Ukraina 2001
Galeria

 

 
  
Grzesiek
na Czarnym lądzie
 
Grzegorz Lewocki
 
Hong Kong,
Macau, Filipiny
 
Grzegorz Lewocki
 
Maroko 2002 
Grzegorz Lewocki
 
Lądem
do Kambodży
 
Grzegorz Lewocki
 
32 dni
w Indochinach
 
Grzegorz Lewocki
 
Ukraina - śladami polskich warowni 
Grzegorz Lewocki
 
Samochodem
na Krym
 
Grzegorz Lewocki
 
Włoskie wakacje 
Grzegorz Lewocki
 
Kanał Ostródzko-Elbląski 
Grzegorz Lewocki
 

 
Grzegorz Lewocki
Ukraina - śladami polskich warowni
(11.08.2001-19.08.2001)

"Mały rycerzyk z szabelką" tak nazywano Pana Wołodyjowskiego i tak opisywał go Henryk Sienkiewicz w "Trylogii". Chociaż jest to postać tylko literacka, jednak jeszcze jako dzieciak byłem pod wrażeniem tej postaci i sam miałem nawet metalowa szabelkę, z którą teraz biegają dzieci mojej siostry.

Fot. Grzegorz Lewocki

 

Opisy Ukrainy z czasów I Rzeczypospolitej, zwłaszcza te z początkowych wersów "Ogniem i Mieczem", powodowały, że tereny te wydawały się mi jakimiś magicznymi, niezmierzonymi połaciami ziemi porośniętej falującymi, zielonymi łanami traw z mnóstwem owadów, z szerokimi rzekami, z mnóstwem zamków obronnych, w których walczyli Polscy bohaterowie. I dlatego teraz tam wyruszam, aby przekonać się jak to jest w rzeczywistości, chociaż już teraz wiem, że obrazy które mam w głowie są wyolbrzymione, ale pomimo tego to co ujrzę na miejscu i tak na pewno mnie oczaruje i nie będę zawiedziony.

Wstęp:
Wykorzystując jeden z sierpniowych tygodni, dodając do tego dwa weekendy jadę więc tam gdzie zawsze chciałem dotrzeć, a ponieważ nie jest daleko okres czasu jaki mam wystarczy, aby w szybkim tempie, nigdzie zbyt długo nie marudząc zobaczyć to co zamierzam. Wyjazd mój ma nastąpić w piątek, ale po tygodniu pracy chcę chwilę wypocząć, więc wyjeżdżam dopiero w sobotę wieczorem. Jadę tylko z małym podręcznym plecakiem.

Warszawa - Tarnów - Przemyśl - Medyka - Lwów
Dzień 1, 2

W sobotę o 22.55 wyruszam pociągiem pospiesznym z przesiadką w Tarnowie do Przemyśla. Po 9.00 jestem w Przemyślu. W pociągu marznę trochę i to nie pozwala mi się wyspać. Moja polarowa bluza o grubości 200 nie jest dostateczną ochroną. W Przemyślu z dworca PKP przejściem podziemnym przechodzę na dworzec autobusowy. Na dworcu pomimo niedzieli, a może dlatego mnóstwo ludzi, ale jak się okazuje wszyscy jadą na odpust do Kalwarii. Parę osób proponuje mi zakup spirytusu i papierosów, ale nie jestem zainteresowany. O godz. 10.30 jadę rejsowym autobusem Przemyśl - Lwów do Lwowa. Cena biletu 15 złotych.

Drugą tańszą opcją, o której nie wiedziałem w tym momencie jest minibus do granicy za 2 złote, przejście jej pieszo i dalej kolejnym minibusem do Lwowa za 6HR hrywni (mój skrót ukraińskiej waluty to HR). Z Przemyśla do przejścia granicznego w Medyce jest około 20 kilometrów, a do Lwowa około 120 kilometrów. Na dworcu autobusowym we Lwowie myślałem, że bez problemu znajdę jakąś "babcię" (czyt. - osobę proponującą pokój przy rodzinie) z kwaterą. Szukam kwater, dlatego iż są tańsze od hoteli, a ceny z mojego przewodnika w języku polskim "Wydawnictwa Pascal" zaczynają się od 14 $USA. Szukam z 10 minut i udaje mi się w końcu znaleźć. Cena 5 $USA.

Jestem we Lwowie po raz pierwszy. Dwa lata wcześniej przejeżdżałem tylko przez Lwów w drodze do Suceawy w Rumunii i dalej lądem do Indii. Potem, gdy sprawdzam ceny w różnych hotelach, to podane w przewodniku są bardzo odbiegające od rzeczywistości. Zawsze korzystam z przewodników angielskich Lonely Planet. Tym razem ze względów finansowych zaryzykowałem jednak Polski i chociaż nie żałowałem, bo znam j. rosyjski i zawsze mogłem się dopytać to było jednak sporo nieścisłości.

Z dworca jadę z "Babcia Sonią" marszrutką tzn. minibusem kursującym jak autobus po wyznaczonej trasie za 0,8HR do centrum. Okazuje się, że będę mieszkał w samym sercu miasta na samym rynku, w jednej z otaczających go czterdziestu czterech kamienic, z których każda ma inną historie i właścicieli. Muszę się tylko myć w miednicy, bo łazienki, a w niej wody jako takiej nie ma.

Ponieważ jest wczesne popołudnie chodzę po rynku, wstępuję do jednego z kościołów na polska mszę, oglądam kamienice na rynku, potem inne kościoły, docieram do "Opery Lwowskiej" i włóczę się po okolicy bez konkretnego już celu. Kurs 1$ USA = 5,15HR.

Lwów
Dzień 3

Zjadam śniadanie (mielonka z konserwy), popijam herbatą i jadę tramwajem nr 7 na Cmentarz Łyczakowski. Pochowanych jest tutaj około 500 tysięcy ludzi, z czego bardzo wielu zasłużonych dla kultury polskiej tacy jak G. Zapolska, K. Twardowski, S. Banach, czy A. Grottger. W tramwaju poznaję dwóch sympatycznych Ukraińców po pięćdziesiątce (wiek), którzy z przyjemnością pokazują mi cmentarz.

Prowadzą mnie najpierw do części, gdzie pochowani są polscy obrońcy Lwowa, potem do najstarszej części cmentarza, a na zakończenie do grobu Marii Konopnickiej, który położony jest przy wyjściu. Przy rozstaniu wymieniamy się adresami.

Wracam do centrum i wdrapuję się na wzgórze "Wysoki Zamek" aby stamtąd podziwiać panoramę Lwowa. Na wzgórzu tym wznosił się gotycki zamek murowany wzniesiony przez Kazimierza Wielkiego, ale został on spalony przez Kozaków w 1648r., a po odbudowie stracił swe znaczenie na rzecz Kamieńca Podolskiego i w końcu został rozebrana w 1772r. przez Austriaków.

Wracam potem na chwilę na kwaterę, aby coś zjeść. Od "babci Soni" dostaję niespodziewanie talerz ryżu z mięsem i barszcz ukraiński. Wieczorem włócząc się po mieście. Na deptaku dochodzącym do opery spotykam grupę z Polski. Integrujemy się spożywając tuż przed operą niezwykle tanie, ukraińskie, procentowe trunki. Dołącza się do nas trójka Ukraińców i jest sympatycznie. Przed północą wracam na kwaterę, a poznana grupa do akademika, w którym mieszka. Jutro jadą do Odessy. Bilet 50HR w przedziale "kupe", 36HR w przedziale "platzkartnym".

Lwów
Dzień 4

Rano wstaję po 10.00. Mam lekki ból głowy. Po śniadaniu jadę tramwajem z przystanku za operą na dworzec kolejowy. Jutro zamierzam jechać do Tarnopola i do oddalonego od niego o 29 kilometrów Zbaraża, aby obejrzeć tam byłą polską warownie. Pociągi są o 8.24, 12.02 za 15,71HR. Pociąg do Brześcia np. jest o 6.40, a do Odessy o 21.30. Koło dworca kolejowego jest kilka barów, których wygląd jest bardzo przypominający poprzedni ustrój. Ceraty na stołach, a różne potrawy, które są do kupienia stoją jako ekspozycja na ladzie. Brakuje tylko sztućców na łańcuchu, jak w filmie "Miś". Ja jednak lubię takie klimaty! Spod dworca odjeżdżają również minibusy do przejścia granicznego Szeginia-Medyka. Z dworca kolejowego do centrum jedzie ze mną tramwajem dwóch Polaków. Zatrzymują się oni w "Hotelu Żorż" - (George), gdzie dwójka bez łazienki kosztuje 127HR.

Idę zwiedzać dalej. Lwowskie Historyczne Muzeum (wstęp 0,5HR), w którym można obejrzeć dużą liczbę militariów z XVII-XVIII wieku. Chociaż nie jestem wielbicielem muzeów - to mi się podoba! Następnie Lwowska Galeria Obrazów, ale jest zamknięta, i Pałac Potockich, niestety w remoncie. Dochodzę do budynku Uniwersytetu i po zrobieniu koła wracam na "Prospekt Swobody". Dla zainteresowanych za Operą znajduje się niedrogi "Hotel Lwów", gdzie dwójka bez łazienki kosztuje 50HR, z łazienką 100HR, a trójka bez łazienki 60HR. W Operze są dziś jakieś występy zespołów folklorystycznych. Robię sobie na tle opery zdjęcie z trzema kanadyjkami pochodzenia ukraińskiego w ludowych strojach.

Ruszam następnie na poszukiwanie kawiarenki internetowej. Znajduje ją ze 2 kilometry od ścisłego centrum. Miejsce nazywa się "San Remo". Jest tam również pizzeria, bar, dyskoteka w podziemiach. (Świetne miejsce na rozrywkę! Podczas moich kolejnych wizyt we Lwowie odwiedzam je nie jeden raz.) Po 21.00 wracam na kwaterę.

Lwów - Tarnopol - Zbaraż - Czortków - Kamieniec Podolski
Dzień 5

Miałem wstać o godzinie 7.00, ale "Babcia Sonia" budzi mnie o 6.30. Leżę więc do 7.00. Wypijam herbatę i jadę tramwajem na dworzec kolejowy. Zjadam w budce hot-doga i idę na pociąg. Pociąg spóźnia się ponad 1,5 godziny! W Tarnopolu więc zamiast na godzinę 10.40 jestem o godzinie 12.00. Z dworca kolejowego na dworzec autobusowy jadę autobusem miejskim. Stamtąd do Zbarża za 2HR. Autobus zatrzymuje się obok głównej drogi. Od niej idę jeszcze pieszo około 2 do 3 kilometrów do samej "twierdzy". Wstęp tylko 0,5HR.

Zamek w Zbarżu stanowił własność rodzin Zbarskich, Wiśniowieckich i Potockich, nie jest jednak bardzo imponujący, jeżeli chodzi o mury, baszty czy coś w tym stylu. Zalety i wygląd groźnej twierdzy stracił już chyba dawno temu. Jest za to odnowiony w środku i z interesującym muzeum. Wsławił się obroną dowodzoną przez Księcia Jeremiego Wiśniowieckiego w 1649r. przed wojskami Bohdana Chmielnickiego opisaną literacko przez H. Sienkiewicza.

Autobusem z ronda niedaleko kościoła Św. Antoniego, który jest w obecnym czasie restaurowany, już bez konieczności dochodzenia do głównej drogi wracam do Tarnopola. Ponieważ nie jest jeszcze późno jadę do kolejnego etapu mojej podróży - Kamieńca Podolskiego. Najpierw jadę jednak do Czortkowa. Niestety nie powiedziałem zawczasu kierowcy, że chcę jechać dalej do Kamieńca i ostatni autobus do tej miejscowości mija nasz autobus przed samym Czortkowem, ale o tym dowiaduje się dopiero na dworcu.

Na dworcu miejscowa cyganka próbuje namówić mnie na wróżenie. Nie mam jednak czasu, bo za namową pań kasjerek z dworca wyruszam w szaleńczą jazdę taksówką marki "Łada" w pogoń za autobusem, na który nie zdążyłem. Doganiam go po przejechaniu 15 kilometrów. Jeden kilometr = 1 HR.

Po dotarciu do Kamieńca, na dworcu przy tablicy z rozkładem jazdy poznaję parę Ukraińców Saszę z Leną. Zaczęliśmy rozmawiać i skończyliśmy w spożywczym sklepie, w którym przy stoliku wznosiliśmy toasty za przyjaźń polsko-ukraińską.

Idziemy potem w poszukiwaniu dla mnie hotelu. Noclegi w "Hotelu Ukraina" 20/30Hr. W drugim hotelu o nazwie "Junost" mieszczącym się niedaleko w wysokim bloku ceny 30/60HR. Niższy przedział cenowy dotyczy obywateli Ukrainy, wyższy obcokrajowców. Sasza proponuje mi jednak, iż mogę się zatrzymać u niego (mieszka z bratem i babcią, która właśnie wyjechała). Zgadzam się. Jedziemy do niego "marszrutką", po drodze zostawiając w domu Lenę.

Nie idziemy jednak jeszcze spać, tylko do osiedlowego baru w blaszanym garażu dalej się "bratać". Gdy słyszę, że Sasza zarabia 30$USA miesięcznie (jemu wydaje się to dość dobrze) staram się płacić sam za naszą tu wizytę, aby w ten sposób odwdzięczyć się za nocleg.

Po powrocie do domu poznaję jego młodszego brata Andreja, lat 21, Sasza ma 24 lata. Chłopaki są tak mili, że mnie kładą na łóżku, a oni śpią na podłodze.

Kamieniec Podolski - Chocim - Kamieniec Podolski
Dzień 6

Wstaję po 9.00. Na śniadanie smażony makaron ze skwarkami i herbata bez cukru. Jadę z Saszą "marszrutką" do centrum. Sprawdzam na dworcu czas odjazdu pociągów do Kijowa, ponieważ przez stolice Ukrainy chcę wracać do Polski. Sasza idzie spóźniony do pracy, a ja jadę autobusem do Chocimia, miasta, które oprócz znaczenia militarnego poprzez istniejącą tam fortece, począwszy od XVI wieku miało również znaczenie handlowe, ponieważ przebiegał tamtędy szlak z imperium osmańskiego.

Od głównej drogi w mieście do zamku jest około dwóch do trzech kilometrów. Twierdza robi na mnie duże wrażenie szczególnie, iż położona jest nad samym brzegiem Dniestru. Bilet wstępu kupuję na parkingu (2HR), a stamtąd do głównego zamku jest ponad 400 metrów. "Twierdza Chocimska" robi duże wrażenie przede wszystkim od zewnątrz, a jeszcze większe, gdy idzie się tuż u podnóża murów do Dniestru, gdy patrzy się w górę na strzeliste mury i baszt. W środku jest trochę zrujnowana, ale w trakcie małej rekonstrukcji. Twierdza uzyskała rozgłos od tzw. "victorii chocimskiej" z 1673r., kiedy to Jan Sobieski zdobył tą twierdzę bronioną przez 30 tysięczną armię turecką Husseina-baszy.

Do Kamieńca wracam autostopem dając kierowcy 3HR. Wcześniej kupują małego arbuza, który skutecznie gasi moje pragnienie, ból głowy i zaspokaja głód. Po dotarciu do miasta idę do słynnego zamku w Kamieńcu. Dochodzę do niego po dwukrotnym przekroczeniu wąwozu, najpierw mostem nowoplanowskim, a potem mostem tureckim, które oddzielają twierdzę od miasta. Widoki niezapomniane. Patrząc z góry na zamek od razu przypomina mi się wersja telewizyjna "Pana Wołodyjowskiego" nakręcona przez Hoffmana i bohaterska śmierć głównego bohatera. W cenę biletu wliczone jest zwiedzanie muzeum i podziemi. Można też się wspiąć po stromych schodach na jedną z wież.

Spędzam tam dwie godziny siedząc na dziedzińcu, obok studni i budki z biletami wczuwając się w atmosferę teko miejsca. Wracam następnie do centrum w okolice restauracji o nazwie w polskim tłumaczeniu "Brzoza", gdzie serwują pyszne jedzenie. Robię zakupy spożywczo-trunkowe. Wracam marszrutką do Saszy. Anrej na mnie już tam czeka, a po jakiejś godzinie przychodzi Sasza z Leną. Wieczór spędzamy na wznoszeniu kolejnych toastów za pomyślność ukraińsko-polską.

Kamieniec Podolski - Kijów
Dzień 7

Rano o 10.00 jadę z Saszą "marszrutka" na dworzec kolejowy. Chce kupić bilet do Kijowa. Na pociąg o 19.00 biletów już nie ma. Na pociąg o 22.07 podobno są miejsca, ale bilety będą sprzedawać dopiero po godzinie 20.00. Trochę jestem na siebie zły, że wczoraj nie przyjechałem i go nie kupiłem.

Żegnam się z Saszą i cały dzień od 12.00 włóczę się po mieście. Odwiedzam kawiarnię internetową, ze dwie restauracje, idę jeszcze raz do zamku, a o 17.00 melduje się na stacji. Na pociąg o godzinie 19.00 nie udaje się mi w żaden sposób dostać. Obserwuję tłum starszych ludzi, którzy żegnają swoich wnuków wracających z wakacji do stolicy.

Gdy otwierają o 20.00 kasy udaje mi się kupić bilet na pociąg o 22.07 za 19HR. Przykładowo z Kamieńca Podolskiego bilet na pociąg do Sankt Petersburga kosztuje 100HR. Autobusowy do Kijowa 34HR, a do Kiszyniowa w Mołdawii 22HR. Czekając na pociąg zjadam dwa śmietankowe lody w wafelku po 0,5HR sztuka. Pociąg odjeżdża punktualnie.

Kijów - Kowel
Dzień 8

W Kijowie jestem o godzinie 8.00. Jednak jutro wieczorem mam być w domu, wiec w sumie oglądam tylko remontowany dworzec. Wyznaje zasadę, aby nigdy nie wracać do domu tą samą drogą, wiec jestem teraz w Kijowie.
O 11.00 mam bezpośredni pociąg do Warszawy. Cena w przeliczeniu na dolary USA 32$, ale udaje mi się ustalić z prowadnikiem (konduktor) inną, a mianowicie 25$ USA. Cóż z tego, gdyż idę jeszcze szybko coś kupić do jedzenia na prawie 24 godzinną drogę i nie zdążam na pociąg. Wchodzę na peron i już nawet końca pociągu nie widać, ale jestem wściekły na siebie. Głupie uczucie! Po odczekaniu w długiej kolejce udaje mi się kupić bilet do Kowla na 14.29. Cena w przedziale "kupe" 28HR.

Kowel - Dorohusk - Lublin - Warszawa
Dzień 9

O godzinie 1.39 dojeżdżam do Kowla. Dworzec jest w remoncie i wszyscy oczekujący podróżni koczują pod gołym niebem.
Oczekując koło budki dróżnika na pociąg do granicy poznaję Ukraińca Mikołaja, który jedzie też do Polski. Jest nauczycielem języka angielskiego, ale pracuje fizycznie w jakimś gospodarstwie w pod Lublinem. Idziemy do oddalonego o jakieś 500 metrów sklepu, aby tam zaczekać do momentu podstawienia pociągu i raczymy się piwkiem i zimnymi serdelkami. O 5.30 mamy pociąg do granicy, a potem przemytniczą rozwalającą się "elektryczką", której podłogi, sufity i wszystko, co jest możliwe przerobione jest na skrytki na papierosy i spirytus jedziemy do Chełma.
W pociągu sami ukraińscy przemytnicy oklejeni woreczkami ze spirytusem. Widok ten nie jest mi obcy, ponieważ podobne sceny obserwowałem na przejściu Brześć - Terespol. O 10.57 wyjeżdżam z Chełma do Warszawy przez Lublin. W Siedlcach jestem o 17.00. Zdążyłem.

Zakończenie

Cały wyjazd kosztuje mnie tylko 350 złotych. Po Polsce jechałem pociągiem ze zniżką 50%. Pięć konserw i kilka gorących kubków to moje zabrane z Polski wyżywienie, oprócz spożywanego w całej podróży. Udało mi się wyrwać z pracy i tak miło spędzić ponad tydzień.

Zobaczyłem znane mi do tej pory tylko z Sienkiewiczowskich opisów w Trylogii dawne Polskie warownie, a ponieważ jestem fanem tego dzieła, nie mogłem się doczekać kiedy je ujrzę, od momentu kiedy pomysł na ten wyjazd zrodził się w mojej głowie. Mogłem też moje wyobrażenia o tych miejscach porównać z książkowym opisem.

Warownia w Zbarażu najmniej mi się podobała, chociaż miała najładniejsze ze wszystkich trzech muzeum. "Twierdza Chocimska", nie miała muzeum, ale ze swoimi wysokimi murami i urokliwym usytuowaniem nad Dniestrem zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Najbardziej imponujący, chociaż nie tak ogromny jak twierdza w Chocimiu był jednak "Zamek w Kamieńcu". Podobał mi się on tak dlatego, iż mam sentyment do "Trylogii" oraz że warownia ta była najbardziej odnowiona i to zarówno w środku, jak i na zewnątrz.

 


 
poprzednia strona 1 2 do góry