|
Podróż do Norwegii zaplanowaliśmy na około jeden miesiąc - na dłuższy pobyt w tym kraju nie było nas stać. Bochenek chleba kosztował około 20 zł.
Wykupiliśmy bilety autobusowe do Oslo u krajowego przewoźnika i w połowie lipca wyruszyliśmy. Z Warszawy do Świnoujścia, stamtąd promem do Ystad i do Oslo (nie mieliśmy zapłaconej kajuty, więc noc spędziliśmy na pokładzie w śpiworze - troszkę zamókł, jak to na morzu). Na odprawie paszportowej w Ystad przeżyliśmy chwile grozy, spośród trzech autobusów pełnych ludzi byliśmy jedynymi, którzy nie mieli zaproszenia do któregoś z krajów skandynawskich wystawionego przez mieszkańca, nie mieliśmy również wystarczającej kwoty na każdy dzień pobytu żeby swobodnie wjechać. Celnik zabrał nasze paszporty i zniknął na 1,5 godziny, kiedy wrócił dwie osoby zostały cofnięte z powrotem do kraju, ale nie byliśmy to my.
Do Oslo dotarliśmy wieczorem, ale z rozbiciem namiotu nawet w stolicy nie ma problemu, ponieważ norweskie prawo zezwala na biwakowanie wszędzie, byleby w odległości 150 m od posesji prywatnych. Udaliśmy się więc metrem (linia nr 1) nad jeziorko Sognsvann, tam kolejna niespodzianka, zapomnieliśmy, że jesteśmy na innej szerokości geograficznej i że tu ciemno robi się znacznie później, nici z zaplanowanej kąpieli przynajmniej do północy.
Kolejnym etapem podróży było dostanie się do parku narodowego Jotunheimen (dzikiego serca Norwegii). Niezawodnymi Norweskimi "pekaesami" dotarliśmy jednego dnia do Fgernes, a drugiego do Gjendesheim - ostatniego tchnienia cywilizacji przed przekroczeniem granic parku.
Plecaki ciążyły nam na plecach pełne sprzętu i jedzenia, kiedy podchodziliśmy na przepiękną grań Bessengen (ponad 500 metrowe urwiska schodzą po obu stronach grani do lśniących jezior), ciągnącą się nad jeziorem Gjende. Już wtedy zachwycił nas kolor wody, turkusowy, przejrzysty. W parku spędziliśmy ponad dwa tygodnie. Poruszaliśmy się po wyznaczonych szlakach (wyznaczonych przy pomocy małych kopczyków skalnych). Zdobyliśmy Surtningssua (2368m npm) oraz Galdhopiggen (2469m npm) - najwyższy szczyt Skandynawii, oraz wiele innych wyrastających na szlakach, którymi się poruszaliśmy.
Zachwyceni rzeźbą terenu, krajobrazami (niebiesko - białe lodowce spływające ze szczytów gór, zielone dolinki, turkusowa woda, czerwono - żółte porosty, rumowiska skalne, a nad tym wszystkim górujące surowe, zniszczone długimi zimami granie i szczyty), przestrzenią i brakiem zaludnienia (13 osób na km2), architekturą (dachy domów często porasta trawa), po uprzednim zwiedzeniu stolicy Norwegii - Oslo (wstęp do Galerii Narodowej jest darmowy) wróciliśmy do domu po to by planować następną wyprawę...
|