|
Relacja I: Marek z Gryfina Kuśtyka i dalej na rowerze nie pomyka.
BOB.
Stoję sobie na drodze, obok leży plecak, slucham radyjka. Zatrzymuje sie Bob, 63 letni, starą Toyotą kempingową. Bob kocha ten samochód. Jak zwykle co kilka miesięcy, jedzie nad Misisipi spotkać się z bratem. Jedziemy autostradą gadamy swobodnie, zrywa się pasek, po godzinie naprawione. Tuż przed zachodem słońca pijemy herbatę w jego aucie a poźniej Bob relaksuje się fajeczką magicznego zioła :). Jedziemy dalej, Bob trasę zna na pamięć. Nagle zrywa się i szuka czegoś nerwowo w torbie, myślę że szuka tabletek więc mu pomagam z całych sił bo wygląda jakby miał wykorkować, jeśli ich nie zje na czas. Uff po minucie wyciaga mapę (bo to o nią chodziło) i stwierdza że źle jedziemy. "To nic przynajmiej zobaczyliśmy ładną okolicę" - mówi. Wieczorem docieramy nad wielką Misisipi. Bob z bratem nie widzieli się od kilku miesięcy, pierwsze co robią to pompują fajkę wodną, relaksują się. Nocuję z nimi w przyczepie... Obok sunie Misisipi.
DAN.
Stoję sobie na stacji benzynowej w małej mieścinie z jednym skrzyżowaniem, a właściwie siedzę na plecaku. Przez dwie godziny mimo że zimno i wieje, słońce spaliło mi usta. Podjeżdża Dan... "Gdzie jedziesz?" - "Na Alaskę". Dan uśmiecha się "Zabiorę cię do autostrady ale skoczmy najpierw coś zjeść". Ok.
Dwie godziny poźniej jesteśmy przy autostradzie. Dan wjeżdża na nią i wali reką w kierownicę "Fuck, fuck". Nie wiem, co się dzieje... Dan jest nauczycielem matematyki, ma 27 lat mieszka z mamą która dzwoni do niego na komórkę co godzina. Dan mówi, że potrzebuje czegoś nowego i zabierze mnie do Chicago - bagatela 1000 km. Tak poprostu. No i pojechaliśmy.
Po 12 godzinach Chicago u mojej kolezanki z Gryfina Ewki. Dan ucina sobie 2godzinna drzemke i wraca spowrotem. Podrzucil mnie tysiac kilometrow - teraz szybko musi jechac spowrotem bo mama chce go wiedziec na obiedzie w domu a nic nieiwe o jego wypadzie...
Znów stoję na drodze. Zatrzymuje się trzech wielkich Meksykanów. Trochę zmieszany ładuję się do Pontiaca z mym wielkim plecakiem. Jedziemy 3 km i rozwala się sprzęgło - tym razem nie miałem szczęscia i ponownie zaczynam łapać stopa. Ale... za godzinkę zatrzymuje się zakonnica :) (dość duża zakonnica). Jadę z nią góra 10 min, na pożegnanie wyciąga wielką grubą kopertę i daje mi 100$ mówiąc: "Idź coś zjeść".
|
No dobrze, a teraz o mojej podróży.
Gryfino, Szczecin, Warszawa - zleciało, lotnisko, pakowanie, Londyn, i przybywam do Nowego Jorku o 9 wieczorem. Ładuję wszystko na bestię i ruszam. Najpierw 40 km przez Brooklin nocą. Wszystko jak na filmach, wszędzie ciemnoskórzy, kolejka na stalowym moście tuż przy oknach domostw. Walczę ze snem. O drugiej w nocy Manhattan Bridge. Na przeciw Statuy Wolności wyciągam spiwór puchowy i kimam do rana. Później Manhattan, drapacze chmur, żółte taksówki, wszędzie światła i ogromny ruch. Po południu opuszczam Manhattan przez wielki most Waszyngtona. Pierwsze spotkanie z policją... Później drugie... Jakoś udało się zostawić te cholerne autostrady i wydostać na przedmieścia... Nocuję nad małą rzeczką za osiedlem. Noce zimne, woda zamarza, ale mam ciepły śpiwór. Rozrywa mi się mój stary namiot (sprdziłem w nim już niemal pół roku).
Kolejny dzień, z rana zimno, później ciepło, górki, małe miejscowości, jeszcze wszędzie leży dużo śniegu. Wszędzie samochody, nie ma żadnych dróg do lasu ani do nikąd, ciężko znaleźć miejsce, gdzie można się spokojnie zatrzymać. Tak samo jest z noclegiem, ciężko znaleźć miejsce, gdzie spokojnie można rozbić namiot. Teren górzysty, dokucza mi kolano, nie mogę jechać na stojąco, pod duże górki muszę prowadzić rower. Nocuję na polu, w nocy decyduję się zostawić rower i kontynuować podróż autostopem. Wiem, że niektórzy mogą być zawiedzeni, ale stwierdzam, że to nie jest kontynent na rower. To jak jazda po Niemczech bez ścieżek rowerowych, gdzie jeździ 3 razy wiecej aut. Dodatkowo na całą podróż (pół roku), mam tyle pieniędzy, ile kelnerka w barze zarabia w miesiąc. Trzecia rzecz to kolano, w którym czuję szpilkę, kiedy próbuję mocniej nacisnąć pod górkę. Więc zdecydowałem się zostawić rower... Przepraszam wszystkich, ale nie mam zamiaru sie męczyć na rowerze... Jazda musi być przyjemna, jeśli nie jest, to staje się męczące. Wiec zostawiłem rower przyczepkę i połowę sprzętu u pewnego księdza nad jego garażem i ruszyłem. Najpierw Dan zabrał mie do Chicago, gdzie 2 dni spędziłem u koleżanki Ewki, później trafilem nad Misisipi, dzisiaj rano 50 letnia Kim, słuchajac na maksa Linkin Park i testując nowe auto zabrała mnie do biblioteki, w której teraz siedzę...
Tak więc niestety a może stety kontynuuję moją podróż autostopem, wiem że rowerowy światek nie będzie zachwycony, ale tylko krowa nie zmienia poglądów a ja po prostu dostosowałem się do realiów... Można powiedzieć że wymiękłem jak kto chce he he, szczerze mowiąc nie zależy mi na opinii. W każdym badź razie cel wyprawy jest niezmieniony, podążam w kierunku Alaski, Mt. McKinley czeka tam na mnie cierpliwie. Pozdrawiam wszystkich serdecznie. Marek z Gryfina.
|
|
|
Relacja II: Na geograficznym środku kontynentu.
Zajechałem już nad Missouri. Okazuje się ze stany na zachód od Misisipi to zupełnie inny świat, a w szczególności tyczy się to północkej Dakoty i Montany (stanu w którym właśnie jestem). Są to jedne z najmniej zasiedlonych terenów. Nie jeździ tu tyle aut, jak w poprzednio odwiedzanycych przeze mnie staanch, a miasteczka dzieli dystans czasami kilkudziesięciu mil. Przedwczoraj widziałem bizony, wczoraj wielkiego orła siedzącego na słupku przy drodze. Osobowe auta mają blokadę prędkości aby nie trzymać nogi na gazie cały czas gdy mknie się prostą jak strzała drogą. Na niewielkich skrzyżowaniach małych miasteczek kłębią się śmieci zawiewane przez wiatr, który tu wieje zawsze...
KIM.
Wielka ciężarówka jak ta z filmów, jadę z nią z 3 godziny - ale nie jesteśmy sami - po kabinie biega mały jamnik i wskakuje co chwila na kierownicę. Kim od 27 lat jest kierowcą ciężarówki, ma stare tatuaże na rękach i klnie jak szewc przez radio... Kiedy następnego dnia siedzę przy drodze, 100 mil dalej od miejsca gdzie pożegnałem się wczoraj z Kim, słyszę klakson potężnej ciężarówki. To Kim - co za niespodzianka! Jadę z nią do końca stanu.
JESSY.
Jak się później okazało, jestem jej pierwszym autostopowiczem, wzięła mnie z walącym sercem a ubezpieczała ją koleżanka w drogim aucie. Jessy jest czilliderka (nie wiem jak to się pisze). Jadę z nią przez niemal całą północną Dakotę. Tej nocy zosteję po ciemku w parku T.Roosvelta. Zimna noc, w namiocie poniżej zera, mój śpiwór zapewnia komfort do minimalnej temp +6. Ale za to rano okazało się, że miejscem mojego noclegu jest punkt widokowy na kanion. Cudowny poranek.
JIM.
Siadam zrezygnowany na granicy Dakoty i Montany, nic nie jedzie, choć to główna droga. W dodatku nie mogę stać na autostradzie tylko na dojeździe do niej. Siadam na plecaku i myślę że spedzę tak z następne 4 godziny. Nagle zaskoczony oglądam się za siebie i widzę Jima (cofnął na autostadzie aby mnie zabrać). Jim to prawdziwy cowboy, ma kowbojski pas, buty, kapelusz i słucha contry he he. Montana jest przepiękna, małe miasteczka co kilkadziesiąt mil. Drogi zupełnie puste że kiedy mijają się dwa auta to kierowcy się pozdrawiają...
Zatrzymujemy się na poboczu, Jim chce mi wszystko pokazać, wyciąga wielką spluwę kaliber 45 i idziemy postrzelać do puszki. Skłamałem, że nigdy nie strzelałem aby mu sprawić większą radość. Ale ten pistolet ma kopa, a w uszach brzęczy mi przez następną godzinę!
Okazuje sie ze Jim ma urodziny i zarasza mnie na kolację do jego przyjaciela pastora, jest jak na filmie... Później Jim dalej chce mi pokazać Montanę i idziemy do kowbojskiego pubu. Whiski z wodą he he. A później na kowbojską imprezę he he. Jim się trochę upija i szuka jakiejś bójki ale nikt z nim nie chce zadzierać. Po godzinie połowa ludzi wie że jestem z Polski. Wielu nie wie, gdzie to jest heh. Teraz jest niedzielny poranek, idziemy do kościoła (mszę prowadzi pastor z którym jedliśmy wczoraj kolację) a później Jim zabierze mnie jeszcze 50 mil na zachód...
Tak więc podążam w dość dobrym tempie, od dzisiaj może nie być ode mnie wieści przez jakiś czas...
Wesołych świąt! Marek.
Relacja III - Alaska.
Na pożegnanie Jimme kupił mi gaz pieprzowy jako środek ochrony przed budzącymi się niedźwiedziami. Tak zakończyła się moja przygoda z Montaną. Szybko przmknąłem przez krótki odcinek górzystego Idaho i znalzałem się w stanie Waszyngton. Czasem słońce, czasem deszcz a na przełęczach śnieg. Tak dotarłem do Seatlle. W mieście nie jest tak źle, jak we wschodnich metropoliach. Po centrum można się swobodnie poruszać piechotą, a autobusy są za friko. No i wody Pacyfiku, od razu cieplej, można w koszulce śmigać. Przenocowałem spokojnie w parku nad wodą, a następnego dnia z trudem wydostałem się z miasta.
Dwa dni poźniej wkraczałem już do Kanady. I znów trzeba było ściemniać panią oficer co ja tu robię na piechotę...
W Kanadzie znikają autostrady, pojawiają się góry i wielkie lasy. I znów coraz zimniej. Czasem jest tak zimno i wieje, że chowam się ubrany we wszystko, co mam, za plecak i czekam na auto jakieś. Miejscowi uczą mnie zachowania przy spotkaniu z niedźwiedziem, więc jestem juz dobrze doedukowany (mam nadzieję...).
Północna cześć Britih Columbia - czasem słońce czasem śnieg. Wreszcie docieram do Dawson Creak, gdzie rozpoczyna się słynna "Alaska Highway" (ogromnym wysiłkiem i kosztem wybudowana droga w 1942 roku, łącząca Alaskę ze światem).
Auta jeżdżą coraz rzadziej. Każdy, kto mnie podwozi, pracuje w przemyśle wydobywczym. Docieram do Fortu Nelson. Do najbliższej większej miejscowości jest około 900 km. (Whitehorse). Czekam za miastem na jakieś auto. Stojąc na drodze, dowiaduję się z mojego radyjka o śmierci papieża. Układam krzyżyk z kamieni i obok niego spędzam nastepnych 6 godzin. Nie jeździ nic prócz miejscowych... Nocuję nieopodal na śniegu i następnego dnia, od wschodu słońca, ruszam przed siebie środkiem Alaska Higway... Po dwóch godzinach zjawia się wielki pickup ciagnący snopowiązałkę. W dodatku nie ma miejsca z przodu więc jadę na przyczepie. Zastanawiam się, ile czasu wytrzymam, zanim zamarznę. Po 20 min. otwiera się okienko. "Dokad jedziesz?". "Na Alaskę" - odpowiadam. "To bedę musiał ci zrobić miejsce".
Tak z Denisem spędziłem w drodze następne 2 dni. Od świtu do nocy jechaliśmy przepiekną drogą. Jazda wśród ośnieżonych gór i lasów, wzdłuż zamarzniętych jezior. Widzialem łosia, karibu (u nas renifer), stado bizonów i pięknego orła. Za piękne widoki płacę w nocy temperaturą -13 stopni (śpię w namiocie bo w aucie nie ma miejsca). Była to chyba moja najzimniejsza noc w tym śpiworze, ale jak to mówią "na Alasce musisz trzymać piwo w lodówce żeby nie zamarzło".
Wreszcie wieczorem docieramy do domu Denisa i od razu musimy sie spocić przy odgarnianiu śniegu, coby gdzieś zaparkować auto. Jednak później cudowana nagroda za trudy podróży - przepiękna zorza polarna! Latam jak dziki z aparatem i nie mogę się nadziwić!
Denis mieszka 11 mil od małej miejscowosci Talkeetna. Nie ma prądu. Na środku jego zagraconej chaty stoi piec opalany drzewem, wodę ma z topionego śniegu, do tego wszystkiego 6 koni (w tym jeden młody który chce mnie zjeść). Następnego dnia odwiedzam z Denisem Anchorage (największe miasto na Alasce - mieszka tu połowa ludności całej Alaski). Nic ciekawego oprócz sklepów z najlepszym sprzętem wspinaczkowym.
Teraz jestem w miejscowości Talkeetna. Odwiedziłem już siedzibę straży Parku Denali. Jest to miejsce, które odwiedzają wszyscy, pragnący wejść na górę. W miasteczku panuje wspaniały klimat, mieszka tu około 800 osób i wszyscy są ożywieni, ponieważ nadchodzi wiosna. Jest już całkiem ciepło i szybko topnieją ogromne ilości śniegu, który nagromadził się w ciągu zimy.
Przedwczoraj poznałem Joka, podwiózł mnie 10 mil. Jok jest pilotem małych awionetek których tutaj jest pełno (niemaz powodu braku dróg drog samolot to jedyny dogodny środek transportu - mozesz lecieć godzinę albo iść 3 dni).
Wczoraj Jok zabrał mnie awionetką w odwiedziny do swojego przyjaciela, który mieszka niczym pustelnik w malej chcatce z dala od cywilizacji. Po drodze szukaliśmy z powietrza zielonej torby, którą awaryjnie zrzuciła poprzednia awionetka (po to właśnie Jok zabrał mnie, gdyż sam nie rozróżnia kolorów - niestety torby nie udało się znaleźć). Samolot, którym lecieliśmy, miał 30 lat :), o czym dowiedziałem się po wylądowaniu. Wówczas również zrozumiałem, po co Jokowi rakiety śnieżne w samolocie.
Teraz o miasteczku. Nie oglądałem namiętnie "Przystanku Alaska" ale to właśnie miasteczko w tym stylu. Ludzie się pozdrawiają na każdym spotkaniu. Jest lokalne radio (gdzie może poleci polska muzyka), biblioteka, bar, sklep, 3 ulice. Ludzie używają skuterów, którymi jeżdżą zarówno po śniegu jak i po asfalcie (jest jeden koleś który jeździ skuterem z przymocowanym wielkim półtorametrowym mieczem). No i co najciekawsze - nie ma tu policji, niektórzy ludzie nie widzieli policjantów od roku. Podoba mi się tu...
Najwyższą górę Ameryki widać stąd z wielu miejsc, prezentuje się wspaniale, zwłaszcza o wschodzie słońca. Noce są coraz cieplejsze. Muszę dogadac sie z kolegą z Polski, żeby przysłał mi mój sprzęt, a do tego poczekać aż otworzą drogę która obcnie jest w trakcie odśnieżania z miejscami 2,5 metrowej warstwy śniegu.
Pozdrawiam wszystkich serdecznie z drugiej strony Ziemi. Zastanawiam się w którą stronę jest najbliżej do domu? Na wschód, czy na zachód? Nie, najbliżej zdecydowanie jest na północ...
Marek.
|