|
Oprócz wędrowania po górach, chcieliśmy zwiedzić zamek Księżniczki Marianny Orańskiej w
Kamieńcu Ząbkowickim, kopalnię złota w Złotym Stoku, Lądek Zdrój a także
Jaskinię Niedźwiedzią w Kletnie u podnóża Masywu Śnieżnika.
Przyjechaliśmy do Kamieńca Ząbkowickiego o 130 w nocy i
od razu udaliśmy się na Górę Zamkową, gdzie planowaliśmy nocleg. Był to mój
pierwszy górski wyjazd, kiedy po uciążliwej i męczącej podróży zamiast iść w
trasę, zacząłem od odpoczynku. Wszyscy uznaliśmy to rozwiązanie za bardzo dobre.
Rozbiliśmy namiot w parku, nieopodal murów zamkowych. Wokół szumiały drzewa,
pogwizdywały nocne ptaki, spoza koron drzew widać było rozgwieżdżone niebo.
Zamek w Kamieńcu Ząbkowickim
Rano po śniadaniu poszliśmy do zamku, byłej letniej
rezydencji księżniczki Marianny Orańskiej,
właścicielki rozległych dóbr w Hrabstwie Kłodzkim. Przyczyniła się ona do
rozwoju gospodarczego regionu, przez inicjowanie wielu przedsięwzięć, takich jak
budowa dróg oraz zakładów przemysłowych (m.in. kamieniołomy w Kletnie i huta
szkła kryształowego w Stroniu), dzięki czemu trwale zapisała się w pamięci
miejscowej ludności.
Zamek w Kamieńcu zbudowano w XIX w. z kolorowej cegły i kamienia na planie
prostokąta, z wielkimi bastionami w narożach. Budowla ta robi wrażenie
swoją wielkością i majestatem. Znajdowało się tu ponad 100 komnat. Wnętrza
wyłożono marmurami i zdobiono freskami, zaś w oknach były witraże.
Wypełniony przez właścicieli mnóstwem dzieł sztuki, stanowił jedną z
piękniejszych rezydencji ówczesnej Europy.
Z tarasów zamkowych roztacza się ciekawa panorama Gór Złotych i Bardzkich.
Kres świetności zamku przypadł na ostatnie dni II wojny światowej, kiedy
Sowieci postanowili go spalić. Dzieło zniszczenia inicjowali dwukrotnie,
ponieważ za pierwszym razem, w grudniu 1945 r. zamek ugasiła miejscowa ludność.
Dlatego w lutym 1946 r. płonął przez wiele dni, pilnowany przez wojsko.
Jak mówił nam tutejszy przewodnik, to nie Rosjanom zawdzięczamy dzisiejszy
stan obiektu. W latach 50-tych i 60-tych niszczono bowiem i grabiono to,
co jeszcze zostało. Za zgodą władz zamek służył jako dekoracja, w czasie
kręcenia scen katastrof dla potrzeb filmu.
Marmury z posadzek i ścian wykorzystano m.in. przy budowie Pałacu Kultury
i Nauki w Warszawie.
Złoty Stok, kopalnia złota
Do oddalonego o 7 kilometrów od Kamieńca Złotego Stoku
dostaliśmy się pieszo i autostopem. To niewielkie miasto położone jest u
stóp zalesionych stoków Góry Krzyżowej i Góry Haniak. Tradycja wydobycia
złota sięga tu 1000 lat. W pierwszej połowie XVI w. pozyskiwano tu 8%
produkcji europejskiej tego kruszcu.
W dwóch starych sztolniach zorganizowano Muzeum Złota,
w którym znajdują się eksponaty dokumentujace historię miasta i tutejszego
przemysłu. Podziemna trasa turystyczna, długości ok.200m, wiedzie
początkowym odcinkiem kilkukilometrowej sztolni transportowej Gertruda.
Korytarz ten powstał w celu transportowania gwarków (górników)
do głęboko położonych podziemnych pól wydobywczych. Obecnie jest częścoiwo
zalany, co stanowi okazję do eksploracji z użyciem pontonu.
Druga część trasy znajduje się w sztolni Czarnej, gdzie można
podziwiać szesnastowieczne, ręcznie wydrążone chodniki, oraz położony
na głębokości 23 metrów pod ziemią ośmiometrowy podziemny wodospad.
Wejście do sztolni Czarnej znajduje się na przeciw nieczynnego kamieniołomu,
oddalone o kilkadziesiąt metrów od sztolni Gertrudy. Do wszystkich obiektów
doprowadził nas przewodnik.
Pontonem przez Sztolnię Gertrudy.
Po zwiedzeniu muzeum jeszcze czuliśmy niedosyt atrakcji,
ponieważ z relacji zamieszczanych w sieci wiedzieliśmy, ze istnieje możliwość
eksploracji zalanej części sztolni Gertrudy na pontonie. Po rozmowie z miłą
szefową okazało się, że za 10 zł od osoby, możemy to zrobić. Oczywiście
skorzystaliśmy z tej okazji i już po 30 minutach siedziliśmy w pontonie
w zupełnej ciemności rozświetlanej tylko blaskiem czołówki Michała.
Po przepłynięciu jakichś 500 metrów zaczęliśmy szorować dnem pontonu o skałę,
co oznaczało, że zbliżamy się do końca zalanego odcinka. Z tego, co widzieliśmy,
korytarz dalej był suchy. Mimo pokusy kontynuowania eksploracji musieliśmy
wracać, bo obiecaliśmy szefowej, że nie będziemy się dalej sami zapuszczać.
Była to dla nas świetna przygoda.
Nocleg spędziliśmy na Rozdrożu pod Trzeboniem w solidnie
zbudowanej wiacie ze stryszkiem do spania. Zanim udaliśmy się na spoczynek,
długo rozmawialiśmy przy ognisku, pijąc grzane wino. Wieczór był chłodny,
wiał lekki wiatr, co nastrajało do refleksji i wspomneń.
Przejście grzbietem Gór Złotych do Lądka Zdroju przebiegło
bez większych wrażeń - szlak poprowadzono solidnymi leśnymi drogami, które
bardzo dobrze nadają się do bezstresowych wycieczek rowerowych.
W Lądku nie zatrzymaliśmy się na dłużej, czego trochę żałowałem.
Na rynku zdołałem jedynie zlokalizować pięknie wyrzeźbioną "Pasję" dłuta Michała
Klahra. Artysta, określany przez fachowców mianem twórcy "pogodnego baroku",
miał on w Lądku przy rynku swoją pracownię (kamienica stoi do dziś). Ozdobił on
rzeźbami całą Kotlinę Kłodzką.
W stronę Śnieżnika.
Dojechawszy autobusem do Bolesławowa, skierowaliśmy się do Jaskini
Niedźwiedziej, której jednak nie mogliśmy "spenetrować", z uwagi na brak biletów
(należy je rezerwować z kilkutygodniowym wyprzedzeniem). Pozostało nam zatem "zdobyć"
Śnieżnik. W schronisku na Hali pod Śnieżnikiem pozostawiliśmy plecaki i na lekko,
idąc w śniegu weszliśmy na kopułę szczytową. Słońce chyliło się powoli ku zachodowi
rzucając piękny żółty blask, w którym podziwialiśmy Góry Bialskie oraz czeskie Jeseniki.
Sam szczyt jest szeroki i płaski, tak że nie bardzo można zobaczyć doliny u podnóża Masywu.
Kiedyś stała tu kamienna wieża widokowa, podobna do tej na Wielkiej Sowie,
ale wysadzono ją w 1974 roku.
Zjedliśmy posiłek w schronisku, tymczasem na dworze zapadł już zmrok.
Postanowiliśmy udać się na Przełęcz Puchaczówka, gdzie - jak pisano w przewodniku -
znajduje się wiata sypialna. Pogoda była ładna, niebo bezchmurne, pełne migoczących gwiazd.
Wokół nas ciemniały grzbiety gór. Szlak w dużej mierze prowadził lasami,
tylko gdzieniegdzie można było się rozejrzeć. W końcu wyłoniła się przed nami
charakterystyczna sylwetka Czarnej Góry, łysej na zboczach i zarośniętej kępką boru
świerkowego na szczycie. Gdy już tam weszliśmy, widok karłowatych, powyginanych
drzew, smaganych silnym wiatrem, wprawił nas w stosowny nastrój. Każdy, kto
przebywał w takim, nieco odrealnionym otoczeniu, wie o czym piszę. Jest to jedno
z wielu fantastycznych doznań, jakie daje nam kontakt z górami.
Nasze oczekiwania wobec wiaty, zostały w pełni zaspokojone.
Na przełęczy, nieco poniżej biegnącej tędy szosy, zastaliśmy solidny budyneczek ze
stryszkiem do spania.
Następnego dnia rozdzieliliśmy się. Michał z Radkiem pojechali
"stopem" do Międzygórza i dalej w Góry Stołowe. Ja zaś postanowiłem jeszcze jeden
dzień spędzić w Górach Bialskich.
Wróciłem na Śnieżnik i stamtąd, brnąc po kolana w śniegu,
zielonym szlakiem granicznym dotarłem na Przełęcz Płoszczyna.
"Zdobyłem" Rudawiec (1106m), najwyższy szczyt Gór Bialskich,
i zmierzałem do wiaty położonej na wschodnich stokach Iwinki, gdzie
zaplanowałem ncleg. Chatka była już zajęta przez wesołe towarzystwo licealistów
z Częstochowy, którzy chętnie przyjęli mnie pod "swój" dach.
Ostatni dzień w Sudetach minął mi na leśnej wędrówce
przez Góry Bialskie (przez Płoskę - 1035 m i Czernicę - 1083 m).
Widząc kilku rowerzystów na Przełęczy Dział, postanowiłem że wrócę tu ze swoim
bikiem. Wschodnia część Kotliny Kłodzkiej to po prostu raj dla bikerów! Jest tu
mnostwo bitych dróg i krętych ścieżek, którymi można jeździć bez znudzenia kilka dni!
Dla mnie wycieczka w Sudety Wschodnie była udana.
Walory przyrodnicze, spokój, oraz łatwość znalezienia bezpłatnego noclegu (wiaty),
skłaniają mnie do polecenia tego rejonu Polski wszystkim miłośnikom gór.
Trzeba również podkreślić, że jest tu mnóstwo ciekawych miejsc, zabytków kultury
materialnej i duchowej. Oprócz wymienionych wcześniej, polecam zwiedzenie
Międzygórza, Bystrzycy Kłodzkiej (średniowieczny układ urbanistyczny), oraz ogromnej twierdzy
w Kłodzku z podziemną trasą turystyczną.
Po dojściu do Stronia Śląskiego rozpocząłem całonocną podróż
w zupełnie inny krajobrazowo miejsce. Następnego dnia wieczorem byłem umówiony
z kolegami w Beskidzie Dukielskim w Polanach Surowicznych. Oczywiście wszystko potoczyło
się zgodnie z planem, ale to już inna przygoda.
Michał Kalisz
Góry Stołowe
Następnego dnia z udało nam się złapać stopa w dół do Kłodzka. Znaczy
się, udało się to Radkowi. Ja, gdy wyjrzałem na drogę, zobaczyłem jak
pakuje się on do malucha, wskoczyłem za nim i razem z dwoma wielkimi
plecakami zajęliśmy 90% przestrzeni w samochodzie. Kierowca z trudem
mógł zmieniać biegi.
Gdy w końcu wylądowaliśmy w Kudowie, postanowiliśmy
zobaczyć kaplicę czaszek w Czermnej - niestety obiekt ten był zamknięty.
Trochę źli poszliśmy w stronę Błędnych Skał. Szlak ten - nie pamiętam,
już jakiego koloru, nie jest dobrze oznaczony na mapie i w terenie, toteż
musieliśmy trochę improwizować i przecinając granicę państwa, wreszcie
doszliśmy do celu.
Na parkingu przed Błędnymi Skałami kłębił się tłum
niedzielnych turystów, wtłoczyliśmy się do środka tych skalnych labiryntów.
Niektóre korytarze tu są dosyć ciasnawe i musieliśmy zdejmować plecaki
by się przez nie przecisnąć. W środku tej plątaniny korytarzy postanowiliśmy,
że czas najwyższy na obiad. Wdrapaliśmy się, więc na którąś ze skałek i
na górze przyrządziliśmy sobie posiłek. Pod nami przewalał się tłum ludzi.
Po około godzinie ruch trochę ustał i kontynuowaliśmy naszą drogę.
Przyspieszyliśmy trochę kroku by wieczorem jeszcze wejść na Szczeliniec.
Udało nam się zrealizować plan i zachód słońca obserwowaliśmy już z góry.
O zmroku zwiedzanie Szczelińca jest inne niż za dnia. Kiedyś będąc małym
dzieckiem byłem tam z rodzicami i zwiedzanie bardziej przypominało
wycieczkę po Marszałkowskiej niż wycieczkę górską.
Wieczorem, bez tłumów
ludzi jest to zupełnie inne przeżycie. Zejście do mrocznego "piekiełka",
w którym zalega jeszcze śnieg może dostarczyć sporo emocji. Posiedzieliśmy
trochę z Radkiem na górze zastanawiając się co dalej i zdecydowaliśmy zejść
w okolice Radkowa, z którego rano Radek miał transport w Jurę Krakowsko -
Częstochwoską gdzie jechał się wspinać. Tuż przed miejscowością postanowiliśmy
pójść spać, ponieważ noc zapowiadała się pogodnie, namiotu nie użyliśmy i
spaliśmy pod przysłowiową "chmurką".
Wczesnym rankiem, około piątej, Radek poszedł
w dół do miejscowości a ja troszkę się cofnąłem by kontynuować szlak do
Wambierzyc. Z rana szło mi się świetnie, Skalne Grzyby ..., moment i byłem
już w Wambierzycach. Znajduje się tam ogromna bazylika oraz po drugiej
stronie cały szereg kapliczek ze scenami "Męki Pańskiej". Kilka chwil
spędziłem w tym miłym miasteczku a potem autobus, pociąg i do Warszawy.
|