|
Do wyjazdu zostało nam już tylko pięć dni. Mieliśmy więc problem, w jaki sposób je zagospodarować. Czy pojechać w góry KopetDag, popluskać się w Morzu Kaspijskim - w Turkmenbaszi, a może odwiedzić imponujący rezerwat archeologiczny w Merwie, kilkaset kilometrów na wschód od stolicy? Wybraliśmy ostatnie rozwiązanie.
Rozpoczęliśmy podróż późnym popołudniem. Kierowca busu nie za bardzo spieszył się. A to trzeba było zatankować benzynę, a to pasażerowie postanowili kupić arbuzy i melony u przydrożnego handlarza. Nie można także zapomnieć o trudnościach obiektywnych - licznych kontrolach milicyjnych.
Do Mar przybyliśmy wieczorem. I tak jak w Aszchabadzie, zaczęło się poszukiwanie taniego hotelu. W końcu nasz kierowca zaproponował nocleg w swoim domu.
- Co za genialny pomysł - ironizowaliśmy między sobą.
Mamied ugościł nas po królewsku. Udostępnił pokój gościnny, zaproponował zieloną herbatę i posiłek.
- Chcecie coś zobaczyć? - wpadł po kilku minutach z błyskiem w oczach. - Ruszajcie się. - Zaskoczeni wybiegliśmy z domu. - Jedziemy na turkmeńskie wesele - oświadczył zadowolony.
Rzeczywiście, kilkaset metrów dalej powitała nas głośna muzyka, pochodząca z głośników zainstalowanych na zbudowanym na ulicy drewnianym podeście. Uczestnicy uroczystości bawili się doskonale. Nasze przybycie tylko na krótko przerwało trans. Nie pamiętam, w którym momencie zostaliśmy porwani w wir tańca. Po dwóch kwadransach muzyka ucichła. Zostaliśmy zaproszeni na posiłek.
Na ziemi pokrytej kolorowym obrusem ustawiono potrawy. W dużej misze dymił płow - ryż z baraniną i marchewką, w talerzach dostojnie spoczywała czorba - tutejszy rosół z pływającymi dużymi oczkami tłuszczu, kawałkami mięsa i ziemniakami. Do naszej dyspozycji były również liczne półmiski z surówkami. Do tego oczywiście lepioszki. A do picia, jak wszędzie w Azji Centralnej, zielona herbata, cza? - sfermentowane wielbłądzie mleko - i samogon, nalewany do miseczek. Z boku spoglądała na nas obgryziona głowa barana, z pustymi oczodołami. Na ten rarytas niestety spóźniliśmy się.
Kolejne czarki z alkoholem szybko burzyły dystans między miejscowymi a ich gośćmi. Kilku biesiadników odsłużyło wojsko w Polsce. Rozmowom nie było końca, a ich tematy pojawiały się jak grzyby po deszczu. Nie było to jednak wesele, lecz tzw. swiaz' - jak nam wytłumaczyli współbiesiadnicy - uroczyste obchody kolejnej rocznicy obrzezania jednego z synów gospodarzy.
Wychodząc z biesiady, jedna z kobiet, znajdujących się w sąsiednim pomieszczeniu, zaprosiła nas do podziwiania urody Turkmenek i robienia im zdjęć. A że przedstawicielki płci żeńskiej w Turkmenii są rzeczywiście bardzo urodziwe, na rozmowach i fotografowaniu spędziliśmy jeszcze godzinę. Miejscowe kobiety są bardzo cenione za granicą jako żony. Wiele z nich mieszka zarówno w krajach arabskich, jak i na Zachodzie. A Turkmenbasza troszczy się o rodziny. I przy okazji w sposób niekonwencjonalny o... budżet państwa. Turkmenki zostały "towarem eksportowym". W czerwcu 2001 roku prezydent wydał zarządzenie dotyczące zawierania małżeństw Turkmenek z obcokrajowcami. Przepisy wymagają wpłaty przez przyszłego męża pięćdziesięciu tysięcy dolarów na rachunek państwowej firmy ubezpieczeniowej w celu zabezpieczenia przyszłości dzieci poczętych w tym małżeństwie w przypadku jego rozpadu.
Tylko nasz kierowca nie był zadowolony z rozwoju wypadków. Co pięć minut nakłaniał nas do zakończenia biesiady, przecież następnego dnia mieliśmy jechać dalej. W końcu udało mu się.
|