ZIMOWE PLAŻOWANIE
Galeria

 
Mateusz Damrat
ZIMOWE PLAŻOWANIE

-POPLAŻUJEMY TROCHĘ? - powiedział Mateusz w połowie stycznia.
Spojrzałem na niego -żartujesz?
Nie wyglądał na wariata, mówił poważnie.

Fot.

 

Trasa: Ustka-Hel
Czas: 11.02 - 15.02.2006
Dystans: ok. 150 km linii wybrzeża na mapie
Uczestnicy:

  • Mateusz Damrat
  • Tobiasz Budzyński
  • Kinga Dela
  • Karolina Filipczak

Styczniowe dni w Krakowie nie należały do najcieplejszych. Siarczysty mróz za oknem sprawiał, że z pewnością nie jedna osoba zatęskniła za latem. Ciepłe lato to obowiązkowo plaża i morskie kąpiele. Takie właśnie elementy były tematem naszej rozmowy przy piwie. Wtedy wpadłem na pomysł żeby pojechać nad morze i to najlepiej od razu. Plan szybko został nakreślony i obejmował przejście z Ustki na Hel po plaży z noclegami w namiocie. Pomysł był chwytliwy i sporo osób wyraziło zainteresowanie i chęć udziału. Gdy dochodziło do konkretów, ustalania terminów i doboru wyposażenia a w szczególności omawiania kwestii noclegów grono potencjalnych uczestników malało zastraszająco. W tym miejscu słowa uznania dla Karoliny, która potrafiła jakoś nas zmobilizować i uderzając w czułą strunę męskiej ambicji doprowadziła do finalizacji planu.

W planie było spanie na dziko w miejscach oddalonych od cywilizacji. Nie było to trudne do zrealizowania gdyż większość mijanych miejscowości, tak tętniących życiem w sezonie letnim była, po prostu ZABITA DECHAMI i wyglądająca na opuszczone. Ustaliliśmy, że raz dziennie będziemy jeść coś ciepłego, uzupełniać zapasy jedzenia i tankować wodę pitną na kolację i śniadanie dnia następnego. Mottem pakowania było wziąć jak najmniej (czytaj najlżej), wyglądało to jak tuningowanie samochodu- wyrzucić z plecaka ile się da. nie tracąc przy tym komfortu w miarę ciepłych noclegów. Pozostałe wyposażenie poza kuchennym zostało sprowadzone do absolutnego minimum.

W Ustce na starcie stanęła nas czwórka. Po nocnej podróży pociągiem do Słupska i PKS-em do Ustki nie byliśmy w najlepszej formie, ale nie pozostawało nic innego jak ruszać w drogę. Nawigacja nie była trudna, po wyjściu na plażę obrócilismy się w prawo i tyle. Śnieg nie był głęboki a leżąca poniżej zmrożona warstwa zapewniała poza pewnym poślizgiem wygodny marsz.

Od początku plaża oferowała nam dużą różnorodność widoków. Np. BEZPAŃSKIE BUTY, których naliczyliśmy ponad dwadzieścia, w tym żaden do pary! Podczas marszu nie było nikomu zimno, choć przeszkadzały nam mokre buty. Na całodzienny wysiłek na mokrawym śniegu nie pomogły ani membrany ani zaimpregnowana skóra. Koło południa rozpogodziło się i do wieczora mieliśmy przepiękną pogodę, było słonecznie a lekki wiatr wiał skośnie w plecy. Wizyta w "wymarłych" Rowach była udana-jeden bar i sklep spożywczy były otwarte. Nocleg mieliśmy zaplanowany na terenie Słowińskiego Parku Narodowego. Szybka kolacja i do śpiworów, żeby w końcu uwolnić się od mokrych butów, które po przerwaniu marszu momentalnie zmieniły się w istne chłodnice. Noc była długa i mało przyjemna, ponieważ z powodu mało profesjonalnych namiotów i nie najodpowiedniejszej odzieży po prostu ZMARZLIŚMY. Pocieszyliśmy się tym, że z noclegami będzie pewnie lepiej, bo: po pierwsze się zaaklimatyzujemy; po drugie będzie szansa na ogniska.

Następnego dnia przeszliśmy długi odcinek przepięknej plaży mijając po drodze odcinek wydm ruchomych - główną atrakcję Słowińskiego Parku Narodowego. W tamtych okolicach spotkaliśmy pierwszą z trzech.... LODÓWEK, wyrzuconych przez morze lub miejscowych. Mokre buty spowodowały wkrótce większe lub mniejsze odparzenia u całej ekipy. Zimno promieniujące od stóp, gdy nie szło się szybkim tempem albo, co gorsza robiło przerwę mobilizowało nas lepiej, niż wszelkie założenia dystansowe. Łebę zastaliśmy również pogrążoną w lekko zimowym śnie, ale jednak zawsze to miasto, więc były 3 knajpy do wyboru. Ogrzaliśmy się i najedliśmy, ale za to straciliśmy sporo czasu. Trzeba było jeszcze pociągnąć jakieś 8 km, więc szliśmy po ciemku. Na kolejny nocleg wybraliśmy osłonięte miejsce w lesie. Dojechała do nas trójka znajomych, którzy nie mogli uczestniczyć w całej wyprawie, ale chcieli przejść z nami kawałek i spędzić noc. Drewno było wilgotne i często pokryte lodem, ale magiczna benzyna pomogła rozpalić ognisko, a później żar już się utrzymywał. Goście nie przyszli z pustymi rękami, więc wkrótce było już wszystkim ciepło nie tylko od żaru ognia. Do tego nasza wyprawowa pani psycholog Kinga dostarczyła nam nie małych atrakcji podpalając się przy użyciu kuchenki benzynowej. Na szczęście nic poważnego się nie stało, a KULE OGNIA W RĘKACH a'la David Coperfield to tylko opary benzyny. Wstaliśmy późno i trochę rozleniwieni, ale za to zregenerowani. Nasi nowi towarzysze pożegnali nas niedaleko wraku statku na wysokości Stilo. Było późno i wizja utrzymania średniej 30km oddalała się niepokojąco. Kolejny nocleg "tylko" za Białogórą i znów ognisko, ale noc wilgotna i przez to zimniej.

Zaczęliśmy używać "GORE-TEXU DLA UBOGICH". Wkładaliśmy foliowe siatki do butów – skarpety pozostawaly suche przynajmniej z rana, ale za to odparzenia zaczynały stawać się sporym utrudnieniem.. Długi odcinek do Władysławowa był poniekąd rutynowy nie licząc wolno stojacego fotela do którego się ścigaliśmy.

Prawdziwej atrakcji, lepszej od Przylądka Rozewie, dostarczył nam Tobiasz. Chcieliśmy przerzucić plecaki przez którąś z licznych rzeczek, aby lżej nam się szło do pierwszego mostu. Tobiasz niestety źle ocenił odległość. Nie tracąc zimnej krwi momentalnie wskoczył RATOWAĆ PLECAK. Zaskoczył nas jego optymizm, ponieważ stwierdził, że lodowata woda pomogła mu na odparzenia, buty i tak były mokre a reszta odzieży wyschnie w marszu, więc nawet nie będzie się przebierał. Ciekawe jak krajobraz, lasy wzdłuż wybrzeża całkowicie zmieniły charakter za przylądkiem. Władysławowo zostało osiągnięte dopiero wieczorem, ale na szczęście udało się zdążyć przed zamknięciem Biedronki. Szliśmy do późna ale za to rozbiliśmy namioty na drewnianych podestach rozebranego na zimę BEACH BARu. Pojawiły się uśmiechy na twarzach było i sucho, i trochę cieplej od spodu.

Ostatni ranek był przepiękny, wstaliśmy w promieniach słońca i ruszyliśmy pełni sił czując już powoli zapach finiszu. Niestety zapach przywiał WIATR, który z dużą siłą wiał nam w oczy. Po południu osiągnął 5oBf i utrudnaił nam marsz, nie pozwalając się rozgrzać. Doceniliśmy wcześniejsze 4 dni sprzyjającej pogody i brnęliśmy dalej.

O zmroku dotarliśmy na wyznaczony przez nas CEL, czyli koniec Półwyspu Helskiego, gdzie latarnia stoi prostopadle do linii brzegowej. Była godzina 17:59. Radość wielka, ale przemarznięcie szybko zakończyło wszelkie plażowe celebracje. Udało nam się załapać na pociąg do Gdyni - wracaliśmy do cywilizacji.


 
poprzednia strona 1 2 do góry