|
- Chłopie, dlaczego tak się przyglądasz pojazdowi? Co, toyoty nigdy nie widziałeś? - poklepał mnie z uśmiechem postawny młodzieniec z gołym, opalonym torsem, odziany w dresowe spodnie i klapki. To Siergiej - Rosjanin mieszkający od urodzenia w Turkmenii. Dwadzieścia kilka lat, ukończony ogólniak i służba wojskowa za sobą.
- Brat, nie było w armii tak źle - rozpoczął opowieść. - Parę razy byłem na poligonie, postrzelałem. Nie wiem dlaczego, ale zostałem kierowcą dowódcy. Woziąem go, gdzie tylko chciał. Do sztabu, do ministerstwa, do domu, do daczy, do kumpli na wódkę. Na dziewczynki zdarzało si? też pojechać. To był dobry chłop, choć miejscowy. Zawsze zaprosił do siebie, porozmawiał, zapytał jak rodzina. A i niejedną butelkę wódki razem osuszyliśmy. Później go gdzieś awansowali. Dostał kopa w górę. Kończysz szkołę i chciałbyś się dalej uczyć. Mnie ciągnęło na politechnikę. Ale dostać się tam, człowieku. Wszystko obstawione. Bez wejść nie da rady. A za pieniądze? A skąd ja ci je wezmę? Ledwo co starczało na codzienne życie. Dwa razy próbowałem i nic. W międzyczasie trochę handlowałem, ożeniłem się. No i do wojska w końcu wzięli. Tym razem się nie wywinąłem. Wyszedłem i co? Pustka. Mówiłem ci przed chwilą o moim dowódcy. Zadzwonił kiedyś do mnie. Zamurowało mnie. Wpadnij do mnie jutro wieczorem, pogadamy - zaprosił. Trochę przestraszony poszedłem. Wycałował mnie jak starego kumpla. Nalał jedną szklankę, później drugą. Ty fajny chłop jesteś - szepnął mi do ucha. - Słuchaj, mój kumpel ma firmę przewozową. Wozi ludzi ze stolicy do Merw, do Krasnowodzka i z powrotem. Wczoraj z nim rozmawiałem. Jeden z kierowców wyjechał na stałe do Irkucka. Zwolniło mu się miejsce. Jak usłyszałem, to od razu do niego. Nikogo nie zatrudniaj, pojutrze będziesz miał fajnego chłopaka. Pomyślałem o tobie. No i zacząłem jeździć. W firmie kilkadziesiąt wozów, większość to toyoty sprowadzone z Emiratów Arabskich. Jeden kurs dziennie. I przespać jest się gdzieś. I zjeść. A trochę pieniędzy można zarobić, nawet odłożyć. Szef czasem sypnie premię.
Naszą rozmowę przerwał na kilka minut hałas dochodzący z dworca. Na stację wjeżdżał pociąg do Aszchabadu. Tłum kłębił się na peronie, ludzie próbowali za wszelką cenę dostać się do środka zatłoczonych wagonów. Byli gotowi jechać nawet na dachu. Bardzo zdziwiłem się, że w jakiś niezrozumiały dla mnie sposób wszyscy zmieścili się w pociągu.
- Dziecko mi się ostatnio urodziło - uśmiechnął się nasz kierowca. - Daliśmy mu na imię Wiktor, na cześć mojego dziadka. Mieszkamy z teściami, ale nie narzekam. Piętro domu mamy dla siebie. Natasza, moja żona, uczy w szkole angielskiego. Nauczyciele dostają od państwa grosze, ale można dorobić na korepetycjach. Ogródek przed domem, bazar niedaleko. Tam tanio. A czasem jakieś rury naprawię, kran. Nie narzekam. Ale wiecie, jak się obchodzą w kraju z Rosjanami. Będziemy musieli wybierać: zostać czy wyjechać. A do polityki się nie mieszam. Co mnie to obchodzi.
Samochód zapełnił się pasażerami. Nas dwóch, dwaj Rosjanie, reszta to Turkmeni. Powoli przebijaliśmy się przez ulice Mar. W końcu wyjechaliśmy na wolną przestrzeń.
- O, Polacy! - zagadał jeden z pasażerów.
- Tak, tak, Polacy - potwierdziliśmy trochę zdziwieni.
- Trochę znam polski. Kiedyś czytałem polskie katalogi motoryzacyjne. U nas na satelicie można zobaczyć waszą telewizję. TVN chyba.
Akurat przepakowywałem się i miałem dużo rzeczy na kolanach. Między innymi książkę w naszym ojczystym języku.
- Dawajcie, rebiata, poczytam sobie - zażartował nasz towarzysz. I rzeczywiście. Czytał w miarę płynnie, poprawnie, rozumiał tekst. - Nieźle, co? - zapytał zadowolony.
Batyr wyglądał na trzydziestoparolatka. Przystojny, dowcipny, inteligentny, sprawiał doskonałe wrażenie. Kilka lat temu sprowadzał samochody z Europy, teraz pracuje jako nocny stróż w szkole.
- Niewiele pieniędzy, ale mam dużo czasu. Mogę poczytać, pomyśleć, pogadać z kumplami - porozumiewawczo mrugnął do nas okiem.
- Batyr, czy...? - zapytałem.
- Ściany mają uszy, nawet w samochodzie - przerwał szybko.
Gawędziliśmy przez całą drogę z Mar do Aszchabadu. Batyr opowiadał o swoich przygodach w czasie prowadzenia interesów samochodowych. O ojcu - wykładowcy na wyższej uczelni. O bibliotece domowej. O żonie - prawniczce. O dzieciach. O tym, że szuka kogoś kto pomógłby mu w rozwinięciu interesu w branży spożywczej. Poszukiwał też urządzenia do pakowania ryżu. My z kolei opowiadaliśmy o naszej środkowoazjatyckiej wyprawie przez Kazachstan, Kirgistan, Uzbekistan, Tadżykistan i Turkmenistan. O życiu w Polsce. O piłce nożnej.
Pożegnanie
Aszchabad zbliżał się niespodziewanie szybko. Na południu dostojnie stały góry KopetDag. Czerwona kula słońca zmieniała swój kształt nadgryzana przez postrzępione grzbiety górskie. Batyr niespodziewanie wyjął z torby podróżnej nóż. Przepiękny, zrobiony ręcznie, w wyszywanym, skórzanym futerale. Chwilę później wyciągnął z kieszeni koszuli okulary przeciwsłoneczne.
- To dla was, druzja - oświadczył zadowolony. - Na pamiątkę. Byliśmy skonsternowani. Większość gadżetów rozdaliśmy już wcześniej, a reszta została w stolicy. Po chwili zastanowienia Maciek sięgnął po kompas z termometrem, a ja przypomniałem sobie o książce, którą kilkadziesiąt minut wcześniej przeglądał nasz współpasażer.
- Tylko z dedykacją - poprosił.
Wybuchnęliśmy śmiechem.
Największe miasto Turkmenistanu powitało nas rozgwieżdżoną nocż i towarzyszącymi jej światłami ulicznych latarni. Miasto układało się do snu. Małe sklepiki wraz z ich właścicielami mówiły klientom dobranoc. Samochody udawały się na parkingowy spoczynek. Gasnące w mieszkaniach żarówki dawały znak, że na wizyty u gospodarzy jest już za późno.
Nasz minibus zatrzymał się obok dworca kolejowego. To był już ostatni przystanek. Pożegnaliśmy się z naszym kierowcą Saszą. Z Batyrem przeszliśmy wspólnie jeszcze kilkaset metrów. Na prospekcie Magtamguli rozstaliśmy się, choć trwało to kilkanaście minut.
- Mam mieszkanie w Marach. Jeśli przyjedziecie do nas, dajcie znać. Będzie chata na wypady - zaprosił nas Batyr. - Ale jak znajdziecie pakowarkę do ryżu, napiszcie! - krzyknął z oddali.
To był już koniec naszej środkowoazjatyckiej wyprawy. Jeszcze ostatnie zakupy, ostatnie fotografie, ostatnie spotkania ze znajomymi. Pozostał niedosyt. Turkmenię zaledwie nadgryźliśmy, nawet tego kęsa do końca nie przełknęliśmy. Ale jak można objechać ten pustynny kraj w tydzień, podczas gdy i miesiąc by nie starczył? Ale i ten kawałek nam bardzo smakował.
|