Palladą
na Wschód

 

 
  
Biełomorkanał  
Rafał Trzciński
 
Nadzieja na końcu świata  
Weronika Milewska
 
GONAM
- Jakucja 2004
 

Marcin T.
 
Kamczatka 2003 
Cezary Bugajczyk
 
Kamczatka 2002 
Maciej Kania
 
Kukaz 2003 
Mariusz Żelazny
 
W poszukiwaniu końca świata 
Cezary Bugajczyk
 
Moja Syberia 
Krzysztof Zajkowski
 
Syberyjska Północ 
Tomasz Nasiółkowski
 
Syberia Wschodnia 2002 
Sylwia Jeziorko
 

 
Weronika Milewska
Palladą na Wschód
Rejs na rosyjskim żaglowcu szkoleniowym - lato 2004

Na ulicach koreańskiego portu Pusan panował upał, rozgrzane, ciężkie powietrze przesycone było kurzem, spalinami i zapachem egzotycznych potraw. Na chodniku wzdłuż ruchliwej ulicy biegnącej w stronę terminalu kontenerowego przed domami, kramikami i sklepami ludzie rozkładali maty i szykowali się do popołudniowego posiłku. Pod wypływem nowego miejsca, tak różnego od wszystkich dotychczas mi znanych, zmęczenie po kilkunastogodzinnej podróży ustąpiło i postanowiłam powłóczyć się po okolicy.
W oddali wznosiły się portowe żurawie, wyznaczając cel mojego spaceru.

fot. Weronika Milewska

 

Następnego dnia do Pusan miała zawinąć Pallada i chciałam dowiedzieć się, gdzie będzie stała. Z pozoru proste zadanie okazało się wymagać o wiele więcej wysiłku niż mi się wydawało. Nie mówiący po angielsku strażnicy pilnujący bram wjazdowych nie byli w stanie udzielić mi żadnych informacji ani wskazać miejsca, gdzie mogłabym się czegoś dowiedzieć, nie chcieli mnie też wpuścić na teren portu, żebym mogła poszukać kogoś bardziej kompetentnego, a wysoki płot wykluczał pokątne dostanie się do środka. Przeważnie rozmowa wyglądała tak samo: ja pytałam "Do you speak english", na co padała odpowiedź "Yes", po czym ja przez dobrą chwilę wyjaśniałam, o co mi chodzi, a kiedy przychodziło do udzielenia mi odpowiedzi, okazywało się, że mój interlokutor nie zrozumiał ani słowa, ewentualnie poza pierwszym zdaniem.

fot. Weronika Milewska Na pytanie, czy ktoś mówi po rosyjsku, wszyscy bezradnie rozkładali ręce, a jeden ze strażników, pukając się palcem w klatkę piersiową, rozwiał moje wątpliwości mówiąc: "Not Russian. Korean"... Po trzech godzinach tej portowej krucjaty udało mi się wreszcie znaleźć miłego, mówiącego po angielsku urzędnika, który, wykonawszy kilka telefonów, udzielił mi wszystkich niezbędnych informacji. Ściskając w dłoni karteczkę z zanotowanym po angielsku i koreańsku adresem, pod którym mam się nazajutrz stawić, wróciłam do hotelu. Zaczęło się ściemniać i całe miasto rozbłysło tysiącami kolorowych neonów. W barze po drodze zjadłam mdłą kanapkę z kurczakiem, łakomie spoglądając na smażone kraby i krewetki sprzedawane nieopodal na straganie, lecz wciąż pomna przestróg z domu, aby nie jeść niczego sprzedawanego na ulicy.

fot. Weronika Milewska

Mój opór pękł następnego dnia rano, kiedy to na wczesne śniadanko pochłonęłam uczciwą porcję krewetek nabytych na pobliskim targu. Siedmiogodzinna zmiana czasu i emocje związane z rychłym zaokrętowaniem na zupełnie nieznany statek sprawiły, że wstałam o godzinie trzeciej nad ranem i, obejrzawszy dla zabicia czasu na kanale przyrodniczym program o życiu emocjonalnym mrówek, udałam się na wczesny spacer po okolicy. Idąc wzdłuż jednej z głównych ulic trafiłam na ogromne targowisko, gdzie handlarze właśnie rozkładali swoje towary. Kolorowe stragany uginały się pod ciężarem najróżniejszych owoców i warzyw. W misach wypełnionych wodą czekały na swoich oprawców rozmaite morskie stworzenia, od ogromnych krabów, poprzez wyskakujące na bruk węgorze i próbujące salwować się ucieczką ośmiornice, po znoszące wszystko ze stoickim spokojem małże. W powietrzu mieszały się ostre zapachy morza, owoców, drażniącego nos chili, ciepły zapach goździków i cynamonu.

fot. Weronika Milewska Nieopodal, pośród ruchliwych ulic i szeregów domów wznosił się niewielki, zielony pagórek, na planie miasta opisany jako "park do biegania". Był to obiekt sportowy użyteczności publicznej z bieżniami i przyrządami do ćwiczeń ustawionymi pośród bambusowych zarośli, zaś na szczycie znajdowała się niewielka pagoda i plac do gry w badmintona. Zmęczeni gracze przysiadali na chwilę na ławeczkach pod drzewami, wachlując się papierowymi wachlarzami. Ludzie byli dla siebie mili, choć zarazem powściągliwi. Chociaż w okolicy, w której mieszkałam i która bynajmniej nie była okolicą turystyczną, nie natknęłam się na żadnego innego cudzoziemca, to miejscowi z wielką wyrozumiałością i dobrodusznością odnosili się do fotografującej kraby i przyprawy Europejki. Nie wiedząc do końca jak się zachować, zwłaszcza że niewiele spotkanych przez mnie tego ranka osób mówiło po angielsku, poruszałam się trochę po omacku po tym obcym dla mnie świecie, na każdą uprzejmość starając się odpowiadać po prostu uśmiechem, który okazał się najkrótszą drogą do serc Koreańczyków.

fot. Weronika Milewska

Basen portowy Kam'czen. Pośród pyłu nad pirsem, na którym właśnie trwał przeładunek drewna, wyłoniła się znajoma sylwetka smukłego trójmasztowca. Sylwetka tak bliska sercu po dwumiesięcznym rejsie na Nadezhdzie, przywodząca zarazem na myśl Dar Młodzieży zacumowany przy Alei Zjednoczenia w Gdyni. Szybkie i sprawne zaokrętowanie, starszy oficer oprowadza mnie po statku. "Tu mamy mesę, tu kubryki, tu żaglownię i magazynek bosmański, tam jest audytorium...". "Wszystko jak na Nadezhdzie"- odpowiadam, oglądając kąty niby znajome, a jednak inne, obce. Tak, oto jestem na statku, który jeszcze pół roku wcześniej istniał dla mnie tylko na zdjęciach w internecie, potem zaczął materializować się w postaci numeru telefonu do dziekanatu Uniwersytetu Rybołóstwa, otrzymanego od przyjaciela z Nadezhdy. Pisane w pocie czoła po rosyjsku faksy, nocne telefony do Władywostoku... A teraz wreszcie tu jestem.

fot. Weronika Milewska

Przydzielono mnie do pracy w żaglowni. Pierwsza myśl- chcą się mnie pozbyć z pokładu, żebym sobie krzywdy nie zrobiła. Zdążyłam się już nauczyć, że na rosyjskich żaglowcach podchodzi się z dystansem do dziewczyn-marynarzy. Z drugiej strony to fajna fucha, coś nowego, przecież nie mam pojęcia o szyciu żagli oprócz naszywania łat. Moja kabina znajdowała się na poziomie pokładu, małe, przytulne pomieszczenie obwieszone obrazkami żaglowców, z bulajem na wprost trapu. Poinformowano mnie, że w tej kabinie mieszkała moja rodaczka, Janka Bielak. Niezła rekomendacja. Dla żeglarza, który poznał Panią Jankę, to prawie jak mieszkać w apartamencie prezydenckim. Wreszcie zmęczenie wzięło górę i, nawet nie rozpakowując się, zapadłam w spokojny sen. Pallada już nigdzie beze mnie nie popłynie.

fot. Weronika Milewska

Wyjście w morze. Na pokładzie praca wre, zamieszanie, a ja stoję i wszystkiemu się przyglądam. Odruch z Pogorii- podejść, pomóc przy cumach. Ale tutaj wszystko jest po rozpisaniu, cumy obsługują tylko wachty z bezana i foka. Teoretycznie, na alarmy do żagli, przypisano mnie na bezan, ale tak czy inaczej jestem tu załogantem specjalnej troski. Dziewczyna marynarz... Ale minie parę dni i wszyscy przejdą nad moją obecnością do porządku dziennego. Jak na Nadezhdzie. Pierwszy dzień- szycie bombramsla na pokładzie. Przyglądam się robocie, która wkrótce ma stać się dla mnie chlebem powszednim. Morze Japońskie jest ciche i spokojne, a słońce praży niemiłosiernie.

fot. Weronika Milewska

Pracę w żaglowni zaczęłam od nauki szycia na maszynie. Moim poligonem doświadczalnym stały się prześcieradła. Dzięki obrębieniu góry prześcieradeł zyskałam chody w pralni. Od tego dnia każdy kolejny był podporządkowany statkowemu harmonogramowi. Pobudka o 0700, śniadanie, potem na odprawę, do pracy, przerwa na obiad, znowu praca, o 1700 koniec dnia roboczego, podwieczorek i kolacja. Praca, choć czasem nużąca (np. szukanie przez lornetkę dziur w postawionych żaglach), nie była zbyt ciężka, i prawdę mówiąc, było jej mniej niż się spodziewałam. Dawała mi jednak dużo satysfakcji, gdyż każdego dnia uczyłam się czegoś nowego. Nie każdy może uczyć się żaglomistrzostwa na jednostce o powierzchni żagla około 3000m.kw.

fot. Weronika Milewska Każdy dzień kończył się miłymi pogaduszkami z kapitanem i żaglomistrzem; potrafiliśmy przesiedzieć do wczesnych godzin porannych rozprawiając o regatach, zlotach żaglowców, statkach i życiu na morzu. W takie wieczory każdy przestawał być osobą przypisaną do danej funkcji na liście załogi; stawaliśmy się po prostu trójką miłośników żaglowców, którzy spotkali się w takich, a nie innych okolicznościach. Te przegadane wieczory to jedno z moich najcieplejszych wspomnień z Pallady. Wkrótce mój dzień wydłużył się o dodatkową godzinę. Studenci mieli codziennie obowiązkową rozgrzewkę tuz po pobudce. Zgodnie z pokładowym zwyczajem reszta załogi, czująca niedosyt zaprawy fizycznej, wstawała wcześniej, żeby poćwiczyć lub pobiegać, póki na pokładzie było jeszcze pusto i cicho. I mi udzielił się ten zdrowy zwyczaj, zwłaszcza że pracę miałam raczej siedzącą, bez względu na to, czy siedziałam w żaglowni przy maszynie, czy na bukszprycie lub rei zaszywając żagiel "na bieżąco". Codziennie przed pobudką biegałam 40 minut, choć czasem pogoda, niemal dosłownie, rzucała mi kłody pod nogi. Przejechawszy się parę razy tyłkiem po pełnym drzazg pokładzie, szybko nauczyłam się balansować na fali i biegać po mokrej nawierzchni. Wracając z rozgrzewki zawsze zachodziłam na mostek rzucić okiem na mapę i poplotkować z oficerem wachtowym.

fot. Weronika Milewska Praktycznie przez cały rejs wiało słabo lub wcale, niejednokrotnie kładliśmy się w dryf w oczekiwaniu korzystnego podmuchu. Kiedy wyszliśmy z Cieśniny Sangarskiej, do braku wiatru dołączyła mgła gęsta jak mleko, która ponoć jest zjawiskiem normalnym na południe od Kuryli. Mgła towarzyszyła nam niemal przez całą drogę na Kamczatkę. W ciągu pięciu dni temperatura spadła o ponad 10 stopni. Słabe podmuchy wiatru majtały żaglami w tę i z powrotem, a każde szarpnięcie nimi odczuwałam tym bardziej, iż wiedziałam, że wszelkie przetarcia to ja będę zaszywać. Alarmy do żagli należały do rzadkości, no bo co tu robić z żaglami, jak i tak ledwo dmucha. Zabijaliśmy czas wygrzewając się w saunie lub wyjąc na karaoke w mesie oficerskiej.

fot. Weronika Milewska

Po dziewięciu dniach od odpuszczenia Morza Japońskiego wreszcie zaczęło wiać. Następnego dnia mgła opadła, a popołudniu ukazał się naszym oczom brzeg Kamczatki. Powietrze było rześkie i przejrzyste, a kolory wydawały się niezwykle intensywne. Niebo było bardziej niż zwykle niebieskie, a czarny kontur gór ostro odcinał się na tle zachodzącego słońca, nie widzianego od tak wielu dni.

Trzeciego dnia u wybrzeży Kamczatki udało się nawiązać łączność z żaglowcem Nadezhda, który właśnie wychodził z Pieropawłowska Kamczackiego. Tak dobrze było usłyszeć znajome głosy, móc przekazać pozdrowienia dla załogi, pochwalić się doszlifowywanym przez pół roku rosyjskim. Obiecaliśmy sobie spotkanie we Władywostoku i Nadezhda pożeglowała na Zachód, w stronę Primorskiego Kraju, my zaś- na Wschód, do Pietropawłowska.

Poranek, kiedy wchodziliśmy do portu, był mglisty i bezwietrzny. Na pokładzie trwały prace porządkowe, studenci z kamczackich uczelni morskich już przebierali nogami, aby zejść na ląd i wrócić do domu. Do Władywostoku miała popłynąć zaledwie połowa z przebywających na Palladzie kadetów.

fot. Weronika Milewska

Mgła opadła i moim oczom ukazał się skromny porcik, położony nad gładką jak szkło Zatoką Avacha, otoczony ośnieżonymi wzgórzami. Do centrum miasta trzeba było podjechać zdezelowanym autobusem lub przespacerować się pół godziny. Trudno opisać Kamczatkę nic nie ujmując jej urokowi, lecz nie popadając w kicz i przesadny zachwyt. Pietropawłowsk jest szary i nieciekawy, niewielkie miasto rozciągnięte w dolinie pośród gór i wulkanów. Ludzie o mętnym wzroku siedzą na krawężnikach popijając piwo, ulice są dziurawe, a samochody za nic mają pieszych próbujących sforsować jezdnię. Podobno zimą ulic się nie odśnieża, śnieg jest szary przez pylące wulkany, wiosną ulice spływają potokami burego błota, a podczas spaceru po okolicznych wzgórzach można zostać zjedzonym przez niedźwiedzia. Wielkie poruszenie wśród mieszkańców następuje dopiero, gdy łosoś idzie na tarło. Wtedy zamyka się sklepy, firmy i urzędy i wszyscy pędzą na ryby. Bo prawdą jest, że kamczacki łosoś jest najpyszniejszy na świecie, a kubełek znakomitego kawioru można tam kupić za bezcen.

fot. Weronika Milewska

Ale kiedy ja byłam na Kamczatce, nie było szarego śniegu ani błota. Była pełnia lata, roślinność była bujna i pyszna, a przejrzyste powietrze i ostre słońce sprawiały, że mój wzrok był skupiony wysoko ponad szarymi blokami Pietropawłowska, na zielonych wzgórzach i ośnieżonych szczytach wulkanów. No i jeszcze ta wycieczka w głąb lądu, do gorących źródeł, w których moczyliśmy się przez cały wieczór, mimo iż temperatura po zmierzchu wahała się około 10 stopni. Widoki z autobusu biły na głowę wszystko, co dotychczas widziałam. Malownicze rozlewiska rzek, pyszne łąki i potężne wulkany, zwykle skryte za mgłą i chmurami, tego wieczora były widoczne jak na dłoni. Doba postoju- zdecydowanie za krótko, żeby na Kamczatce cokolwiek zobaczyć i wystarczająco długo, żeby zakochać się w niej na całe życie.

fot. Weronika Milewska

Potem nastąpił krótki, sześciodniowy przelot do Władywostoku. Alarmy do żagli wreszcie nabrały rumieńców, gdyż było nas zaledwie pięćdziesiąt osób do obsługi wszystkich żagli (norma to ok. 100 os.) i trzeba było się nieźle nabiegać. Po przejściu Cieśniny La Perouse'a pogoda z godziny na godzinę się poprawiała, a mgły Morza Ochockiego pozostały za rufą. "Złoty Róg, najpiękniejsza zatoka portowa świata(...)" pisał o porcie we Władywostoku Stanisław M. Saliński. Choć od początku XX wieku niewątpliwie ów port utracił swój kolonialny czar, u wejścia straszy cmentarzysko zardzewiałych kadłubów, a wzdłuż części nabrzeża ciągną się zapyziałe keje i nadgryzione zębem czasu doki, to nie sposób odmówić temu miastu swoistego uroku. Położone na wzgórzach między Zatoką Amurską na zachodzie i Zatoką Ussuryjską na wschodzie, wieczorami przegląda się w wodach Złotego Rogu światłami wyglądających swojsko blokowisk. Przeplatają się one z małymi domkami i starymi, podniszczonymi kamienicami, zapewne pamiętającymi jeszcze czasy przedrewolucyjne, pośród których za dnia połyskują złote kopuły cerkwi.

fot. Weronika Milewska Władywostok to miasto na wskroś morskie i nie sposób o tym zapomnieć, spacerując jego ulicami. Końcowa stacja Kolei Transsyberyjskiej sąsiaduje z okazałym Dworcem Morskim, z centrum nad Zatokę Amurską można przespacerować się deptakiem na miarę sopockiego Monciaka. Są takie rejony, gdzie łatwiej spotkać umundurowanego marynarza lub studenta szkoły morskiej, niż zwykłego przechodnia. Największą uczelnią morską jest Uniwersytet Morski im. adm. Newelskiego, którego studenci pływają na Nadezhdzie- fregacie wybudowanej w Polsce, która w minionym roku powróciła z rejsu dookoła świata. Jeśli wspiąć się na położony nad miastem Prospekt Krasoty, można dostrzec jednocześnie Palladę zacumowaną wewnątrz zatoki portowej, Nadezhdę stojącą na redzie naprzeciwko Uniwersytetu Morskiego oraz liczne jachty sunące po wodach Zatoki Amurskiej. Niewiele jest miast mogących pochwalić się taką bazą żeglarską.

Po dziesięciu wspaniałych dniach we Władywostoku, spędzonych głównie na Palladzie i Nadezhdzie, przyszedł czas mojego powrotu do Polski. Ostatnie spojrzenie na biało-czarny kadłub, potem lotnisko, podróż, spóźniony samolot, byle nie zgubić bagażu... A po przegadanych wieczorach, godzinach przesiedzianych z igłą w ręku na maszcie, wietrze, słońcu i tym przyjemnym uczuciu zmęczenia, kiedy człowiek kładzie się wieczorem do koi zostaje w sercu puste miejsce, które z czasem zapełnia myśl: jeszcze tam wrócić.


 
do góry