|
DZIEŃ 21 (Chiny) Wuhan
Pamiętając numery miejsc w wagonie liczę, iż uda się nam dostać do pociągu bez nich, chociaż sprytni złodzieje mogą je komuś odsprzedać. Koło 14.00 przychodzi policja i zabiera mnie na komisariat. Siedzę tam z pół godziny i czekam na tego policjanta mówiącego po angielsku. Gdy przychodzi okazuje się ku mojej radości, że odzyskali bilety. W/g ich informacji ktoś próbował odsprzedać je i tak go złapali. O pieniądzach, ani o innych skradzionych przedmiotach nie wspominali. My jednak jesteśmy bardzo szczęśliwi, że chociaż bilety udało się odzyskać, bo kto wie, czy nie musielibyśmy kupować nowych. O 19.00 policja przychodzi po nas do hotelu i odprowadza nas z bagażami na dworzec do poczekalni dla matek z dziećmi i o 19.57 opuszczamy Wuhan. Pechowa przygoda jaka nas tu spotka jest pierwszą jaką miałem do tej pory podczas wyjazdów. Mam nadzieję, że więcej się nie powtórzy.
DZIEŃ 22 (Chiny) Wuhan - Kunming
Podróż do Kunming trwa, w nocy jeden z Chińczyków strasznie chrapie. Rzucam w niego żelkami, ale za bardzo nie pomaga, wreszcie jak dostaje zakrętką to przestaje na chwilę, co pozwala mi zasnąć. Chociaż jesteśmy już kilka dni w Chinach, nie możemy dalej się przyzwyczaić do syfu jaki zostawiają ludzie po sobie. Siedząc w przedziale plują, śmiecą, nerwy nas ponoszą trochę, ale nic nie możemy zrobić.
DZIEŃ 23 (Chiny) Kunming
O 12.00 dojeżdżamy do Kunming. Ponad godzinę szukam jakiegoś hotelu, nawet raz trafiam do domu publicznego i dopiero czerwone kotary i rozebrane panie uzmysławiają mi gdzie jestem. Wychodząc z niego wpadam na ulicy na spotkanych w Chengdu Polaków Ale i Filipa z Rudy Śląskiej. Pokazują nam przyzwoity hotel, w którym się zatrzymali za jedyne 20Y za osobę w czteroosobowym dormitorium. Pragniemy uczcić te spotkanie chińska wódką w butelkach jak po rozpuszczalniku za jedyne 7,5Y za 0,5 litra 56% no i jest nieźle. Przyłącza się pod koniec do nas jeden Niemiec, a potem idziemy się przejść na miasto, ale że jest 2.00 w nocy to wszystko pozamykane. Wszyscy się za nami oglądają, bo śpiewamy różne piosenki raz polskie, raz niemiecki. Co dla niektórych spożywanie tych trunków nie służy??!!!
DZIEŃ 24 (Chiny) Kunming - Lingong
Oj ciężko się nam wstaje! Na szczęście mamy autobus dopiero o 16.00, więc powoli dochodzimy do siebie. Wyjeżdżamy z dwu godzinnym opóźnieniem. Autobus sypialny. Aby nie umrzeć z nudów gram w karty w "Wuja" z Filipem, ale ciągle minimalnie co prawda, ale przegrywam. W autobusie mało miejsca, na łóżkach ciasno. Strasznie trzęsie i na zakrętach zsuwam się w kierunku przejścia.
DZIEŃ 25 (Chiny) Lingong
W czasie dzisiejszego dnia podróży mamy jeden dłuższy postój, który nie wiem jak długo by trwał gdyby nie Filipa i moja interwencja. Mianowicie zdarzył się nieprzyjemny wypadek, pod jedną z ciężarówek wpadł i zginął rowerzysta. Ponieważ droga jest wąską, chociaż na upartego jednym pasem ruch można puścić, to w dwie strony utworzył się wielki korek. Nie ma jeszcze policji, chociaż my już czekamy ponad godzinę. Korek z naszej strony nie jest jednak tak wielki i po krzykach i drobnych przepychankach udało się nam jakoś doprowadzić do przejazdu naszego autobusu, ale o mało nie dochodzi do rękoczynów. To nie koniec jednak przygód w dniu dzisiejszym.
Po 25 godzinach jazdy o 19.00 docieramy do Lingong. Hotel bardzo przyzwoity i tylko 40Y. Po prysznicu w hotelu idziemy w czwórkę do ulicznej restauracji. Zamawiamy z Anią pierogi z mięsem, Ala i Filip jakieś danie mięsno-warzywne. Zawsze przed składaniem zamówienia pytamy się ile kosztuje jaka potrawa i uzgadniamy ceny. Tak też było i tym razem, nawet pokazaliśmy im pieniądze w odliczonej sumie na jaką się zgodzili. Prawda okazała się jednak inna.
Gdy już z Anią zjedliśmy nasze pyszne pierożki, Filip z Alą jeszcze czekali na swoje danie, zapłaciłem za nasze zamówienie, a tu nasi śląscy towarzysze podróży cztery wielkie talerze jedzenia, a suma jaką uzgodnili jest trzykrotnie wyższa! Chociaż głód niektórym doskwiera rezygnujemy wiec z zamówienia i idziemy, co okazuje się nie łatwe, ponieważ właściciel trzyma mnie za rękę i ciągnę go za sobą jak na łyżwach.
Trochę jesteśmy zdziwieni dlaczego mnie sobie wybrał, chociaż ja uregulowałem należność, ale pewnie dlatego, iż wcześniej ja płaciłem i myśli, że to ja trzymam kasę. Zbiera się tłum gapiów, jesteśmy już trochę wkurzeni ta sytuacją. Zatrzymujemy więc jadącego motorem policjanta, ten wzywa innego, który zna j. angielski.
Dogadanie się na ulicy nie jest możliwe. Idziemy do pobliskiego komisariatu i tam tłumaczymy kilkakrotnie co jedliśmy i ile. Okazuje się, że potrzebna jest wizja lokalna wracamy więc do "restauracji". Pokazujemy co jedliśmy. Tłum gapiów ma niezły ubaw i śmieje się co chwila, gdy my lub właściciele coś tłumaczą, a gdy podają ceny potraw wręcz ryczą ze śmiechu. Wracamy z powrotem na komisariat. Jest już późno, prawie już śpimy, a tu znowu tłumaczymy po raz kolejny co i jak. Wreszcie Ania wkurzona podejmuje męska decyzję, że wychodzimy i nie będziemy tu dłużej bez powodu z nimi siedzieć.
DZIEŃ 26 (Chiny) Lingong - Mengla
Wstajemy o 8.00. Idziemy na pyszne śniadanko, a potem na zakupy. Kupuję sobie dużego tygrysa z drewna za 50Y. Potem o 11.00 wyjeżdżamy do Mengli. Jesteśmy tam po 5 godzinach jazdy. Jutro opuszczamy Chiny i witamy się z Laosem.
DZIEŃ 27 (Chiny)/(Laos) Mengla - Mohan - Botan - Muan Xai (Udomxai)
Żegnamy się z Chinami. Po przekroczeniu chińskiego szlabanu wsiadamy do półciężarówki i jedziemy przez wertepy, po już nie asfaltowej drodze w strefie między granicznej do laotańskiego budynku granicznego. Wbijają nam pieczątki, wymieniamy pozostałą nam walutę chińską na walutę laotańską - Kipy (1$ - 8000 Kipów) oraz dolary. Dostajemy kupę banknotów. Upychamy je gdzie się tylko da i po późnym śniadaniu wyjeżdżamy do Muan Xai.
Dojeżdżamy tam przed 15.00. Hotel tylko 15000K. Jest tutaj również mnóstwo hoteli prowadzonych dla i przez Chińczyków, a w nich ceny po około 50.000 tysięcy kipów za pokój dwuosobowy. Przynajmniej jak na razie w strefie przygranicznej ceny produktów i jedzenia wyższe w porównaniu z Chinami. Raczymy się miejscowymi słodyczami, ale nie są w/g mnie dobre i pijemy laotańskie piwo.
Wieczorem gawędzimy na temat dalszych naszych planów podróży.
DZIEŃ 28 (Laos) Muan Xai (Udomxai) - Luang Prabang
O 9.00 ciężarówką przerobiona na autobus na niewygodnych ławkach, obijając się o metalowe pręty jesteśmy w drodze do Luang Prabang 6 godzin. A tam mnóstwo białych turystów, wręcz zatrzęsienie. Hotel 15000K. Włóczymy się we czwórkę po mieście, proponują nam zakup "trawy". Czuje się klimacik specyficzny tego miejsca!
DZIEŃ 29 (Laos) Luang Prabang
Od samego rana leje deszcz. My jednak się tym nie zrażamy. Jesteśmy w mieście świątyń więc czas ruszyć na zwiedzanie. Chodzimy oglądamy świątynie, są bardzo ładne. Jest ich zresztą bardzo dużo i są naprawdę różne. Spotykamy kilkuosobową grupę Polaków z Warszawy.
Po południu, gdy jesteśmy już znudzeni oglądaniem wynajmujemy sobie samochód za 10$ na 4 osoby i jedziemy do wodospadów niedaleko Luang Prabang. Wstęp 1$. Wodospady interesujące, kilkoro turystów nawet w nich się kapie, ale ja jakoś nie mam odwagi. Cały czas pada deszcz. Jest nastrojowo. Po powrocie zjadamy wczesną kolację. Dziadek na ulicy namawia nas do zakupu jakiegoś ziela do palenia. Za pół kilogramową torebkę życzy sobie 12000K. Kupiliśmy chyba jednak jakąś herbatę, bo po wypaleniu 15 skręconych papierosków tylko głowy nas bolą szczególnie, iż nie mamy wprawy w paleniu.
DZIEŃ 30 (Laos) Luang Prabang
Rankiem podziwiamy świątynie, które nam jeszcze zostały do obejrzenia. Spotykamy dwójkę Polaków z wczoraj napotkanej grupy i w sześć osób wynajmujemy łódkę (90 000K) i płyniemy do jaskini i alkoholowej wioski, w której mieszkańcy wyrabiają wina (tzw. w Polsce siarki, jabole). Nie omieszkaliśmy z Filipem kupić bo butelce tego trunku i chociaż jest nieszczególny to uśmiechy się na naszych twarzach pojawiły. Jaskinia jest przereklamowana i nic ciekawego w niej nie ma. Wejście jest zastawione licznymi glinianymi figurkami Buddy, ale w/g mnie nie warto tam jechać. W dobrych nastrojach z powodu serwowanego na statku winka wracamy do Luang Prabang.
|