem na słońce, przenosząc się do doliny Adylsu.
Nie polecamy Elbrusa tym, którzy wybierając się w góry oczekują izolacji od cywilizacji i ludzi. Sami byliśmy zawiedzeni całą turystyczną infrastrukturą, która rozkwitła w rejonie tej góry. Mieliśmy tylko nadzieję, że rejon Uszby jest bardziej dziki.
DOLINA LODOWCA SZHJELDA
Zaczęła się zatem druga część naszej Wyprawy, najważniejsza dla wszystkich. W słoneczny poniedziałek 18 lipca wyruszyliśmy z obozowiska w lesie. Z naszej mapy w skali 1:50 000 wynikało, że droga do tzw. obozu niemieckiego zajmie nam jeden dzień. Jak zwykle byliśmy w błędzie - zresztą nic dziwnego, bo trekking po morenie lodowca w lecie jest wyjątkowo uciążliwy. Początkowo szliśmy w lesie, potem wśród łąk, aż trafiliśmy na bazę pograniczników. Panowie Ci dokładnie sprawdzają paszporty i pozwolenia, a poza tym trzeba określić, na jak długo wybiera się w góry. Mają obowiązek podjęcia akcji ratunkowej, gdy minie data powrotu ekipy. Pytali się, czy mamy race świetlne (bardzo dobry patent!), które odpalić by można w razie potrzeby ich pomocy. Nie mieliśmy. Oczywiście wyszły małe problemy - nasze pozwolenie dotyczyło nieco innego terenu, co prawda nieodległego, ale nie było nim plateau. Po miłej rozmowie jednak udało nam się dopiąć swego, ale musieliśmy obiecać, że nie pójdziemy na tą złą Uszbę. Nie można zresztą dostać w Rosji pozwolenia na ten szczyt, gdyż znajduje się on już w Gruzji. Każdy tam tak pogranicznikom obiecuje... Dalej rozpoczęła się już morena czołowa lodowca Szhjelda, czyli skały we wszystkich rozmiarach, a między nimi ukryte turkusowe jeziorka. Pięknie, ale szło się powoli, a my zamiast iść przy korycie rzeki lodowcowej po żwirku (dobry patent zastosowany przy powrocie), drałowaliśmy mozolnie kawał obok po kamolach. Minęliśmy majestatyczne czoło lodowca i na szczęście skały zaczynały maleć. Późnym popołudniem spotkaliśmy dwójkę Polaków, schodzących właśnie z plateau. Byli to jedyni ludzie spotkani tego dnia i bardzo podobała nam się ucieczka od tłumów na Elbrusie. Biwak wśród skał i ciszy przerywanej czasem odgłosami małych lawin - nawet jedna taka działa się na naszych oczach.
Kolejnego dnia dotarliśmy do zakrętu lodowca, gdzie wreszcie ukazał się groźnie wyglądający odcinek prowadzący na plateau. Dalej do obozu niemieckiego. Obóz ten stanowią platformy pod namioty sprytnie usytuowane na skałach ponad lodowcem.
LODOWIEC LEGENDA
 Część ekipy (Mączi, Pasierb i Przemek) już następnego dnia udali się na plateau, reszta (Gacek, Rafi, Lis i Zebra) wyszła dopiero kolejnego. To był bardzo ciekawy dzień dla każdego - droga na Uszbinskoje Plato jest przecież legendarna. Do pokonania około 800 m w pionie. Idzie się dosyć stromo, przekraczając głębokie błękitno - białe szczeliny, których dna często nie widać. Ich widok zapiera dech, są fantastyczne. Związani liną, czasem jednak trzeba się zatrzymać na poważniejszą asekurację. Nareszcie porządny lodowiec! Jest on niezwykle ruchliwym tworem - już po kilku dniach układ szczelin się zmienia. Jest też pełen niespodzianek - szczególnie na końcu. Trzeba tam było przejść dość wąskim i długim mostkiem lodowym w miejscu, gdzie lodowiec przełamuje się z plateau. Wspaniałe wrażenia. Oczywiście polecamy wyjście co najwyżej o 6 rano, by ominąć rozszerzanie się szczelin pod wpływem ciepła słońca.
Spotkaliśmy się wszyscy na plateau, które wcale nie jest płaskie, a na środku ma wielką szczelinę w dziwnym kształcie. Tego dnia Mączi i Pasierb zdobyli Uszbę (4700 m npm), mieli piękną pogodę i wspaniałe widoki. Wyruszyli o 5 rano, około 12 byli na szczycie, a wrócili o 17, reszta rozbijała namioty. Byliśmy z nich bardzo dumni. Rozmowy długie, bo reszta chłopaków oczywiście też była napalona na ta górę. I pierwsza noc na plateau - ok.4000 m npm.
USZBINSKOJE PLATO
Kolejnego słonecznego dnia Pasierb, Mączi i Przemek udali na Szczyt Szurowskiego (4277 m npm), który okazał się bardzo przyjemną górą i nie taką trudną, na jaką wygląda z dołu. Za to widoki z niej są wspaniałe na cały Kaukaz i przede wszystkim na Uszbę. Rafał, Zebra i Lis udali się na rekonesans za tzw. Poduszkę - pod ścianę Uszby. Dla dziewczyn było to niestety najbliższe spotkanie z tą górą. Chłopaki zaplanowali atak na następny dzień - 23 lipca. Wieczorem zmartwił nas brak chmur zalegających gęsto w dolinach - przeczuwaliśmy zmianę pogody. Nie zniechęciło to jednak dzielnych towarzyszy i pomimo chmur nad ranem, Gacek, Rafał i Przemek wyruszyli o 5. Ustalili, że jeśli warunki się pogorszą, wrócą do obozowiska. Na plateau pogoda była bardzo zmienna - raz świeciło słońce, raz tylko chmury. Na górze pewnie podobnie. Wszystko zajmowało więcej czasu, szli bowiem w trójkę. Chmury co jakiś czas ustępowały i wtedy ukazywał im się świat. Na początku musieli pokonać 100 - metrową ściankę lodową, potem średnio trudne skały i dalej 300 - metrową ściankę lodu pokrytego śniegiem. Nachylenie było spore. Potem już "tylko" poszarpana grań, którą czasem przebijali butem. Już około 13 byli na szczycie, którego nawet przeszli z powodu chwilowo słabej widoczności.
Zdecydowanie dłużej zajęło zejście w pełnym juz zachmurzeniu. Wybiła godzina 20, a ich nadal nie było. Dziewczyny nieprzytomne prawie ze zmartwienia wysłały nie mniej dzielną ekipę ostatnich chłopców na ratunek. Wyszli o 23 i około 1:30 wrócili już w piątkę. Zamartwianie okazało się zbyteczne, bo wedle przewidywań "ratowników" chłopaki po prostu ostrożnie schodzili i nie potrzebowali pomocy. Wszyscy byliśmy bardzo szczęśliwi, choć umordowani niezwykle.
Nazajutrz odpoczynek zdobywców, a Mączi i Pasierb postanowili schodzić z gór i jechać na Krym.
Kolejnego dnia Rafał, Gacek, Zebra i Lis poszli na Szczyt Szurowskiego (4277 m npm). Jest to faktycznie przyjemna góra, gdzie spacer po sporych nawisach dostarcza niezapomnianych wrażeń i są nawet elementy wspinaczki! Ze szczytu zobaczyliśmy piękną Uszbę i pół Kaukazu, zajrzeliśmy do Gruzji. Grozą natomiast był dla nas widok namiotów - okazało się bowiem, że rozbiliśmy je dokładnie na przedłużeniu tej centralnej szczeliny na plateau. Podczas zejścia złapało nas wielkie gradobicie i wyszliśmy przy namiotach z nieco innej strony. Nie udało się nam zejść z gór tego dnia, zaczęła się bowiem wielka "dupówa". Namioty zasypane, rano długo się nie dało wyjść. Ale wreszcie wyruszyliśmy, oczywiście nieco się nam lodowiec pozmieniał. Wieczorem byliśmy w obozie niemieckim, a kolejnego dnia w starym obozie w lesie.
KRYM
Po odpoczynku w lesie nastał smutny dzień opuszczenia Kaukazu - 29 lipca. Tego dnia jechaliśmy wiele razy - najpierw autobusem do Nalczika, potem taksówką do Mineralnych Wód i pociągiem do Rostowa nad Donem.
Stamtąd autobusem do Symferopola. I tak niedzielnym rankiem obudziliśmy się już na Ukrainie, w stolicy Krymu. Od razu kupiliśmy najtańsze bilety powrotne do Lwowa. Autobusy są na Krymie bardzo tanie, busiarzom zwykle się sporo przepłaca. Byliśmy na Krymie 5 dni i 4 noce. Namioty rozbiliśmy na dzikiej plaży między Sudakiem a Nowym Światem, 10 m od Morza Czarnego, z dala od ludzi. Dni były upalne, a noce nie lepsze. Zwiedziliśmy twierdzę Sudak, wybraliśmy się po wino do Nowego Świata. Mieliśmy własną skałę w wodzie do wspinania, pływaliśmy i dryfowaliśmy na zwiniętych karimatach do innych plaż. Było sielsko, ale za gorąco niestety.
Potem już tylko pociągi przez dwie doby i znaleźliśmy się w Polsce.
Miesiąc przygód na ziemi rosyjsko - ukraińskiej, wśród popiołu wulkanicznego Elbrusa, lodów Uszbińskiego Plateau i krymskich krabów, w temperaturach powietrza od -30 do +40°C, minął nam za szybko.
|