|
Za nami było prawie sześćset kilometrów drogi, przecinającej największą w Azji Środkowej pustynię KaraKum (po turkmeńsku czarny piasek), z położonego na północy kraju Taszauz do Aszchabadu - stolicy Turkmenistanu. Droga to za dużo powiedziane. To raczej wąski pas asfaltu poprzedzielany szczelinami niczym lodowiec, dziurawy jak kretowisko, zalany falami wszędobylskiego piasku. Wijący się czasem wśród wydmowych wąwozów, nieraz dumnie przecinający krzaczastą półpustynię. Pozdrawiający wędrowców, którzy ośmielili się nim posłużyć. Przynoszący zarobek tym nielicznym szczęśliwcom, którzy sklecili z paru desek schronienie, gdzie sprzedają zimną colę i gorące szaszłyki.
Autobus, który miał być nowoczesnym pojazdem linii Turkmen Express z klimatyzacją i zimnymi drinkami, okazał się starym rosyjskim gratem, z przytwierdzonym dla żartu na masce znakiem firmowym Mercedesa. Klimatyzacja owszem była, ale naturalna, z wywietrzników na dachu, a rolę drinków pełnił stakan z wodą, która w połowie drogi osiągnęła prawie temperaturę otoczenia.
Ostatnia kontrola
Zapadał zmierzch. Piasek nie był już tak wściekle żółty jak wcześniej. Przez cały dzień nabierał promieni słońca i świecił razem z nim. Bo na pustyni słońce i piasek są ze sobą związane. Jak nabierają barwy, to wspólnie. Jak lśnią, to tylko razem. Jak gasną, nie mogą się bez siebie obejść.
Na horyzoncie pomarańczowa kula dostojnie udawała się na spoczynek. Pozorny. Przecież ona nigdy nie gaśnie. To raczej my odpoczywamy od niej. Powoli stawała się ciemną pomarańczą, czerwieniła się, krwawiła. Powiększała się. Raziła swoim blaskiem... Aż pękła. Wypluła swoją barwę na towarzyszki - chmury. Te przed chwilą były niewinnymi kłębkami, lecz stały się rumiane. A jakim kolorem chwaliło się przed kilkoma godzinami niebo? Błękitem. A gdzie on się podział? Uciekł w nieznane? Wstydzi? się? Zaprzyjaźniał się z pustynią? Może ze słońcem? Tak, z nim. Czerwień mieszała się z błękitem. Fioletowiała, siniała. Obserwował to róż, szafir i granat. Wokół krążyły purpura i amarant. Szkarłat gonił indygo, turkus pląsał z bordo, a koral przeplatał się z mahoniem. Puściła soki truskawka, a za nią jeżyna. Za ręce trzymały się śliwka i jagoda. Po niebie krążył owocowy sad.
Gra barw nie trwała długo. Kolory pogrążały się w żałobie, przywdziewały ciemne szaty. Stopniowo wszystko czerniało. Gdzieś na horyzoncie widać było jeszcze epigonów kolorowej zabawy. Wszystko powlekała noc. Nagle, jak gdyby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zjawiły się mrugające gwiazdy. Najpierw było ich kilka. Potem coraz więcej i więcej. Setki, tysiące, miliony. A na tronie zasiadł księżyc.
- A teraz, proszę państwa, godzinka przerwy na odpoczynek. Można się umyć, przebrać. W końcu zaraz wjeżdżamy do stolicy - zażartował Sasza, nasz współpasażer, gdy autobus zatrzymał się do ostatniej kontroli przed Aszchabadem.
Mundurowi rozpoczęli robotę. Spisali nie tylko nas, cudzoziemców, ale wszystkich pasażerów autobusu.
- Skąd, dokąd, dlaczego, po co? Czemu nie ma pieczątki? Czyje to dziecko? Gdzie masz stały meldunek? A zaświadczenie? - pytania urzędników mnożyły się w nieskończoność. Kontrola naszych dokumentów trwała na szczęście kilkanaście sekund.
- Aha, Polacy. Chłopaki z poprzednich postów dzwonili do nas, że jedziecie - z uśmiechem stwierdził żołnierz.
Godzina to sporo czasu. Kilka żarówek przed posterunkiem oświetlało otoczenie. Z mroku wydobywał się potężny billboard. A na nim widniał prezydent kraju Saparmurad Nijazow Turkmenbasza. I napis: XXI wiek - złoty wiek Turkmenistanu.
- Dajcie spokój, chłopaki - ironicznie stwierdził Sasza, zobaczywszy aparaty fotograficzne w naszych rękach. - Jeszcze się go naoglądacie w stolicy.
Sasza to Rosjanin urodzony czterdzieści kilka lat temu w Turkmenii. Pracuje w firmie, która wykonuje prace zlecone przez rząd dla przemysłu naftowego i gazowego. W 1991 roku niespodziewanie został obywatelem niepodległego Turkmenistanu. Tu miał dom, samochód, rodzinę. Dwa lata temu otrzymał obywatelstwo rosyjskie.
- Ja tu nie mogę żyć. Pieniędzy coraz mniej. Z pracą różnie. Raz jest, raz nie ma. Płacą albo nie. Coraz więcej Rosjan wyjeżdża. Turkmeni mszczą się na nas za poprzednią epokę, kiedy byli traktowani jako poddani, obywatele drugiej kategorii. Mój brat już wyjechał. Zakotwiczył się w Nowosybirsku. Kupił mieszkanie, wyposażył. Nieźle mu się powodzi. Dzwonił miesiąc temu. Przyjeżdżaj, wszystko załatwione - powiedział krótko. Dawno chciałem stąd wyjechać. Kumple, z którymi wierciłem w latach osiemdziesiątych na Syberii, już od kilku lat zapraszają. Żona z synem już są spakowani. Wiesz, co mnie zatrzymuje? Rodzice. Są po osiemdziesiątce. Schorowani. Mają niskie emerytury, mały domek, niewielkie pole. Tu mieszkają ich wszyscy znajomi. Jak ich teraz wlec przez kilka tysięcy kilometrów? Ja to co innego. Przejechałem wzdłuż i wszerz cały Sojuz. Morze Kaspijskie, Pribałtika, Ural, Syberia, Daleki Wschód, Moskwa. Gdzie ci kazali, to jechałeś. Światowy z ciebie człowiek - żartują czasem sąsiedzi. Pytacie o prezydenta? Ludzie się boją. Mówić, rozmawiać o nim. To dyktator. Wszędzie ma swoich ludzi. Nie rozmawiajcie z nikim o polityce. Powiedzą wam kilka oklepanych zwrotów, jak to wspaniale jest w kraju. Prąd, gaz i woda za darmo. Nic się nie dowiecie, a oni mogą mieć kłopoty. Nawet między sobą nie rozmawiajcie za dużo o prezydencie. Też was mogą wsadzić. A wasze więzienia są luksusem w porównaniu z naszymi. To Azja.
Kontrola dobiegała końca. Wszyscy schodzili się do autobusu. Staliśmy w kręgu z kilkoma miejscowymi. Pytali, jak się żyje w Polsce, ile ludzie zarabiają, czy dużo osób ma pracę.
- A jak jest u was? - rewanżowaliśmy się pytaniami.
- Może nie tak jak w Europie - słyszeliśmy w odpowiedzi. - Ale mamy za darmo wodę, gaz i prąd. Lekarzy i szkoły też. Ludzie mają pracę. Ciągną do nas firmy z zagranicy. Turcy budują drogi, Niemcy robią piwo. Jest Cocacola.
Rozległ się autobusowy klakson.
- P... inteligent - szepnął nam na odchodne, spoglądając na billboard, jeden z Turkmenów, który nie angażował się dotąd w rozmowę.
Ruszyliśmy. W oddali pojawiały się nieśmiało pojedyncze światła. Do tych zapowiadaczy miasta powoli dołączały następne. Dziesiątki, setki, tysiące. A na horyzoncie pojawiła się fioletowa łuna. Tak witał nas Aszchabad.
|